Frontowe dziewczyny – Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (recenzja)

Aleksijewicz - Wojna nie ma w sobie nic z kobietyWojna i pokój

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swietłany Aleksijewicz, znanej i cenionej w świecie białoruskiej – czy też może postsowieckiej – reporterki, to opowieść o kobiecym doświadczeniu II wojny światowej. Książka napisana jest w charakterystycznym dla autorki stylu – wielowymiarowy obraz wojny wyłania się w niej z wielogłosu biorących bezpośredni udział w walkach kobiet. Komentarz odautorski wyrażany jest nader powściągliwie i objętościowo skromnie, niejako na marginesie. Poza całym pierwszym rozdziałem – swoistym dziennikiem książki – są to naprawdę pojedyncze uwagi rozsiane z rzadka po całym tekście. Co znamienne, tytuły pozostałych rozdziałów, w dużej mierze autonomicznych całostek, to bez wyjątku przytoczenia (jawne, bo w cudzysłowach) słów kolejnych protagonistek. Dobrane one zostały w taki sposób, że stanowiąc symboliczne skróty czy emblematy zawartości poszczególnych partii tekstu, wyznaczają – niejako węzłowo – dramaturgiczną oś całości. Zestawmy dla przykładu niektóre z nich: „Podrośnijcie, dziewczęta… Jesteście jeszcze zielone…”; „Potrzebny był żołnierz… A my jeszcze chciałyśmy być piękne…”; „I nagle strasznie zachciało się żyć…”; „Ja jedna wróciłam do mamy…”. Jak widać, w tytułach tych anonsują się takie tematy jak niedojrzałość, inicjacja, tęsknota za utraconą niewinnością i niespełnioną kobiecością, strach przed śmiercią i nadzieja na przeżycie, a w końcu śmierć lub trudne – bo naznaczone traumą – ocalenie.

Wspomniany autotematyczny wstęp do książki pozwala poznać zarówno egzystencjalny, jak i warsztatowy (literacki, historiozoficzny) kontekst jej powstawania, który znacząco wpływa na jej ostateczny odbiór przez czytelnika, zwłaszcza, jak sądzę, tego z mniejszym życiowym doświadczeniem.

W pierwszym przypadku chodzi głównie o realia, w jakich kształtowała się osobowość autorki, a więc także wyznaczany był zakres spraw, jakie ją będą zajmować – w wielorakim sensie tego słowa – w przyszłości. A czasy, w jakich dorastała, były naprawdę szczególne i dzisiejszym odbiorcom nierzadko zupełnie obce, ich przybliżenie wydaje się więc jak najbardziej wskazane: „Piszę książkę o wojnie… Piszę ją właśnie ja, która nie lubiłam czytać książek o wojnie, chociaż w czasach dzieciństwa i wczesnej młodości takie książki były ulubioną lekturą moich rówieśników. Nie znaliśmy świata bez wojny, świat wojny był jedynym znanym nam światem, a ludzie wojny – jedynymi znanymi nam ludźmi. Nawet teraz nie znam innego świata i innych ludzi. A czy kiedykolwiek byli tacy?”.

Czasy zatem były naprawdę wyjątkowe. Choć jeśli spojrzeć na całą historię ludzkości – od najdawniejszej po najnowszą – to czyż wyjątkami nie są raczej „światy bez wojny”, takie, jakie (w Polsce, w Europie) dane były w mojemu pokoleniu? Pamiętam, że jako dziecko byłem święcie przekonany, iż nie tylko czas ostatniej wojny, ale w ogóle czas wojen należy już do przeszłości. Podobnie jak bohaterki Aleksijewicz – choć w jakże odmiennym sensie – byłem jeszcze „zielony”. Ale dorosłem i dość szybko skonstatowałem, że bardziej lub mniej krwawe wojny – także te rozumiane mniej dosłownie – toczą się nieustannie, jedne zupełnie jawnie (konflikty zbrojne obecne w mediach), inne w rozmaitych przebraniach lub skrycie (resentymenty narodowe, działalność grup przestępczych, terroryzm, przemoc w rodzinie, gwałty, antagonizmy kulturowe, polityczne, światopoglądowe, religijne, korporacyjne etc.). Wszelkie w zasadzie instytucje polityczne, ekonomiczne czy ideologiczne funkcjonują w warunkach permanentnego stanu wyjątkowego, na granicy względnego – lub tylko pozorowanego – spokoju i wojny. Każdy pokój jest tylko chwilowym zawieszeniem broni.

I czy niegdysiejsza opisywana przez autorkę rzeczywistość nie jest dzisiaj – znów? wciąż? – rzeczywistością innych narodów czy społeczeństw? „Ciągle tylko walczyliśmy albo szykowali się do wojny. No i wspominaliśmy swoje walki. Nigdy pewnie nie żyliśmy i nie umiemy żyć inaczej. Nawet sobie nie wyobrażamy, że można żyć inaczej; będziemy się musieli tego kiedyś długo uczyć. W szkole uczono nas kochać śmierć. Pisaliśmy wypracowania o tym, jak chcielibyśmy umrzeć za… Marzyliśmy…”. Wydaje się, iż takie miejsca, gdzie tylko się walczy, szykuje do walki albo się je wspomina – uczy się „kochać śmierć” i „marzy się o śmierci” – nigdy nie znikają z mapy świata. Przenoszą się tylko z kraju do kraju, z kontynentu za kontynent, z jednej świadomości zbiorowej do innej, by nie rzec: z umysłu do umysłu (czy też bardziej wzniośle, choć może nie mniej prawdziwie: z serca do serca). Przyjrzyjmy się choćby naszej zachodniej kulturze. Czyż nie ma ona swego źródła we wspólnocie wolnych Greków, której przedpolitycznymi warunkami były przemoc i niewolnictwo?

Pisanie życia

Równie istotne wydają się refleksje autorki dotyczące kwestii warsztatowych, a ściślej krytycznej rewizji zebranych świadectw: „Wspomnienia nie są namiętnym, czy też beznamiętnym przekazem rzeczywistości, która zniknęła, ale powtórnymi narodzinami przeszłości; czas zaczyna wówczas biec z powrotem. Są przede wszystkim twórczością. Opowiadając, ludzie tworzą, piszą swoje życie. Czasem piszą «na nowo» albo coś «dopisują». Tutaj trzeba uważać, mieć się na baczności. Ale też każdy fałsz stopniowo sam się unicestwia, nie wytrzymuje sąsiedztwa obnażonej prawdy”.

Opowiadanie o przeszłości, wspominanie, a nawet samo pamiętanie – jak przekonują współcześni badacze pamięci – jest tworzeniem, i to wedle określonych narracyjnych schematów, które kształtowały ludzkie myślenie od zarania kultury (Odyseja czy Iliada jawią się w tym świetle jako kodyfikacja dużo wcześniejszych praktyk, a jednocześnie antycypacja i paradygmat przyszłych).

Przeszłość jest zatem zawsze konstruktem teraźniejszości. Na początku XX wieku w sposób niezwykle obrazowy pisał o tym Italo Svevo: „Przeszłość jest zawsze nowa. Nieustannie się zmienia, w miarę jak życie kroczy do przodu. Jej składniki, które wydawały się odejść w niepamięć, na powrót się wyłaniają, inne z kolei nikną w otchłani, ponieważ są mniej ważne. Teraźniejszość dyryguje przeszłością jak członkami orkiestry. Potrzebuje tych a nie innych dźwięków. Przeszłość jawi się więc raz długą, raz krótką. Już to wybrzmiewa, to znów milknie. W teraźniejszość ingeruje tylko ta cząstka przeszłości, której zadaniem jest ją rozjaśnić bądź zaciemnić”. Tożsamości zbiorowe i indywidualne są rezultatem takiej właśnie dialektycznej gry pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, które starają się wzajemnie do siebie dopasować. Ponieważ teraźniejszość ciągle się zmienia, wraz z nią zmieniać się musi obraz przeszłości, ta zmiana z kolei znów wpływa na teraźniejszość i tak bez końca.

Nie tylko jednak przeszłość jest konstruktem teraźniejszości – i vice versa – ale też pamięć indywidualna jest konstruktem społecznym. „Nie ma pamięci, która byłaby możliwa na zewnątrz ram służących ludziom żyjącym w społeczeństwie do ustalania i odnajdywania wspomnień”, jak to ujmuje Maurice Halbwachs. Znaczy to tyle, że jednostka egzystująca w zupełnej samotności nie posiadałaby pamięci. Owe „społeczne ramy pamięci” – taki jest tytuł słynnej książki Halbwachsa – to po prostu zbiorowe świadomości i wszystko to, co przyczynia się do ich powstawania. A są to przede wszystkim wzorce, reguły i schematy narracyjne jako swoiście ludzkie – kulturowe – sposoby organizowania doświadczeń. W myśl powyższego posiadamy nie tyle swoją przeszłość, ile rozmaite opowieści o tej przeszłości, jakie sobie tworzymy na bazie społecznie funkcjonujących wzorów. W najprostszym wymiarze każda opowieść musi posiadać swój początek, właściwą akcję z bohaterami pozytywnymi i negatywnymi, perypetiami i momentami węzłowymi oraz zakończeniem, którym jest pointa czy jakiś morał. Nie są to immanentne własności przeszłości, lecz ludzkie, społeczne, konwencjonalne koncepty, które pozwalają nam ją komunikować sobie i innym. „Wydarzenie nie jest tym, co się zdarzyło. Wydarzenie jest tym, co może być opowiedziane”, powiada Allen Feldman.

Dzisiaj są to rzeczy dość oczywiste. W przypadku książki Aleksijewicz krytycyzm czytelnika powinien jednak obejmować co najmniej trzy poziomy: nie tylko „tworzenie” przeszłości przez bohaterki oraz ich „twórczą” – choćby w minimalnym stopniu – interpretację dokonaną przez autorkę, ale też jego (czytelnika) własną opowieść, którą snuje on na temat opowieści (bohaterek i autorki), które czyta. Nie znaczy to oczywiście, abyśmy mieli traktować je jako zmyślenia. Musimy być jednak świadomi tych wszystkich zapośredniczeń i uwarunkowań. Ewentualne narracyjne konkretyzacje, „zaokrąglenia” czy amplifikacje – dokonywane pod kątem indywidualnego, stronniczego mitotwórstwa, czyli arbitralnego nadawania sensu przygodnym zdarzeniom – mogą nam powiedzieć znacznie więcej o ich bohaterach (oraz autorach) i w ogóle o ludziach niż snute przez nich, a literalnie odbierane opowieści. Jak się był wyraził Ludwig Wittgenstein o swoim Traktacie logiczno-filozoficznym: „moja praca składa się z dwu części: z tego, co w niej napisałem, oraz z wszystkiego, czego nie napisałem. I właśnie ta druga część jest ważna”. Jak się wydaje, jest to uwaga uniwersalna. Czytajmy zatem zawsze podejrzliwie, także między wierszami, także tę „drugą część”.

Marzenia o prawdzie

Czy przedstawiona przez Aleksijewicz perspektywa kobieca wnosi coś nowego do opisanego już na wszelkie możliwe, zdawałoby się, sposoby doświadczenia wojny? Moim zdaniem, zdecydowanie tak. „Kobiety opowiadają inaczej i o czym innym – pisze autorka – «Kobieca» wojna ma swoje własne barwy, zapachy, własne oświetlenie i przestrzeń uczuć. Własne słowa. Nie ma tam bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami”.

 Kobiety opowiadają inaczej i to „inaczej” miało być właśnie uchwycone. Dostrzegam w związku z tym dwa cele nadrzędne tej książki. Po pierwsze, pokazać to inne, kobiece, bardziej ludzkie oblicze wojny od tego znanego z oficjalnych przekazów, gazet czy podręczników, słowem – różne od obowiązującej mitologii. Po drugie, ukazać je jako uniwersalne, ogólnoludzkie, a więc w gruncie rzeczy zaproponować nową, bliższą „prawdy” – czy też ostrożniej: bliższą współczesnemu człowiekowi – mitologię. „Człowiek jest większy niż wojna… Zapamiętuje się właśnie te chwile, w których jest większy. Kieruje nim wtedy coś, co jest silniejsze niż historia. Muszę podejść do tego szerzej – pisać prawdę o życiu i śmierci w ogóle, a nie tylko prawdę o wojnie. Zadać pytanie Dostojewskiego: «Ile człowieka jest w człowieku i jak obronić w sobie tego człowieka?».

Pisać prawdę o życiu i śmierci w ogóle, ale jak to zrobić? Czym jest prawda? Gdzie jej szukać? Aleksijewicz zdaje się pojmować tę prawdę dość prostolinijnie. We wspomnianym rozdziale wstępnym przytacza swoją rozmowę z cenzorem na ten temat:
„– Tak, Zwycięstwo osiągnęliśmy z trudem, ale pani powinna szukać heroicznych przykładów. Są ich setki, a pani opisuje brud wojny. Brudną bieliznę. U pani nasze Zwycięstwo jest straszne… Do czego pani zmierza?
– Do prawdy.
– Pani myśli, że prawdą jest to, co w życiu. To, co na ulicy. Pod nogami. Prawda dla pani jest niska. Ziemska. Nie, prawdą jest to, o czym marzymy. To, kim chcemy być!”

Z jednej strony mamy zatem wzniosłe Zwycięstwo, heroiczne przykłady i marzenie o tym, kim chcielibyśmy być – z drugiej brud wojny, brudna bielizna, to, co w życiu, na ulicy, pod nogami. Pomiędzy tym, o czym marzymy, a tym, co w życiu, jest zasadnicza różnica. „Zmyślonej”, wyidealizowanej prawdy cenzora nie da się w żaden sposób obronić. To prawda ideologiczna, skłamana, ukrywająca to, co jest, prezentująca zaś to, co być powinno. Tak naciągana rzeczywistość tu i ówdzie się pruje i spod podszewki wystaje prawda taka, jak ją rozumie Aleksijewicz. Wbrew pozorom jednak, jest ona równie wyidealizowana i wzniosła. Z tym, że wyidealizowane i uwznioślone, a nawet zuniwersalizowane – jako arcyludzkie – zostaje nie to, co heroiczne, lecz to, co brudne i przyziemne.

Weźmy na przykład taką oto relację: „Kiedy braliśmy jeńców, przyprowadzaliśmy do oddziału… Nie rozstrzeliwaliśmy ich, to za lekka śmierć, zakłuwaliśmy jak świnie, wyciorami, krajaliśmy ich na kawałki. Chodziłam, żeby na to popatrzeć… Czekałam! Długo czekałam na chwilę, kiedy z bólu zaczną pękać oczy… Źrenice… Co pani może o tym wiedzieć?! Oni moją mamę i siostrzyczki spalili na stosie spalili na stosie  pośrodku wsi…”. Oto uniwersalna, wzniosła przez swoją niewzniosłość, wyidealizowana, bo bezkompromisowa, nonkonformistyczna, odważna Prawda o Człowieku, z którą trzeba umieć się zmierzyć. Heroicznie, jak najbardziej. Ocalenia naszego człowieczeństwa Aleksijewicz upatruje nie w konstruowaniu mitycznych figur bohaterów bez skazy i ukazywaniu wojen jako chwalebnych narodowych zrywów, lecz w przyjęciu prawdy o kryjącej się za nimi rzeczywistości, pełnej bólu, przemocy, szaleństwa i „brudnej bielizny” życia.

W tym świetle wojna jawi się jako uniwersalne doświadczenie graniczne, spełniające funkcję swoistego probierza człowieczeństwa, z której to próby człowieczeństwo to nie zawsze, jak się łatwo domyślić, wychodzi zwycięsko: „Mówią, że na wojnie człowiek jest człowiekiem tylko w połowie – mówi jedna z bohaterek – a w drugiej połowie – zwierzęciem. Właśnie tak… Bo inaczej by nie przeżył. Jeśli pozostanie wyłącznie człowiekiem – nie ocaleje. Urwie mu głowę! Na wojnie trzeba sobie coś przypomnieć. Coś takiego… Przypomnieć sobie coś z tych czasów, kiedy człowiek jeszcze nie był w pełni człowiekiem…”. Na wojnie człowiek nie jest człowiekiem, kobieta nie jest kobietą, życie nie jest życiem. A jednocześnie to właśnie na wojnie człowieczeństwo, kobiecość i życie odczuwane są w sposób o wiele bardziej intensywny niż w czasach pokoju. Ukazują swoją rzeczywistą wartość.

Tylko jedno w głowie

W toku lektury kolejnych rozdziałów-opowieści zaczyna się w pewnym momencie odnosić wrażenie, że losy wszystkich bohaterek stanowią aktualizację tego samego wzoru czy schematu. Składa się on, niczym klasyczna grecka tragedia, z trzech aktów/faz: przedwojennego entuzjazmu, wojennego koszmaru i powojennego rozgoryczenia. Przyjrzyjmy im się po kolei.

Opowieść rozpoczyna się nieodmiennie od patriotycznego porywu niewinnego i rozbrajająco naiwnego serca, najczęściej nastoletniego, w którym rodzi się kategoryczna potrzeba wzięcia czynnego udziału w obronie ojczyzny, koniecznie na pierwszej linii, tam, gdzie front, gdzie trwa „właściwa” walka: „Chodziłam do ósmej klasy, ale nie dotrwałam do końca roku. Uciekłam na front. Wszystkie dziewczyny w pociągu były w moim wieku”. W relacjach tych kładzie się zwykle, i słusznie, akcent na wychowanie: „Pisałam, prosiłam, błagałam, żeby wzięli mnie do wojska. Tak nas wychowywano, że bez nas nic nie powinno się dziać w naszym kraju. Nauczono nas kochać kraj. Zachwycać się nim. Skoro wybuchła wojna, musimy jakoś pomóc”. Wychowanie to przypomina produkcję jednakowo i bezkrytycznie myślących jednostek, tym skuteczniejszą, że przydzielając im chwalebną pozycję w sztafecie pokoleń – pośród patriotycznej elity narodu – fundują im jednocześnie oparcie w intensywnych kolektywnych emocjach: „Kochałam władzę radziecką. Kochałam Stalina. Wszystkich naszych przywódców. Tak mnie tato wychował”. Stąd owo nieustępliwe i powszechne parcie na wojnę, które występuje w każdej chyba relacji: „Ja miałam dopiero szesnaście lat… Nie chcieli mnie brać do wojska. Chodziłam do komendy i chodziłam, aż wreszcie po roku mnie powołali”.

O sile ideologicznej (patriotycznej) indoktrynacji bohaterek świadczy swoisty uwiąd racjonalnego myślenia i radykalne ograniczenie wyobraźni, co tylko częściowo można tłumaczyć niedojrzałością: „Nie mogłam sobie wyobrazić, że miałabym kogoś zabijać, po prostu chciałam iść na wojnę i tyle”. Brak krytycznej refleksji wobec tak ważnego życiowego wyboru formułowany jest często wprost, aczkolwiek, co ważne, dopiero po latach: „Nawet się nie zastanawiałam… Miałam specjalność potrzebną na wojnie. I ani sekundy nie namyślałam się, nie wahałam”. To zawężenie horyzontów myślowych wcześniej było po prostu niezauważalne: „W głowie tylko jedno – trafić na front”.

Niektóre wyznania uderzają wręcz swoją infantylnością, zwłaszcza w zestawieniu z najbardziej podstawowym wymiarem wojny, czyli wzajemnym zabijaniem się ludzi: „Kiedy zaczęła się wojna z Finlandią, ciągle wyrywałam się na tę wojnę. A w czterdziestym pierwszym akurat skończyłam siódmą klasę i zdążyłam złożyć dokumenty do technikum. Ciocia płacze: «Wojna!», a ja się ucieszyłam, że pójdę na wojnę, będę żołnierzem. Skąd mogłam wiedzieć, co to jest krew?”. Niesione młodzieńczym entuzjazmem dziewczęta wykazywały się niekiedy wyjątkową determinacją: „Mama chciała, żebym wyjechała razem z nią, wiedziała, że wyrywam się na front, i przywiązała mnie do podwody, na której wieziono nasze rzeczy. Ale ja po cichu odwiązałam się i poszłam, został mi tylko kawałek sznurka w ręku…”.

Te pozornie osobliwe postawy i zachowania dają się w miarę satysfakcjonująco, jak sądzę, wyjaśnić na gruncie psychologii społecznej. Otóż najprostszym sposobem na ustanowienie, utrwalenie czy wzmocnienie tożsamości zbiorowej – szczególnie, jak się wydaje, narodowej – jest organizowanie grupowej pamięci wokół poczucia wspólnych, zawsze odczuwanych jako niezasłużone krzywd. Każdy naród znajdzie ich w swojej przeszłości dostatecznie wiele, by przy użyciu określonych środków (martyrologicznej mitologizacji, heroizacji, idealizacji, sakralizacji, fetyszyzacji etc.) wzbudzić w kolejnych pokoleniach naturalną, choć w istocie rażąco nieracjonalną chęć odwetu. Na tym, niestety, często polega nauka ojczystej historii (złe narody robiły naszemu dobremu narodowi złe rzeczy i nigdy im tego nie zapomnimy). W ten sposób z definicji konfliktogenny rachunek krzywd przechodzi z pokolenia na pokolenie, prowokując kolejne konflikty, wytwarzając kolejne martyrologiczne wzory i wynosząc kolejnych narodowych bohaterów, których chwałę głosi się jako trwalszą od spiżu.

Najbardziej podatni na podobne zabiegi są oczywiście ludzie młodzi: „Marzyłam tylko o tym, żeby się zemścić… Wyobrażałam sobie, że zginę, a potem ktoś napisze o mnie książkę. I moje imię przetrwa. Takie miałam marzenia…”. Marzenia wychowanków egocentrycznej patriotyczno-nacjonalistycznej edukacji: zabijać, zginąć, stanąć obok bohaterów przeszłości. Wspólnotowy mit bohaterstwa i osobista chęć zemsty wspierają się wzajemnie i występują w różnych, nierzadko w ekstremalnych konfiguracjach: „Zaczęłam prosić: «Chcę się zemścić. Chcę im odpłacić za śmierć ojca». Chciałam zabijać… Chciałam strzelać”.

Późniejsza refleksja jest zawsze podobna: „Nikt z nas wówczas nie wiedział, co to znaczy wojna, dla nas to była jakaś zabawa, coś książkowego. Wychowywaliśmy się na romantyce rewolucyjnej, na ideałach. Wierzyliśmy książkom…”.




Co znaczy wojna

Na froncie następuje nieuniknione zderzenie z wojenną rzeczywistością: „Ale bardzo prędko dowiedziałam się, co to znaczy wojna…”. Jej okrucieństwo i zdemitologizowaną, „odczarowaną” codzienność najczęściej trudno nawet wysłowić: „Czy potrafię znaleźć takie słowa? Mogę opowiedzieć, jak strzelałam. Ale o tym, jak płakałam – nie. To nie zostanie wypowiedziane. Wiem jedno: na wojnie człowiek staje się straszny i niepojęty. Jak go można zrozumieć? Pani jest pisarką. Niech pani sama coś wymyśli. Coś pięknego. Bez wszy i błota, bez wymiocin… Bez zapachu wódki i krwi… Żeby nie było takie straszne jak życie…”. „Niech pani wymyśli coś pięknego” – ta potrzeba powtórnego uwznioślenia „nieludzkich” doświadczeń czasu wojny stanowi rozpaczliwą próbę wyparcia traumy, reaktywacji pierwotnego mitu. Rozpaczliwą, bo traumy nie da się przecież ani skutecznie wyprzeć, ani do końca oswoić. Trzeba nauczyć się z nią żyć.

Odczarowanie bohaterskiego mitu wojny następuje często błyskawicznie, a zawsze w sposób brutalny: „Miałam dziewiętnaście lat, kiedy dostałam medal «Za Odwagę». Miałam dziewiętnaście lat, kiedy posiwiałam. Miałam dziewiętnaście lat w ostatnim starciu, kiedy przestrzelili mi oba płuca – druga kula przeszła między dwoma kręgami. Sparaliżowało mi nogi. Tak że wpisano mnie na listę zabitych…”. Ów medal „Za Odwagę” reprezentuje zupełnie inną rzeczywistość od tej, którą w całej swojej dosłowności współtworzą przestrzelone płuca, sparaliżowane nogi i przedwczesna siwizna.

Wojenna codzienność, bezpośrednie zetknięcie ze śmiercią i konieczność zadawania jej własnymi rękami okazywały się czymś zgoła odmiennym niż w młodzieńczych, pełnych patriotycznego uniesienia wizjach: „W duszy taka nienawiść: po co przyszli tu, na naszą ziemię? Ale niech no się tylko samej spróbuje zabić, to jest straszne. Nie znam tu innego słowa… Naprawdę straszne. Kiedy sama…”.

Niektóre z bohaterek potrafiły wprawdzie zaadaptować się do nowej sytuacji szybciej od mężczyzn: „A w szpitalu? Za parawanem w sali operacyjnej stało u nas wielkie koryto, gdzie składaliśmy ucięte ręce, nogi… Z pierwszej linii przyjechał kapitan, przywiózł rannego kolegę. Jak się tam dostał, nie wiem, ale kiedy zobaczył to koryto, to… zemdlał”. Owa umiejętność przystosowania miała jednak swoją konkretną cenę: uwiąd entuzjazmu, utrata wrażliwości, poczucie bezsensu wojny, swojego w niej udziału, życia w ogóle: „Co do mnie, to zapamiętałam taką rzecz… Najpierw człowiek boi się śmierci. Sąsiadują w nim ze sobą i zdziwienie, i ciekawość. A potem ze zmęczenia nie czuje się ani jednego, ani drugiego. Cały czas jest się na granicy sił. Poza tą granicą”.

Raz puszczona w ruch machina wojenna działa niezależnie od intencji angażujących się w nią ludzi, zbierając straszne żniwo nie tylko w postaci stosu trupów, ale i nieodwracalnych szkód psychicznych i fizjologicznych: „Organizm przestawił się do tego stopnia, że przez całą wojnę nie byłyśmy kobietami. Żadnych kobiecych spraw… Menstruacji… No, sama pani rozumie… A po wojnie nie wszystkie mogły rodzić…”. Poczucie utraty kobiecości ukazywane jest jako najbardziej koszmarne wojenne doznanie: „Przeciążenia sprawiły, że przestałyśmy być kobietami… Wszystkim nam zatrzymał się… Cykl biologiczny… Jasne? To po prostu straszne! Straszne, kiedy się pomyślało, że się już nigdy nie będzie kobietą…”. Choć niektóre bohaterki jawnie temu przeczyły: „Mówią, że instynkt macierzyński jest najsilniejszy ze wszystkich. Nie, silniejsza jest idea! I wiara!”. Ideologia okazuje się niekiedy silniejsza nawet od potrzeby bycia matką.

Mit wojennego bohaterstwa nie zawsze jednak umiera od razu i nie zawsze ze szczętem. Fantazmatyczny ideał wojennego bohaterstwa często występuje równolegle z rzeczywistością strachu oraz codziennego zabijania i umierania, które pozostają czymś wzniosłym i pięknym, a jednocześnie przyziemnym i jakby wstydliwym: „Umierać… Nie bałam się umrzeć. To na pewno sprawa młodości albo jeszcze czegoś innego… Dookoła śmierć, zawsze była blisko, a ja o niej nawet nie myślałam. Nie mówiliśmy o niej…”. Kiedy nie wiemy, co myśleć i jak postępować w danej sytuacji, zwykle po prostu nie myślimy i robimy to, co inni. W sukurs przychodziła znów młodość: „Stary człowiek boi się śmierci, a młody się śmieje… Jest nieśmiertelny! Nie wierzyłam, że umrę…”. Jaki miał zresztą wybór ten, kto w czystości serca palił się do bohaterskich czynów, a trafił do piekła wojny? Mężnie albo niemężnie to znosić. Refleksję trzeba było odłożyć na później, choć i wtedy bywa daremna: „Po co my mamy się zastanawiać, tacy byliśmy i już. Wychowywano nas tak, że my i ojczyzna to jedno”.

Z czasem tęsknoty do heroicznych czynów ustępują coraz częściej marzeniom bardziej przyziemnym, bardziej ludzkim: „Jeśli pani spyta, co to jest szczęście, odpowiem: Wśród zabitych niespodziewanie znaleźć żywego…”. Bohaterska śmierć stoi po stronie mitu, życie po stronie powszedniej, trywialnej, niebohaterskiej egzystencji.

Kobieca perspektywa przynosi też wyznania zaskakujące i często tragikomiczne: „Dla mnie najstraszniejsze na wojnie było… noszenie męskich gaci. To właśnie było straszne. I to mi jakoś… Nie umiem tego wyrazić… No, po pierwsze, bardzo brzydkie… Jestem na wojnie, gotowa jestem polec za Ojczyznę, a na sobie mam męskie gacie. Wygląda się w tym śmiesznie. Niezgrabnie”. W podobnym tonie wypowiada się wiele bohaterek: „Potrzebny był żołnierz… A my jeszcze chciałyśmy być piękne… Przez całą wojnę bałam się okaleczenia nóg. Bo miałam ładne nogi”. I jeszcze raz o nogach: „I jeszcze taki drobiazg. Po tej podróży zaczęłam w czasie walki chować swoje nogi i twarz. Miałam ładne nogi strasznie bałam się, że mi je pokaleczą. O twarz też się obawiałam. Taki szczegół…”. Nie szczegół, a wielce znaczący fakt.

Większość tych wyznań jest naprawdę ujmujących: „A potem już na froncie… Buty mam o trzy numery za duże, powykręcane, kurz się w nie wżarł. Gospodyni przyniosła dwa jajka: «Weź na drogę, jesteś taka chudziutka, że się jeszcze złamiesz». A ja po cichu, żeby nie widziała, roztłukłam te jajka, były małe, i wyczyściłam buty. Oczywiście, chciało mi się jeść, ale zwyciężyło kobiece pragnienie bycia piękną”. Być piękną – pragnienie, które zwycięża strach, głód i całe piekło wojny. Pośród wszechobecnej śmierci i nieustannego zagrożenia stale dochodzi do głosu „niepoważny” w takich warunkach, a przez to właśnie niezwykle poruszający, swoiście „babski” sposób myślenia: „Pozostaje jedynie strach – żeby nie wyglądać brzydko po śmierci. Kobiecy strach… Żeby pocisk nie rozerwał nas na kawałki… Wiem, jak to… Sama zbierałam…”. To nasuwa pytanie: czy czysto racjonalne próby zrozumienia człowieka i jego motywacji nie prowadzą nas aby w poznawcze maliny? Czy mamy w ogóle dostęp do naszych najgłębszych pragnień? Nietrudno się przecież domyślić, że i za „potrzebą bycia piękną” kryje się jeszcze coś bardziej pierwotnego, coś bardziej źródłowego.

Kobiety zatem narażały własne życie na równi z mężczyznami. Te natomiast momenty, które dla tych ostatnich stanowiły wytchnienie, dla nich oznaczały często ciąg dalszy koszmaru, a nawet jego intensyfikację: „Nie tak straszna była sama walka, jak to, co po niej, zwłaszcza wtedy, gdy odsyłano nas na przeformowanie się. Pod ogniem to do mnie wołali: «Siostrzyczko! Siostrzyczko!», a po walce każdy na mnie dybał… Nocą z ziemianki nie dawało się wyleźć… Mówiły to pani inne dziewczyny, czy się nie przyznały? Myślę, że się wstydziły…”. Ten wstyd okazuje się doświadczeniem zbiorowym „frontowych dziewczyn”, pozostawiającym trwały ślad w ich psychice jako jedna z głównych figur pamięci o tym okresie ich życia, który dla zdecydowanej większości okazał się najważniejszy. Który w sposób najbardziej istotny wpłynął na uformowanie się ich indywidualnych psyche.

Jako najjaśniejszy moment wspominany jest zazwyczaj dzień Zwycięstwa, koniec wojny, najbardziej może ujmująco uwieńczony dwoma lapidarnymi napisami na Reichstagu: „Ja, Sofia Kuncewicz, przyszłam tutaj, żeby zabić wojnę” i „Zwyciężyła was rosyjska dziewczyna z Saratowa”. Poza wszystkim innym, w inskrypcjach tych przejawia się także potrzeba podkreślenia swojej indywidualności, wyróżnienia się z anonimowej masy ludzkiej, bezosobowego „armatniego mięsa”,  potrzeba imiennego zaznaczenia swojej obecności w dokonującej się właśnie Historii, a więc pragnienie nadania sensu swojemu własnemu, osobistemu doświadczeniu.

Drugie życie

Koniec wojny nie oznaczał jednak dla bohaterek książki końca ich nieszczęść. W wielu wypadkach okazał się bowiem początkiem tym bardziej bolesnych, że niespodziewanych i niezasłużonych upokorzeń. I to jest może ten aspekt tej tyleż wstrząsającej, co smutnej opowieści, z którym pogodzić się czytelnikowi najtrudniej – jako nazbyt jaskrawą, a przy tym niezrozumiałą, absurdalną wręcz niesprawiedliwością. „Po wojnie trafiły na jeszcze jedną wojnę – pisze Aleksijewicz – nie mniej straszną niż ta, z której wróciły”. Owe bohaterki par excellence, niejednokrotnie stosownie odznaczane, spotykały się po wojnie z powszechnym niemal społecznym ostracyzmem, naznaczone wstydliwym piętnem „dziewczyn frontowych”: „Jak powitała nas ojczyzna? Nie mogę o tym bez szlochu… Czterdzieści lat minęło, a policzki płoną jeszcze na myśl o tym. Mężczyźni milczeli, ale kobiety… Wołały na nas: «Wiemy, coście tam wyrabiały! Młodymi p…… kusiłyście naszych chłopów. Frontowe k…. Suki wojskowe…». Na wszelkie sposoby nam ubliżały… Słownik rosyjski jest bogaty…”; „Komu mogłam powiedzieć, że byłam ranna, kontuzjowana. Powiem, a kto potem przyjmie taką potem do pracy, kto weźmie za żonę? Milczałyśmy jak ryby. Nie przyznawałyśmy się nikomu, że byłyśmy na wojnie”.

Bo ludzie, zwłaszcza jako zbiorowość, potrafią być okrutni, bezwzględni i zupełnie pozbawieni empatii: „Mieszkałam w mieszkaniu komunalnym. Wszystkie sąsiadki miały mężów, ubliżały mi. Natrząsały się: «Cha, cha, cha… Opowiedz, jak się tam gziłaś z chłopami…». Do garnka z kartoflami dolewały mi octu. Albo wsypywały łyżkę soli… Cha, cha, cha…”. Matki wyklinały własnych synów, że się związali a „takimi” kobietami: „Siedliśmy wieczorem do herbaty, matka wyszła z synem do kuchni i płacze: «Z kim ty się ożeniłeś? Z frontową… Przecież masz dwie młodsze siostry. Kto się teraz z nimi ożeni?». Nawet dziś, kiedy to wspomnę, chce mi się płakać”. Takie rany nie zabliźniają się nigdy.

Wspomnienia tych zdecydowanie niemłodych już kobiet najczęściej wypowiadane są w takim właśnie tonie. Czują się one wykorzystane i odstawione na boczny tor, pozbawione czci i zapomniane, zazwyczaj samotne, często niezrozumiane i lekceważone przez mężów, o ile ich w ogóle mają. Ci ostatni starali się nawet kontrolować ich relacje o przeszłości, uważając, iż kobiece narracje o wojnie są mniej wiarygodne lub niepoważne, niezgodne z oficjalną wykładnią: „Mąż zabronił mi pisnąć choćby słowo o miłości, ani mru-mru, mam opowiedzieć tylko o wojnie. Taki jest surowy. Uczył mnie z mapą… Dwa dni uczył, gdzie był jaki front… Gdzie walczyła nasza jednostka… Zaraz wezmę, zapisałam to sobie. Odczytam pani…”.

Ich wspólny – jednakowo sierocy – los naznaczony został nieusuwalnym pęknięciem: „Wydaje mi się, że miałam dwa życia: jedno – mężczyzny, drugie – kobiety…”. Tych dwóch żyć nie da się pogodzić w jednym ciele, w jednym umyśle. A raz doświadczone rozdwojenie nie daje się już usunąć, staje się częścią osobowości, jej konstytutywnego rozdarcia. Miało ono zresztą wieloraki charakter: „Może i byliśmy ślepi… Nie przeczę, wielu rzeczy wtedy nie znaliśmy, nie rozumieliśmy, więc może i byliśmy ślepi, ale zarazem czyści. Składamy się z dwóch części, mamy dwa życia. Pani powinna to zrozumieć…”.

Podwójna jest również pamięć o wojnie. Z jednej strony ta oficjalna, zakłamana – z drugiej pamięć prywatna, prawdziwa. Co istotne, ta antynomia ma też charakter rozdarcia wewnętrznego: „Potem jeszcze nieraz stykałam się z tymi dwiema prawdami żyjącymi w jednym człowieku: własną prawdą, zepchniętą do podziemia, i obcą, raczej obecną, przesiąkniętą duchem czasu. Zapachem gazet. Pierwsza rzadko mogła oprzeć się totalnemu naciskowi drugiej”. Mitu nie da się całkowicie wykorzenić. Nasza fundamentalna fantazja, jakakolwiek by nie była, stanowi ramę, poprzez którą oglądamy siebie i świat. Tego nie sposób się wyrzec mocą racjonalnej decyzji czy woli. Zresztą, czy prawdziwie racjonalne decyzje są człowiekowi w ogóle dostępne? Wszak to emocjonalny pies macha racjonalnym ogonem, a nie odwrotnie – jak mawiają psychologowie.

Dlatego choćbyśmy byli rozczarowani, rozgoryczeni, a niekiedy wprost złamani, najczęściej trwamy przy naszych pierwszych, naiwnych, ale zawsze swoiście czystych ideałach: „Taty dawno już nie ma, a ja go nadal kocham. Nie mogę słuchać, jak o takich jak on mówi się, że byli głupi i ślepi – wierzyli w Stalina. Szli umierać za idee Stalina. Niech mi pani wierzy, to byli porządni, uczciwi ludzie, wierzyli nie w Stalina i Lenina, ale w ideę komunistyczną. W socjalizm o ludzkim obliczu, jak to się później mówiło. W szczęście dla wszystkich. Dla każdego. Marzyciele, idealiści – owszem, ale nie ślepcy. Nigdy się z tym nie zgodzę. W życiu!”. Nie chodzi tu nawet o konkretne ideały – te zawsze wydają się czyste i wzniosłe. Rzecz idzie raczej o swoisty, niepowtarzalny stan ducha: płomienną wiarę, nadzieję na przyszłość, radość życia. Stan, w którym przyszłość jawi się jako obietnica, a śmierć wydaje się tak odległa, że praktycznie nie istnieje.

Dysonans pomiędzy Wyobrażonym a Realnym, mitycznym a empirycznym, przeszłym a obecnym, oficjalnym a prywatnym powoduje nieunikniony rozziew i frustrujący niepokój. Czym było to, czego doświadczyłam, co przeżyłam, czym było moje życie, kim jestem? „A jak oglądam filmy wojenne, widzę, że to nieprawda, czytam książki – też nieprawda. Nie, to nie to… Wychodzi coś innego. Jak sama zacznę mówić – też nie to”. I w tym często pomocna bywała właśnie reporterka. Czynione jej wyznania pozwalały uporządkować przeszłość i dojść do ładu z teraźniejszością. Oswoić je, uznać za swoje, pogodzić się z samą sobą.

Niestety, nie zawsze się to udaje. Rany są zbyt głębokie, dysonanse nieusuwalne. Wtedy reakcją jest wycofanie: „Ja? nie chcę opowiadać… Chociaż nie… Krótko mówiąc… O tym nie wolno opowiadać wszystkiego…”. Wypieranie, tłumienie, rezygnacja? A może głos rozsądku?

To godzenie się z samą sobą to proces zawsze dramatyczny, polegający na radykalnym przewartościowaniu przekonań i postaw: „Po referacie Chruszczowa na XX zjeździe, kiedy opowiedział o błędach Stalina, rozchorowałam się, leżałam w łóżku. Nie mogłam uwierzyć, że to prawda. Straszna prawda… Sama podczas wojny krzyczałam: «Za ojczyznę! Za Stalina!». Nikt mnie nie zmuszał… Wierzyłam… To moje życie…”. Nie można tego kwitować pobłażaniem, uwagami o młodzieńczej głupocie czy sile indoktrynacji. Są to zawsze sprawy o wiele bardziej skomplikowane i jednocześnie niepomiernie bardziej zasadnicze. W każdym razie, bardziej skomplikowane i zasadnicze od tego, co byśmy na ich temat nie powiedzieli.

Straszne wspomnienia

Lektura książki Swietłany Aleksijewicz stanowi niełatwe, chwilami naprawdę bolesne doświadczenie. Od jednej z bohaterek, poza torbą z syberyjskimi pierogami („w sklepach takich nie dostaniesz…”), autorka dostaje na odchodnym długi spis z adresami i numerami telefonów: „Wszystkie się ucieszą. Czekają na ciebie. Powiem ci – straszne są wspomnienia, ale nie wspominać – to jeszcze straszniejsze”. Inna ujmuje to w dość paradoksalnej, tym bardziej może adekwatnej właśnie formule: „Szkoda mi tych, którzy przeczytają tę książkę, i tych, którzy jej nie przeczytają…”. Nic dodać. Są książki, które muszą boleć, aby mogły oddać sprawiedliwość ich bohaterom. Tudzież dać tak zwane świadectwo czasom, w których żyli. I w których możemy się przejrzeć my sami.

 

Grzegorz Tomicki

 

Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010

Pierwodruk (fragmenty): „Res Publica online” 14.12.2010 (http://publica.pl/teksty/frontowe-dziewczyny-3190.html)

Czytaj fragmenty książki → S. Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *