Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła (fragmenty plus kilka uwag na marginesie)

Arendt - Eichmann w JerozolimieI. Dom Sprawiedliwości

7
„Beth Hammishpath” – Dom Sprawiedliwości: na dźwięk tych słów wykrzykniętych całą mocą głosu przez woźnego trybunału podrywamy się na nogi, gdyż zwiastują one przybycie trzech sędziów, którzy – z obnażonymi głowami, ubrani w czarne togi – wchodzą na salę sądową bocznym wejściem, by zająć miejsca na najwyższej ustawionej ławie wysokiego podestu. Po obu stronach stołu, za którym zasiedli, a który niebawem pokryją niezliczone tomy akt oraz ponad półtora tysiąca dokumentów, siedzą sądowi stenografowie. Poniżej sędziów zajmują miejsca tłumacze, których usługi są niezbędne w bezpośredniej wymianie zdań pomiędzy oskarżonym lub jego obrońcą a sądem; w pozostałych wypadkach mówiący po niemiecku podsądny i jego adwokaci śledzić będą tok prowadzonego w języku hebrajskim procesu poprzez równoległą transmisję radiową, wyśmienitą w przekładzie na francuski, znośną w języku angielskim, będącą zaś istną farsą w wersji niemieckiej, często całkowicie niezrozumiałej.
8
Poniżej ławy tłumaczy ustawiono naprzeciwko siebie, w taki sposób, że znajdujące się tam osoby zwrócone są profilem do publiczności, oszkloną kabinę oskarżonego i barierkę dla świadków. Dolną ławę zajmują siedzący plecami do sali prokurator i czterej oskarżyciele posiłkowi, a także obrońca oskarżonego, któremu w ciągu pierwszych tygodni procesu towarzyszył asystent.
Ani przez sekundę nie ma w zachowaniu sędziów niczego teatralnego. Poruszają się w sposób niewystudiowany, trzeźwa i napięta uwaga, tężejąca pod wpływem smutku w miarę jak przysłuchują się opowieściom o cierpieniach, jest naturalna; zniecierpliwienie wywołane zabiegami oskarżyciela, usiłującego przeciągnąć przesłuchania świadków w nieskończoność, jest spontaniczne i żywe, stosunek do obrony może odrobinę przesadnie uprzejmy, tak jakby wciąż pamiętali, że „dr Servatius był niemal całkowicie osamotnionym w tej zaciętej walce prowadzonej w obcym otoczeniu”, traktowanie oskarżonego – zawsze bez zarzutu. Jest rzeczą tak bardzo oczywistą, że są to trzej przyzwoici i uczciwi ludzie, iż wcale nie dziwi, że ani jeden z nich nie uległ owej największej pokusie, by w tej scenerii bawić się w teatr uznając, że – wszyscy trzej urodzeni i wykształceni w Niemczech – muszą czekać na tłumaczenie hebrajskie. Przewodniczący składu sędziowskiego Mosze Landau (…)

[Sala sądowa jako teatr życia, metafora życia społecznego/model porządku symbolicznego: prawnicy występują przed publicznością i wobec systemu Prawa, symbolizowanego przez sędziów; powodowana emocjami publiczność oczekuje i wymaga, wyraża opinię, często stronniczą i krzywdzącą; obiektywni sędziowie ferują sprawiedliwe wyroki, które wszyscy uznają za prawomocne; świadkowie są przesłuchiwani niczym aktorzy na castingach; strony przedstawiają swoje subiektywne racje i wzajemnie się zwalczają; wszyscy odgrywają role w tym samym spektaklu, który stanowi horyzont ich egzystencji, scenę ich życia, „Beth Hammishpath” – Dom Sprawiedliwości, w który wierzą i który nadaje sens ich byciu-w-świecie.
Symptomatycznie zapominanie o jednym – że wszystko to jest inscenizowane, reżyserowane.
Reżyserem jest pragnienie sprawiedliwości (tzw. wiara w sprawiedliwy świat) i wyobrażenia na temat tego, jak owa sprawiedliwość powinna wyglądać.
Społeczność inscenizuje spektakl pt. Beth Hammishpath, po czym ową inscenizację bierze za samo życie, w którym w sposób niejako naturalny dokonuje się „obiektywna” sprawiedliwość, dzięki czemu życie to nabiera sensu.
Takie też znaczenia ma prawo – zob. s. 337-338.
Także prawo faszystowskiego państwa – zob. s. 193-194.
W metaforze „życia jako teatru” jest może więcej dosłowności niż nam się na ogół wydaje]

[Co ciekawe, Arendt ocenia ludzi wg kryterium autentyczności/udawania. Kto jest autentyczny, spontaniczny, ten jest godzien szacunku i zaufania; kto gra, ten oszukuje i kłamie, a więc ma coś na sumieniu. A przecież i oni muszą odegrać swoją powagę i majestat, swój emocjonalny dystans i obiektywizm, a nawet swoje „niewystudiowanie”, „naturalność” i „spontaniczność”, aby mogły się one w ogóle objawić. Aby być postrzegani jako sędziowie, muszą „zachowywać się” jak sędziowie, ubrać się togi etc.]

[Ta sceneria nie jest przypadkowa – tak człowiek symbolicznie wyobraża sobie scenę życia, na której na oczach wszystkich dopełnia się obiektywna – boska, mityczna, dziejowa – Sprawiedliwość. W tym sensie każdy proces – każda interakcja międzyludzka – jest procesem „pokazowym”]

[Warto przypomnieć, że pierwotne znaczenie tragedii to występ, przedstawienie, sztuka; „koźli śpiew” (łac. tragoedia, z gr. τραγῳδία tragōdía, od wyrazów τράγος tragos „kozioł” i ᾠδή ōdḗ „pieśń”) a dopiero wtórnie „wydarzenie, sytuacja, przeżycie budzące rozpacz; nieszczęście”. Wystawianie tragedii jako reakcją na rozpacz i cierpienie jest zatem naturalnym – choć przecież kulturowym właśnie – sposobem radzenia sobie z traumą]

9
Od samego początku nie ulega najmniejszej wątpliwości, że to sędzia Landau nadaje ton i dokłada wszelkich, doprawdy wszelkich starań, by nie dopuścić do przekształcenia się rozprawy – pod wpływem uwielbiającego popisy oskarżyciela – w proces pokazowy. Jeśli nie zawsze mu się to udaje, to między innymi po prostu dlatego, że przewód sądowy toczy się na scenie przed publicznością, a zdumiewający okrzyk woźnego rozpoczynający każde posiedzenie wywołuje ten sam skutek co podniesienie kurtyny. Kimkolwiek był autor projektu tej sali zebrań, mieszczącej się w nowo wbudowanym Beth Ha’am – Domu Ludowym (otoczonym na czas procesu wysokim ogrodzeniem, strzeżonym od dachu po piwnice przez uzbrojoną policję, na dziedzińcu frontowym ustawiono rząd drewnianych baraków, w których wszystkich przybywających poddaje się drobiazgowej rewizji), chodziło mu o teatr z prawdziwego zdarzenia: z parterem i galerią, proscenium i sceną, a także bocznymi wejściami dla aktorów. Zaiste, ta sala sądowa może być niezłym miejscem do odbycia procesu pokazowego, o jaki chodziło Dawidowi Ben Gurionowi, premierowi izraelskiemu, kiedy postanowił doprowadzić do pojmania Eichmanna w Argentynie i postanowienia go przed Sądem Okręgowym w Jerozolimie, by odpowiedział za rolę, jaką odegrał w „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. Bo też Ben Gurion, słusznie nazwany „architektem państwa Izrael”, pozostaje niewidocznym reżyserem procesu. Nie przybył na ani jedno posiedzenie; w Sali sądowej przemawia głosem Gideona Hausnera, prokuratora generalnego, przedstawiciela władz rządowych, który czyni zaiste wszystko, by zadowolić swego zwierzchnika.
10
Sprawiedliwość wymaga, aby przeciwko podsądnemu wysunięto oskarżenie, by miał on zapewnioną obronę i żeby został osądzony, a także, by wszystkie pozostałe pytania, pozornie donioślejszej wagi ¬– Jak to było możliwe? Dlaczego tak się stało? Dlaczego Żydzi? Dlaczego Niemcy? Jaką rolę odegrały inne narody? W jakim stopniu ponoszą odpowiedzialność Sprzymierzeni? Jak Żydzi mogli przyczynić się poprzez własnych przywódców do swojej zagłady? Czemu szli na śmierć jak owce na rzeź? – pozostały w zawieszeniu. Sprawiedliwość akcentuje znaczenie Adolfa Eichmanna, syna Karla Adolfa Eichmanna, człowieka w szklanej kabinie wybudowanej dla jego bezpieczeństwa: średniego wzrostu, wątłej budowy, w średnim wieku, łysiejącego krótkowidza z nieprawidłowym uzębieniem, który w ciągu całego procesu wyciąga bez przerwy chudą szyję w stronę ławy sędziowskiej (ani razu nie spojrzał na publiczność) i rozpaczliwie, a w znacznej mierze z powodzeniem, usiłuje zachować panowanie nad sobą na przekór nerwowemu tikowi, który z pewnością zawładnął jego wargami na długo przed rozpoczęciem procesu. Przedmiotem rozprawy sądowej są jego czyny, a nie udręki Żydów, naród niemiecki czy ludzkość, nie są nim nawet antysemityzm i rasizm.
Sprawiedliwość zaś, choć to może „abstrakcja” dla ludzi myślących kategoriami Ben Guriona, jest ostatecznie dużo surowszym zwierzchnikiem niż Pan Premier wyposażony w całą swoją władzę. [Bynajmniej. Otóż Sprawiedliwość i Prawo to właśnie „Pan Premier wyposażony w całą swoją władzę”] 11
I choć sędziowie tak bardzo konsekwentnie starali się ukryć w cieniu przed blaskiem reflektorów, to przecież zasiadali tam, na szczycie wysokiego podium, zwróceni twarzami do publiczności, niczym aktorzy na scenie. Publiczność miała reprezentować cały świat i w ciągu pierwszych tygodni procesu istotnie składała się przede wszystkim z dziennikarzy i autorów związanych z rozmaitymi pismami, którzy tłumnie zjechali do Jerozolimy z czterech strony kuli ziemskiej. Mieli obejrzeć widowisko równie sensacyjne co proces w Norymberdze, tyle że tym razem „głównym tematem była tragedia całego narodu żydowskiego”. [Pierwotne znaczenie tragedii to występ, przedstawienie, sztuka; „koźli śpiew”] 11
Akt oskarżenia oparty był bowiem na tym, co przecierpieli Żydzi, nie zaś na tym, co popełnił Eichmann. A według pana Hausnera jest to różnica pozbawiona znaczenia, gdyż „był tylko jeden/
12
człowiek, który zajmował się prawie wyłącznie Żydami; którego zadaniem było doprowadzenie ich do Zagłady; którego rola w instalowaniu haniebnego systemu rządów do tego właśnie się sprowadzała. Tym człowiekiem był Adolf Eichmann”.

Czy pan Hausner naprawdę uważał, że w procesie norymberskim poświęcono by więcej uwagi losowi Żydów, gdyby Eichmann zasiadł na ławie oskarżonych? Wątpię. Jak prawie wszyscy w Izraelu, sądził on, że tylko sąd żydowski może oddać sprawiedliwość Żydom i że wydanie wyroku na wrogów narodu żydowskiego jest sprawą Żydów. Stąd niemal powszechną wrogość wywoływała w Izraelu sama wzmianka o trybunale międzynarodowym, który miałby oskarżyć Eichmanna nie o zbrodnie „przeciwko narodowi żydowskiemu”, lecz o zbrodnie przeciwko ludzkości popełnione na narodzie żydowskim. Stąd osobliwa przechwałka: „Nie wprowadzamy żadnych podziałów etnicznych”.
13
Uważali [korespondenci zagraniczni], że nie pora pouczać Żydów na temat błędów ich własnych praw i instytucji.
Jeżeli publiczność na procesie miała stanowić reprezentację opinii światowej, a widowisko miało ukazać szerszą panoramę cierpień Żydów, to rzeczywistość nie spełniła oczekiwań ani zamierzeń. Dziennikarze wytrwali nie dłużej niż dwa tygodnie, po czym skład publiczności uległ drastycznej zmianie.
14
Salę wypełniali „pozostali przy życiu” – ludzie w średnim wieku i starsi, imigranci z Europy, tacy jak ja, którzy znali na pamięć wszystko, co było do poznania i którzy nie mieli wcale ochoty na wyciąganie morałów; żeby dojść do własnych wniosków, z pewnością nie potrzebowali oni tego procesu.
15
To właśnie teatralny aspekt procesu załamał się pod ciężarem jeżących włosy potworności. Proces sądowy w tym przypomina sztukę teatralną, że punktem wyjścia i dojścia jest w nim sprawca, a nie ofiara. Proces pokazowy jeszcze usilniej niż zwyczajny wymaga, by jasno i przynajmniej w ograniczonym zakresie przedstawić czyny i sposób ich popełnienia. W centrum procesu znajdować się może tylko sprawca czynu – pod tym względem podobny jest on do bohatera sztuki scenicznej – a jeśli cierpi, to musi cierpieć za to, czego się dopuścił, a nie za cierpienia, jakie sprowadził na innych. Najlepiej wiedział o tym przewodniczący składu sędziowskiego, na którego oczach proces zaczął wyradzać się w ociekające krwią przedstawienie, podobne do „pozbawionego steru statku miotanego falami”.

Tak więc proces nigdy nie zmienił się w teatr, ale przedstawienie, o jakie chodziło Ben Gurionowi, doszło/
16
do skutku, a właściwie doszła do skutku „lekcja”, która według niego powinna zostać udzielona Żydom i nie-Żydom, Izraelczykom i Arabom, słowem – całemu światu. Owe lekcje, które miały płynąć z tego samego przedstawienia, powinny były różnić się w zależności od tego, komu ich udzielano. Ben Gurion nakreślił ich treść, nim jeszcze zaczął się proces. Uczynił to w kilku artykułach, które miały wyjaśnić, dlaczego Izrael uprowadził oskarżonego. Lekcja dla świata nieżydowskiego brzmiała: „Chcemy pokazać całemu światu, w jaki sposób naziści wymordowali miliony ludzi (…) tylko dlatego, że byli Żydami, i milion małych dzieci tylko dlatego, że były to dzieci żydowskie. „Dawar”, organ prasowy partii Mapai, partii Ben Guriona, sformułował to tak: „Niech opinia światowa przekona się, że odpowiedzialność za zagładę 6 milionów Żydów europejskich nie ponoszą wyłącznie Niemcy nazistowskie. Dlatego – zacytujmy ponownie samego pana Ben Guriona – „chcemy, żeby świat się dowiedział (…) i słusznie się zawstydził”. Żydzi z diaspory mieli zapamiętać, że judaizm „liczący cztery tysiące lat, wraz ze swym dziedzictwem duchowym, dążeniami etycznymi i aspiracjami mesjanistycznymi” spotykał się zawsze z „wrogością świata”; że Żydzi zawsze ulegali degeneracji, nim szli na śmierć jak owce i że tylko powstanie państwa żydowskiego umożliwiało Żydom zadanie odwetowego ciosu, co też Izraelczycy uczynili podczas wojny o niepodległość, w awanturze sueskiej i niemal codziennych incydentach na niefortunnych granicach Izraela. Jeśli zaś Żydom poza Izraelem trzeba było unaocznić różnicę pomiędzy żydowskim heroizmem a pokorną uległością, to lekcja dla Żydów zamieszkujących Izrael brzmiała następująco: „pokoleniu Izraelczyków wyrosłemu od czasu holocaustu” zagraża niebezpieczeństwo utraty więzi z narodem żydowskim, a tym samym z własną historią. „Jest rzeczą niezbędną, aby nasza młodzież pamiętała, co się stało z narodem żydowskim. Chcemy, żeby znała ona najbardziej tragiczne fakty naszej histo-/
17
rii”. Wreszcie zaś, jednym z motywów postawienia Eichmanna przed sądem było „zdemaskowanie innych nazistów, choćby poprzez ukazanie powiązań, jakie mieli z niektórymi przywódcami arabskimi”.
19
(…) tylko bardzo młodzi ludzie potrafili podjąć „decyzję, że nie możemy iść na rzeź jak owce”.
20
Naturalnie, podnosiło na duchu zapewnienie, że Izrael „nie obarcza Adenauera odpowiedzialnością za Hitlera” i że „porządny Niemiec, mimo iż należy do tego samego narodu, który dwadzieścia lat temu przyczynił się do wymordowania milionów Żydów, jest dla nas przyzwoitym człowiekiem”. (O przyzwoitych Arabach nie wspomniano).

Sympatyzowanie nacjonalistów arabskich z nazistami jest rzeczą powszechnie znaną, ich motywy są oczywiste – nie potrzeba było Ben Guriona ani procesu, żeby ich „demaskować”, bo nigdy się nie ukrywali.
24
(…) proces Eichmanna najbardziej brzemienne następstwa miał w samych Niemczech. Stosunek narodu niemieckiego do własnej przeszłości, nad którym to zagadnieniem od piętnastu lat łamali sobie głowy najlepsi znawcy spraw niemieckich, nie mógł doczekać się lepszej ilustracji: Niemców niewiele to wszystko obchodziło i niespecjalnie przeszkadzała im obecność chodzących na wolności zbrodniarzy, bo prawie wykluczone było, że którykolwiek z nich popełnił zbrodnię dobrowolnie. Gdyby jednak opinia światowa – właściwi zaś Ausland, którym to słowem Niemcy określają zbiorowo wszystkie inne kraje – upierała się przy żądaniu ukarania wszystkich tych ludzi, z największą ochotą spełniłaby to żądanie, przynajmniej do pewnego stopnia.
25
W żadnym jednak momencie władze niemieckie ani żaden liczący się odłam opinii publicznej nie wystąpiły z żądaniem ekstradycji Eichmanna, choć wydawałoby się to krokiem oczywistym, jako że każde suwerenne państwo strzeże zazdrośnie prawa do osądzania przestępców będących jego obywatelami (oficjalne stanowisko rządu Adenauera, zgodnie z którym nie można było tego uczynić, ponieważ pomiędzy Izraelem i Niemcami nie ma żadnych porozumień w sprawie ekstradycji, nie przekonuje; wynikało zeń tylko tyle, że Izrael nie da się zmusić do ekstradycji). Rozumiał to Fritz Bauer, heski prokurator generalny, który wystąpił do rządu federalnego w Bonn z wnioskiem o wszczęcie postępowania ekstradycyjnego. Ale uczucia, jakimi kierował się w tej sprawie Bauer, były uczuciami niemieckiego Żyda, których opinia niemiecka nie podziałała. Wniosek został przez rząd odrzucony, na dodatek przeszedł on bez echa i nie znalazł najmniejszego poparcia. [Wiara w sprawiedliwy świat: wszyscy po prostu uznali, że Eichmann „zasłużył sobie” na to, co go spotkało] 28
„Na ławie oskarżonych zasiadł w tym historycznym procesie nie pojedynczy człowiek ani nawet sam tylko reżim nazistowski, lecz antysemityzm na przestrzeni całych dziejów”. Taką tonację ustalił Ben Gurion, a pan Hausner wiernie się jej trzymał, rozpoczynając swą inauguracyjną mowę (trwającą przez trzy posiedzenia) od egipskiego faraona i rozporządzenia Hamana, zgodnie z którym „Żydów należało zniszczyć, pozabijać i zetrzeć z powierzchni ziemi”. [Instrumentalizacja prawa: każdy przy pomocy prawa usiłuje osiągnąć swoje cele: oskarżony i jego adwokat, powód i prokurator, sędziowie i publiczność, premier itd.] 29
Na przekór intencjom Ben Guriona i wszelkim wysiłkom oskarżycieli, miejsce na ławie oskarżonych zajmował ciągle pojedynczy człowiek, istota z krwi i kości; o ile zaś Ben Guriona „absolutnie nie interesowało, jaki wyrok zapadnie w sprawie Eichmanna”, nie sposób zaprzeczyć, że jedynym zadaniem sądu w Jerozolimie było właśnie wydanie wyroku.

II. Oskarżony

34
Nie pragnął zaprzeczać, że zrobił to, co zrobił, a nawet zaproponował, by go „publicz-/
35
nie powiesić ku przestrodze wszystkich antysemitów świata”. Nie chciał przez to powiedzieć, że czegokolwiek żałuje: „Skrucha – to dobre dla małych dzieci” (sic!)
[Tajemnica osobowości Eichmanna sprowadza się do tego, że jako jednostka zupełnie odpodmiotowiona jest ona istotowo niespójna, stymulowana przypadkowymi impulsami, nieorientująca się w ogólnej sytuacji i nieświadoma własnej w niej roli, o ograniczonych horyzontach myślowych, podatna na schematy myślowe, bez dystansu do siebie i roli społecznej, niemal w całości sprowadzająca się do tej roli. Eichmann – człowiek bez właściwości, bez wewnętrznie ugruntowanej tożsamości] 37
Niestety – nikt mu nie wierzył. Oskarżyciel nie wierzył mu, bo nie na tym polegało jego zadanie. Pełnomocnik obrony wykazał całkowitą obojętność, gdyż wszystko skazywało na to, iż w odróżnieniu od Eichmanna nie interesowały go zagadnienia sumienia. A sędziowie mu nie wierzyli dlatego, że byli ludźmi zbyt wielkiej dobroci, a może i dlatego, że pamiętali o samych podstawach swego zawodu, toteż nie mogli zakładać, że osoba „normalna”, w pełni władz umysłowych, nie poddana indoktrynacji i niepozbawiona wszelkich skrupułów, była całkowicie niezdolna do odróżnienia dobra od zła. Woleli oni wyciągnąć ze sporadycznych kłamstw, jakich się dopuszczał, wniosek, że Eichmann to kłamca – i dlatego nie sprostali największemu wyzwaniu moralnemu, a nawet prawnemu, wpisanemu w jego sprawę. Wychodzili z założenia, że oskarżony – tak jak wszyscy „normalni ludzie” – musiał zdawać sobie sprawę ze zbrodniczego charakteru swych czynów, Eichmann zaś był istotnie normalny o tyle, o ile „nie był żadnym wyjątkiem w systemie rządów nazistowskich”. Jednak w sytuacji, jaka zapanowała w Trzeciej Rzeszy można się było spodziewać, że jedynie „wyjątki” zareagują „normalnie”. Ta prosta oczywistość stawiała sędziów przed dylematem, którego nie umieli ani rozwiązać, ani zignorować.

III. Ekspert w kwestii żydowskiej

53
Toteż sądzono powszechnie, że ustawy norymberskie stabilizują nowe położenie Żydów w Rzeszy Niemieckiej. Od 30 stycznia 1933 roku byli oni, łagodnie mówiąc, obywatelami drugiej kategorii. Niemal całkowitą ich separację od reszty społeczeństwa osiągnięto w przeciągu kilku tygodni czy miesięcy: przy pomocy terroru, lecz także dzięki postawie patrzącego przez palce otoczenia. „Pomiędzy Żydami i nie-Żydami wyrósł mur”, powiedział świadek dr Benno Cohn z Berlina.
56
Największym „idealistą” spośród Żydów, z jakimi zetknął się Eichmann, był dr Rudolf Kastner, z którym prowadził rokowania podczas deportacji Żydów węgierskich. Osiągnęli porozumienie, na mocy którego Eichmann miał zezwolić na „nielegalny” wyjazd kilku tysięcy Żydów do Palestyny (eskorta pociągu składała się w istocie z niemieckich policjantów) w zamian za „ład i porządek” w obozach, skąd Żydów wywożono setkami tysięcy do Oświęcimia. Owych kilka tysięcy Żydów uratowanych dzięki temu porozumieniu – znaleźli się wśród nich ludzie wybitni i członkowie syjonistycznego ruchu syjonistycznego [selekcja] – stanowiło, wedle wyrażenia Eichmanna, „naj-/
57
lepszy materiał biologiczny”. Eichmann był przekonany, że dr Kastner poświęcił rodaków w imię „idei” i że tak powinno być.

W Niemczech bowiem aż do jesieni 1938 roku podtrzymywano fikcję, jakoby Żydom, którzy tego pragną, pozwalano – a nie zmuszano do tego – aby opuścili kraj.
63
W ostatecznym rozrachunku Eichmann został schwytany dlatego, że kierowała nim nieprzeparta potrzeba udawania kogoś ważnego [raczej potrzeba bycia/czucia się kimś ważnym] – „dość miał losu anonimowego wędrowca błąkającego się po świecie”. W miarę upływu czasu potrzeba ta musiała się nasilać, nie tylko dlatego, że nie miał żadnego zajęcia [był tym, co robi; jeśli nie robił nic, był nikim], które uważałby za godziwe, lecz także dlatego, że okres powojenny otoczył go tak wielką, a niespodziewaną „sławą”.
Samochwalstwo jednak to wada pospolita, natomiast bardziej specyficzną, a także donioślejszą w skutkach skazą charakteru Eichmanna było to, że absolutnie nie był on/
64
zdolny do patrzenia na cokolwiek z punktu widzenia innego człowieka. [Sam był nikim, więc także innych miał za nic; nie mógł patrzeć oczami innych, nie patrzył nawet własnymi oczami] 65
Mgliście uświadamiając sobie defekt, który musiał mu dokuczać nawet w czasach szkolnych – chodzi o lekką afazję – Eichmann przeprosił sąd, mówiąc: „Język urzędowy (Amtssprache) to jedyny język, jakiego używam”. Rzecz jednak w tym, że język urzędowy stał się jego mową dlatego, że doprawdy nie był w stanie wypowiedzieć jednego zdania, które nie byłoby komunałem.

Właściwie sędziowie mieli rację, gdy na koniec powiedzieli oskarżonemu, że wszystko, co mówił, było „pustosłowiem” – z tym jednak, że uważali, iż pustka jego słów była sfingowana, a oskarżony chciał w ten sposób ukryć inne swoje myśli, odrażające, ale nie pozbawione treści. Wydaje się, że przypuszczeniu temu przeczy uderzająca konsekwencja, z jaką Eichmann – pomimo dość kiepskiej pamięci – powtarzał słowo w słowo te same obiegowe zwroty lub frazesy własnego autorstwa (ilekroć udało mu się zbudować własne zdanie, powtarzał je tak długo, aż stało się nic nie znaczącym komunałem), gdy tylko nawiązywał do jakiegoś ważnego dla siebie incydentu lub wydarzenia. Spisując wspomnienia w Argentynie czy Jerozolimie, a także składając wyja-/
66
śnienia oficerowi śledczemu albo sędziom, mówił zawsze jedno i to samo, używając tych samych słów. Im dłużej się go słuchało, tym wyraźniej było widać, że istnieje ścisły związek pomiędzy jego niezdolnością do mówienia a jego niezdolnością do myślenia, mianowicie myślenia z pozycji innego człowieka. nie można się było z nim porozumieć, nie dlatego, że kłamał, lecz dlatego, że otaczał go mur najlepiej zabezpieczający go przed słowami i obecnością innych, a zatem przed samą rzeczywistością.
69
Czy mamy tu do czynienia z podręcznikowym przykładem złej wiary, oszukańczego samozakłamania połączonego ze skandaliczną głupotą? A może jest to po prostu przykład organicznie niezdolnego do skruchy zbrodniarza (w swoich syberyjskich wspomnieniach Dostojewski pisze, że wśród dziesiątków morderców, gwałcicieli i rabusiów ani razu nie napotkał człowieka, który przyznałby się do złego uczynku), który nie potrafi zdobyć się na obiektywną ocenę rzeczywistości, ponieważ jego zbrodnie stanowią jej integralny składnik.

Eichmannowi wystarczyło przywołać przeszłość, by utwierdził się w przekonaniu, że nie kłamie i nie oszukuje siebie, bo pomiędzy nim a światem, w którym kiedyś żył, panowała idealna harmonia. Niemieckie społeczeństwo zaś liczące 80 milionów ludzi broniło się przed rzeczywistością i nagimi faktami przy użyciu dokładnie tych samych sposobów: takim samym samookłamywaniem się, tymi samymi oszustwami i głupotą, jakie można było później odnaleźć w mentalności Eichmanna. Owe kłamstwa zmieniały się z roku na rok, często były ze sobą sprzeczne, a ponadto przybierały niekoniecznie tę samą postać w różnych odłamach hierarchii partyjnej czy też wśród ogółu społeczeństwa. Ale praktyka samooszukiwania się stała się tak powszechna, zyskując niemal rangę moralnego warunku przetrwania, że nawet dziś, po osiemnastu la-/
70
tach od upadku systemu hitlerowskiego, gdy prawie cała konkretna treść kłamstw tego systemu uległa zapomnieniu, trudno niekiedy oprzeć się wrażeniu, że zakłamanie stało się integralną częścią niemieckiego charakteru narodowego.
71
W jego umyśle istniała sprzeczność pomiędzy zdaniem: „Wskoczę do grobu ze śmiechem” – zdaniem odpowiednim w momencie zakończenia wojny – a słowami: „Chętnie powieszę się publicznie ku przestrodze wszystkich antysemitów na świecie”, które to zdanie – w całkiem odmiennych warunkach – pełniło dokładnie tę samą funkcję: wprawiało go w zachwyt.
72
Mimo wszystko, niezbędnym było, by potraktować go serio, i właśnie na tym polegała wielka trudność, chyba że szukało się najłatwiejszego rozwiązania dylematu, jaki przedstawiały nie dająca się wyrazić potworność czynów i niezaprzeczalna śmieszność człowieka, który je popełnił. Rozwiązaniem owym było uznanie go za sprytnego, wyrachowanego kłamcę, którym Eichmann na pewno nie był. Jego własny sąd w tej sprawie daleki był od umiarkowania: „Jednym z niezliczonych darów, jakie otrzymałem od losu, jest zdolność do ogarnięcia prawdy, w tej przynajmniej mierze, w jakiej zależy to ode mnie”.

Wbrew wszystkim wysiłkom oskarżenia, każdy mógł się przekonać, że ten człowiek nie jest „potworem”, jednak doprawdy trudno się było oprzeć wrażeniu, że jest błaznem. Ponieważ zaś wrażenie takie miałoby fatalny skutek dla całego przedsięwzięcia, zresztą dość trudno byłoby się przy nim upierać ze względu na cierpienia, jakie wraz z podobnymi sobie zadał on milionom ludzie – jego najgorsze błazeństwa przeszły niemal nie zauważone i prawie wcale nie wspomniano o nich w relacjach/
73
z procesu.

W wypadku Eichmanna chodziło zawsze o zmienne nastroje, dlatego ilekroć miał odszukać w pamięci – na przykład pod wpływem chwili – jakiś odpowiedni do swego aktualnego nastroju podniosły frazes, zadowalał się nim od razu, nie troszcząc się bynajmniej o jakikolwiek pozór logiki. Jak się przekonamy, ten okropny dar pocieszania się wyświechtanymi frazesami nie opuścił go nawet w godzinie śmierci.

IV. Pierwsze rozwiązanie: wypędzenie

74
Odnosi się to zwłaszcza do mętnej ideologii i ogólnych poglądów Eichmanna na tak zwaną „kwestię żydowską”. Zeznając przed sądem, oświadczył on przewodniczącemu składu orzekającego, że w Wiedniu „traktował Żydów jako przeciwników, w stosunku do których trzeba było znaleźć jakieś wzajemnie uczciwe i wzajemnie możliwe do przy-/
75
jęcia rozwiązanie. (…) Wyobrażałem sobie, że rozwiązanie to będzie polegało na zapewnieniu im gruntu pod nogami, tak że będą mieli swoje własne miejsce na Ziemi, swoją własną ojczyznę. Pracowałem na rzecz tego rozwiązania z radością. Współdziałałem w jego osiągnięciu z ochotą i radością, gdyż było to jednocześnie rozwiązanie, które akceptowały pewne ruchy wśród samego narodu żydowskiego, a ja uważałem, że jest to najodpowiedniejsze rozwiązanie tej sprawy”. To było prawdziwym powodem, dla którego wszyscy „dobrze się rozumieli, a ich praca „opierała się na zasadzie wzajemnej korzyści”. Choć może nie wszyscy Żydzi to rozumieli, w ich interesie było wydostanie się z kraju: „Trzeba było im pomóc, trzeba było pomóc tym działaczom w ich pracy i ja im pomogłem”.
77
Swoją drogą, sam wyraz „barbarzyństwo”, tak często używany dziś przez Niemców na określenie czasów hitlerowskich, jest zniekształceniem rzeczywistości.

(…) sami Żydzi niemieccy uważali, że wystarczy, jeśli przekreślą „asymilację”, rozpoczynając nowy proces „deasymilacji”, toteż napływali gromadnie w szeregi ruchu syjonistycznego. (Nie istnieją żadne godne zaufania statystyki dotyczące tych wydarzeń, ale szacuje się, że nakład syjonistycznego tygodnika „Die Jüdische Rundschau” wzrósł w ciągu pierwszych miesięcy rządów Hitlera z około 5-7 tysięcy do blisko/
78
40 tysięcy egzemplarzy. Wiadomo także, że organizacje gromadzące fundusze na cele syjonistów uzyskiwały w latach 1935-1936 trzykrotnie większe wpływy – od znacznie zmniejszonej i zubożałej ludności – niż w latach 1931-1932).
79
(…) według nazistów syjoniści byli „przyzwoitymi” Żydami, bo również myśleli kategoriami „narodowymi”.

W owych początkowych latach istniało porozumienie – wysoce zadowalające obie strony – pomiędzy władzami nazistowskimi a żydowską Agencją Palestyńską, znane pod nazwą Ha’avarah (Porozumienie transferowe)[Haawara], na mocy którego osoba emigrująca do Palestyny mogła dokonać tam transferu swych pieniędzy w formie towarów niemieckich i wymienić je po przybyciu na funty. Rychło stało się to jedynym legalnym sposobem, w jaki Żyd mógł wywieźć z sobą swoje własne pieniądze (alternatywa polegała wówczas na założeniu zablokowanego konta, które można było zlikwidować za/
80
granicą jedynie ponosząc stratę sięgającą od 50 do 95%). Skutek był taki, że w latach trzydziestych, kiedy to Żydzi amerykańscy, zadawszy sobie mnóstwo trudu, zorganizowali bojkot produktów niemieckich, Palestyna zarzucona była wszelkiego rodzaju towarami z etykietką „Made in Germany”.

(…) owi Żydzi z Palestyny posługiwali się językiem nie całkiem różnym od języka Eichmanna. Do Europy wysłały ich wspólnoty osiadłe w Palestynie i nie zajmowali się oni akcją ratunkową: „To nie była ich sprawa”. Chcieli wyselekcjonować „odpowiedni materiał”, głównym zaś ich wrogiem – w okresie poprzedzającym plan zagłady – nie byli ci, którzy czynili niemożliwym życie Żydów w starych krajach, w Niemczech lub Austrii, lecz ci, którzy zagradzali im dostęp do nowej ojczyzny./
81
Wrogiem tym była z pewnością Wielka Brytania, a nie Niemcy. W istocie byli oni w stanie pertraktować z władzami nazistowskimi na płaszczyźnie niemal partnerskiej – co było niemożliwe w wypadku Żydów miejscowych – ponieważ cieszyli się protektoratem władzy mandatowej. Należeli przypuszczalnie do pierwszych Żydów, którzy mówili o wzajemnych korzyściach, z pewnością zaś byli pierwszymi Żydami, jacy otrzymali pozwolenie na „wybranie młodych pionierów żydowskich” spośród Żydów przebywających w obozach koncentracyjnych. Rzecz jasna, nie zdawali sobie sprawy ze złowrogich skutków tych pertraktacji, które skrywała przyszłość, lecz i oni uważali poniekąd, iż jeśli chodzi o sprawę selekcji Żydów mających ocaleć, powinni jej dokonywać sami Żydzi. to właśnie ten zasadniczy błąd w ocenie doprowadził ostatecznie do sytuacji, w której pominięta przy selekcji przeważająca większość Żydów stanęła w obliczu dwóch wrogów: władz nazistowskich i władz żydowskich. O ile chodzi o epizod wiedeński, niedorzeczne twierdzenie Eichmanna, jakoby uratował on życie setek tysięcy Żydów – wyśmiane na sali sądowej – znajduje osobliwe wsparcie w wyważonej opinii historyków żydowskich, barci Kimche: „W ten sposób rozpoczął się ów z pewnością najbardziej paradoksalny epizod w całym okresie hitleryzmu: człowiek, który miał przejść do historii jako jeden z największych oprawców narodu żydowskiego, stanął w szeregu czynnych działaczy na rzecz uratowania Żydów europejskich”. [Eichmann faktycznie nie nienawidził Żydów, wypełniał tylko swoje obowiązki/pracę i dążył do wyznaczonego celu: najpierw było nim wypędzenie Żydów z Niemiec i Europy, potem ich fizyczna eksterminacja]

(…) Aliyah Beth [Alija] – tak nazywała się organizacja zajmująca się nielegalną emigracją do Palestyny (…)
82
Pamięć Eichmanna funkcjonowała jedynie w odniesieniu do rzeczy mających bezpośredni wpływ na jego karierę.

(…) „człowiek z Hagany” – żydowskiej organizacji wojskowej, która stała się zalążkiem armii izraelskiej – przybył do Kairu na spotkanie z nimi.
83
(…) zarówno jego myślom, jak uczuciom całkowicie brakowało jakiejkolwiek logiki (…) [raczej jej nie odkryto]

(…) od wiosny 1938 do marca 1939 – przypadł na moment, kiedy reżim hitlerowski wycofał się ze swego dotychczasowego nastawienia prosyjonistycznego. W naturze ruchu nazistowskiego leżała ciągła zmiana, z każdym mijającym miesiącem ulegał on dalszej radykalizacji (…)

Strorfer zastąpił emisariuszy z Palestyny, którzy zanadto się uniezależnili, a zadanie, jakie przydzielił mu Eichmann, polegało na zorganizo-/
84
waniu pewnej liczby nielegalnych transportów Żydów do Palestyny bez pomocy syjonistów. Strorfer nie był syjonistą i nie wykazywał żadnego zainteresowania sprawami żydowskimi przed wkroczeniem nazistów do Austrii. Mimo to, przy pomocy Eichmanna, udało mu się wydostać około 3,5 tysiąca Żydów z Europy, w roku 1940, gdy połowa kontynentu europejskiego znajdowała się pod okupacją hitlerowską.
85
Oskarżyciel i sędziowie byli zgodni co do tego, że w osobowości Eichmanna zaszła autentyczna i trwała przemiana w momencie, gdy awansował na stanowisko wyposażone we władzę wykonawczą. [Raczej miały możliwość ujawnić się wtedy pewne jego cechy] 88
Prawdą jest, że rząd nazistowski wciąż jeszcze chciał wypuścić „swych” Żydów (rozkaz wstrzymujący wszelką emigrację wydany został dopiero w dwa lata później, je-/
89
sienią 1941 roku), a jeśli nawet podjęto już jakąś decyzję o Ostatecznym Rozwiązaniu, nie wydano jednak żadnych konkretnych rozkazów, choć Żydów koncentrowano już w gettach na Wschodzie i choć padali już oni od kul Einsatzgruppen.

V. Drugie rozwiązanie: koncentracja

91
Owo „rzeczowe” podejście – mówienie o obozach koncentracyjnych w kategoriach „administracji” i o obozach zagłady w kategoriach „gospodarki” – było typowe dla mentalności ludzi z SS. [Owe kategorie to nie tyle eufemizmy, mające maskować fakt masowego zabijania ludzi, ile świadectwo rzeczywistości: dla nazistów ludobójstwo było faktycznie kwestią ekonomii, gospodarki i administracji, w tym przypadku, „zasobami ludzkimi”; taki był ich źródłowy sposób myślenia; przyczyn ludobójstwa należy szukać w sposobie podejścia do ekonomii i administracji, a nie w stosunku do ludzi, który z tego pierwszego wynikał i stanowił kłopotliwą „kwestię” do rozwiązania, pewien „praktyczny” problem] 96
(…) wyszło także na jaw, że dwa spośród trzech jego pomysłów nie były wcale jego autorstwa, a co do trzeciego – cóż, „już sam nie wiem, czy powstał on w głowie Stahleckera [który był jego zwierzchnikiem w Wiedniu i w Pradze], czy też a mojej, w każdym razie powstał”.
102
(…) nigdy nie zmienił swojej opowieści o Madagaskarze i prawdopo-/
103
dobnie zmienić jej po prostu nie mógł. Było bowiem tak, jak gdyby miał ją utrwaloną w pamięci na jakiejś innej taśmie, a właśnie ta jego zapisana na taśmach pamięć okazała się odporna na wszelkie argumenty rozumu, informacje i przebłyski intuicji.
106
Pamięcią Eichmanna, przeskaku-/
107
jącego z wielką łatwością ponad latami – opowiadając o Terezinie przesłuchującemu mu oficerowi śledczemu, wyprzedził o dwa lata bieg wydarzeń – nie rządził z pewnością porządek chronologiczny, nie była ona jednak po prostu zawodna. Przypominała magazyn wypełniony budzącymi ludzką ciekawość historiami najgorszego rodzaju. [Warte zapamiętania jest tylko to, o czym ludzi chcą słuchać; społeczny wymiar pamięci]

Tym razem jednak przedstawiono mu dokument stwierdzający, że wysłano go do/
108
Bratysławy, aby mógł omówić „bieżące działania związane z ewakuacją Żydów słowackich”. Natychmiast przyznał się do pomyłki: „Jasne, jasne. Był rozkaz z Berlina. Nie wysłali mnie tam, żebym grał w kręgle”. Czyżby dwukrotnie skłamał, i to z wielką konsekwencją? Bynajmniej. Ewakuacja i deportacja Żydów stały się czynnością rutynową – w pamięci utkwiła mu gra w kręgle, gościna u ministra, wiadomość o zamachu na Heydricha. Było też charakterystyczną cechą jego pamięci, że absolutnie nie mógł sobie przypomnieć, w którym roku rozegrały się owe pamiętne wydarzenia, kiedy to czescy patrioci zastrzelili „kata”.
Gdyby pamięć Eichmanna funkcjonowała lepiej, zapewne w ogóle przemilczałby historię z Terezinem. Wszystko to bowiem działo się w momencie, gdy minęła pora „rozwiązań politycznych”, a rozpoczęła era „rozwiązania fizycznego”.

VI. Rozwiązanie ostateczne: eksterminacja

111
Ponadto wszelka korespondencja dotycząca tej sprawy podporządkowana była sztywnym „regułom językowym” i z wyjątkiem raportów od Einsatzgruppen rzadko można natrafić na dokumenty, w których występują tak jednoznacznie brzmiące słowa, jak „eksterminacja”, „likwidacja”, czy „egzekucja”. Obowiązkowymi kryptonimami zabijania były wyrazy „ostateczne rozwiązanie”, „ewakuacja” (Aussiedlung) oraz „specjalne traktowanie” (Sonderbehandlung). Deportacja – chyba że w grę wchodzili Żydzi kierowani do Terezina, owego „getta starców” dla uprzywilejowanych Żydów, wówczas nazywało się to/
112
„zmianą miejsca pobytu” – otrzymała nazwę „przesiedlenia” (Umsiedlung) bądź „robót na Wschodzie” (Arbeitseinsatz im Osten).
113
Wielka podatność Eichmanna na frazesy i chwytliwe powiedzenia, w połączeniu z nieumiejętnym posługiwaniem się normalnym językiem, czyniły go naturalnie idealnym użytkownikiem „reguł językowych”.
118
Ponieważ jednak zajmował się transportami, a nie zabi-/
119
janiem, pozostawała nadal kwestia – przynajmniej w sensie formalno prawnym – tego, czy wiedział, co robi. Istniała również kwestia dodatkowa: czy był w stanie dokonać właściwej oceny potworności swych czynów, a zatem, czy ponosił odpowiedzialność prawną, niezależnie od faktu, że pod względem medycznym był osobą normalną. Otóż na oba te pytania udzielono odpowiedzi twierdzącej: widział miejsce, do którego kierowano transporty i przeżył wstrząs, odchodząc niemal od zmysłów.
120
(…) wiemy, jak zaskakująco łatwo i bez narażania się na poważne konsekwencje członkowie oddziałów eksterminacyjnych mogli porzucać swe zajęcie. (…) Dokumenty norymberskie „nie odnotowują ani jednego wypadku poniesienia przez członka SS kary śmierci za odmowę uczestnictwa w egzekucji”.

W swym ostatnim wystąpieniu na sali sądowej Eichmann przyznał, że mógł się był wycofać pod tym czy innym pretekstem, jak czynili to inni. Sądził zawsze, że takie posunięcie byłoby „niedopuszczalne” i nawet na sali sądowej nie uważał tego za rzecz „godną podziwu”, gdyż w praktyce równało się ono przeniesieniu na inną, dobrze płatną posadę. Powojenne opowieści o jawnym nieposłuszeństwie były wyssane z palca: „W tamtych warunkach takie zachowanie było niemożliwe. Nikt nie za-/
121
chowywał się w ten sposób”. Było to „nie do pomyślenia”. Gdyby mianowano go komendantem obozu zagłady, tak jak jego przyjaciela Hössa, musiałby popełnić samobójstwo, bo nie potrafił zabijać.
126
Sumienie Eichmanna buntowało się nie na myśl o zagładzie, lecz na myśl o zagładzie Żydów niemieckich.

Sumienie tego rodzaju, buntujące – jeśli się w ogóle buntowało – przeciwko mordowaniu ludzi „ze środowiska naszej kultury”, przetrwało upadek nazizmu. Wśród Niemców uparcie krążą dzisiaj „błędne informacje”, zgodnie z którymi mordowano „tylko” Ostjuden – Żydów wschodnioeuropejskich.
129
W rzeczywistości sytuacja była równie prosta, jak beznadziejna: przeważająca większość narodu niemieckiego wierzyła w Hitlera (…)
136
Jeśli jednak zbada się treść dokumentów i deklaracji przygotowanych przez przedstawicieli tak zwanych „innych Niemiec”, którzy mieli zastąpić Hitlera, gdyby spisek 20 lipca zakończył się powodzeniem – można tylko/
137
zdumieć się rozmiarami przepaści dzielącej nawet tych ludzi od reszty świata.
138
W umysłach owych ludzi, którzy stali się zbrodniarzami, zalęgło się po prostu przekonanie, że uczestniczą oni w jakichś historycznych, wspaniałych i absolutnie wyjątkowych wydarzeniach („wielkie zadanie, które przychodzi raz na dwa tysiące lat”)[mityzacja], którym z tego właśnie powodu niełatwo sprostać. Jest ono istotne, ponieważ ci zbrodniarze nie byli sadystami ani mordercami z natury. Przeciwnie, podjęto systematyczne wysiłki celem pozbycia się wszystkich tych osobników, którzy czerpali fizyczną przyjemność ze swego zajęcia.

Problem polegał zatem na tym, jak przezwyciężyć u tych ludzi nie tyle wyrzuty sumienia, ile raczej zwierzęcą litość, którą odczuwają wszyscy normalni ludzie w obliczu cierpień fizycznych. Sztuczka, jakiej użył Himmler – który najwyraźniej sam był dotknięty tymi instynktownymi reakcjami – była bardzo prosta i przypuszczalnie niezwykle skuteczna: polega ona na zwróceniu owych instynktownych odruchów niejako w przeciwną stroną i skierowaniu ich przeciwko sobie. Tak więc zamiast wykrzyknąć: Cóż za potworne rzeczy zrobiłem tym ludziom! – zbrodniarze ci potrafili powiedzieć: Cóż za potworne rzeczy musiałem oglądać, wykonując swe obowiązki. Jak ciężkie było brzmię na moich ramionach!
143
(…) całkiem niezależnie od skutków „edukacji w sprawach eutanazji”, stosunek do „bezbolesnej śmierci przez zagazowanie” uległ najprawdopodobniej zmianie w toku wojny.

VII. Konferencja w Wannsee, czyli Poncjusz Piłat

148
Dzień, w którym odbyła się konferencja, wrył się w pamięć Eichmanna jeszcze z jednego powodu. Choć dokładał on wszelkich starań, by przyczynić się do Ostatecznego Rozwiązania, wciąż jednak żywił pewne wątpliwości co do „tak krwawego rozwiązania z zastosowaniem przemocy” – wątpliwości te zostały teraz roz-/
149
wiane. „Na naradzie zabrały głos najważniejsze osoby, papieże Trzeciej Rzeszy”. Mógł się on przekonać na własne oczy i uszy, że nie tylko Hitler, nie tylko Heydrich czy „sfinks” Müller, nie samo SS albo partia, ale elita zacnych pracowników służby państwowej walczy i konkuruje z sobą o zaszczyt przewodzenia w tej „krwawej” operacji. „W tym momencie doznałem jakby odczucia Poncjusza Piłata, bo poczułem się wolny od wszelkiej winy”. Kimże był Eichmann, by ferować wyroki? Kimże był, żeby „snuć własne przemyślenia w tej sprawie”? Cóż, nie jego pierwszego – ani ostatniego – zniszczyła własna skromność. [Raczej poczucie niższości, nieistotności] 152
Wedle oświadczenia Eichmanna, czynnikiem, który odegrał największą rolę w uspokojeniu jego sumienia, był po prostu fakt, że nie spotkał on nikogo, absolutnie nikogo, kto byłby przeciwko Ostatecznemu Rozwiązaniu.
154
Prawda była jeszcze bardziej ponura. Działający na Węgrzech dr Kastner uratował na przykład dokładnie 1684 osoby za cenę około 476 tysięcy ofiar.
163
Do samego końca Eichmann żarliwie wierzył w sukces, który wedle jego wyobrażeń stanowił główną normę obowiązującą w „lepszym towarzystwie”. Typowe są uwagi dotyczące Hitlera, jakie zawarł w swym ostatnim słowie – zgodził się, żeby jego kompan Sassen „wymazał” je z relacji, jaką wspólnie sporządzili. Powiedział mianowicie, że Hitler „mógł się całkowicie mylić, ale jedno nie podlega dyskusji: potrafił zapewnić sobie awans z kaprala armii niemieckiej na führera liczącego sobie prawie 80 milionów ludzi narodu. (…) Sam ten sukces był dla mnie dowodem, że powinienem podporządkować się temu człowiekowi”. Jego sumienie zaiste/
164
doznało uspokojenia, gdy zobaczył, z jakim zapałem i skwapliwością „lepsze towarzystwo” reagowało tak samo jak on.
Eichmann powoływał się na to, że nic nie słyszał o głosach, które obudziłyby w nim sumienie; zadanie oskarżenia polegało na tym, by udowodnić, że tak nie było [uprzednie założenie, oczekiwanie] – że rozlegały się głosy których mógł posłuchać i że bez względu na to wykonywał swą pracę z gorliwością wykraczającą daleko poza nakazy obowiązku. Taka też była prawda, z tym że – choć może się to wydawać dziwne – zapał, z jakim dokonywał zbrodni, nie pozostawał całkowicie bez związku z dwuznacznym charakterem wypowiedzi ludzi, którzy w różnych momentach usiłowali go powściągnąć. Wspomnijmy tu tylko przelotnie tak zwaną „wewnętrzną emigrację” niemiecką, czyli ludzi zajmujących nierzadko nawet wysokie stanowiska w Trzeciej Rzeszy. Po zakończeniu wojny utrzymywali oni przed samymi sobą, a także przed całym światem, że pozostawali zawsze w „wewnętrznej opozycji” wobec panującego reżimu. Rzecz nie w tym, czy mówili prawdę, chodzi raczej o to, że w przesiąkniętej tajemniczością atmosferze hitleryzmu żadnej tajemnicy nie strzeżono równie skutecznie, co owego zjawiska „wewnętrznej opozycji”. Biorąc pod uwagę panujący w czasach hitlerowskich terror, jest to całkowicie zrozumiałe; pewien dość dobrze znany „wewnętrzny emigrant”, który na pewno przeświadczony był o własnej szczerości, powiedział mi kiedyś, że „zewnętrznie” ludzie jego pokroju musieli – chcąc ustrzec swą tajemnicę – sprawiać wrażenie jeszcze bardziej zaprzysięgłych nazistów niż zwykli naziści. (Nawiasem mówiąc, może to tłumaczyć, dlaczego nieliczne znane nam protesty przeciwko programowi eksterminacji wyszły nie od do-/
165
wódców armii, ale od starych członków partii). Toteż jedyny możliwy sposób życia w Trzeciej Rzeszy, który pozwalał nie postępować tak jak naziści, polegał na tym, żeby się w ogóle nie ujawniać: „Wycofanie się z istotnego uczestnictwa w życiu publicznym” stanowiło w istocie jedyne kryterium pozwalające mierzyć stopień indywidualnej odpowiedzialności, jak zauważył w niedawno wydanej książce pt. Political Justice (1961) Otto Kirchheimer. Jeśli określenie to miało posiadać jakikolwiek sens, mianem „emigranta wewnętrznego” można było określić kogoś, kto żył jak „wyrzutek własnego narodu wśród wierzących ślepo tłumów”, jak wskazał profesor Hermann Jahrreiss w złożonym przed Trybunałem Norymberskim „Oświadczeniu skierowanym do wszystkich obrońców oskarżonych”. Albowiem w sytuacji braku wszelkich organizacji opozycja była istotnie „całkowicie pozbawiona sensu”.
170
W każdym razie były to interpretacje i konkluzje tego rodzaju, jakich w normalnej sytuacji żaden sąd nie wziąłby pod uwagę, w Jerozolimie jednak uwzględniono je w orzeczeniu końcowym.
171
Żydzi niemieccy od samego początku zaakceptowali te kategorie bez protestu. Owa akceptacja uprzywilejowania pewnych kategorii ludzi – Żydów niemieckich w odróżnieniu od Żydów polskich, kombatantów i Żydów z odznaczeniami w odróżnieniu od zwykłych Żydów, rodzin, których przodkowie urodzili się w Niemczech w odróżnieniu od obywateli niedawno naturalizowanych itd. – stanowiła początek moralnego upadku cieszącej się poważaniem społeczności żydowskiej. (Biorąc pod uwagę fakt, że obecnie sprawy te traktuje się często w ten sposób, jakby istniało jakieś prawo natury ludzkiej powodujące, że w obliczy zagłady każdy musi utracić swą godność, pozwolimy sobie przypomnieć postawę francuskich kombatantów pochodzenia żydowskiego, którym rząd zaproponował te same przywileje. Odrzekli wówczas: „Uroczyście oświadczamy, że odrzucamy wszelkie nadzwyczajne korzyści, jakie moglibyśmy czerpać z naszego statusu byłych wojskowych” [„American Jewish Yearbook” 1945].

VIII. Obowiązki szanującego prawo obywatela

175
A zatem Eichmann miał sporo okazji, by czuć się jak Poncjusz Piłat, w miarę zaś upływu miesięcy i lat w coraz mniejszym stopniu odczuwać cokolwiek. Sprawy wyglądały tak a nie inaczej – w kraju obowiązywało takie a nie inne prawo, oparte na rozkazie Führera; wszystko co robił, odpowiadało – na tyle, na ile potrafił to ocenić – zachowaniu szanującego prawo obywatela. Wypełniał swoje obowiązki, jak wielokrotnie powtarzał podczas śledztwa i na sali sądowej; był posłuszny nie tylko rozkazom, lecz także prawu. Eichmann miał niejasne poczucie, że to rozróżnienie może mieć istotne znaczenie, ale ani obrona, ani sędziowie nie poruszyli tej kwestii. Zużyte liczmany „rozkazów z góry” w przeciwieństwie do „aktów państwowych” krążyły z rąk do rąk; nadawały one ton całej dyskusji na ten temat podczas procesów norymberskich wyłącznie dlatego, że stwarzały złudzenie, iż to, co absolutnie bezprecedensowe, można osądzić na podstawie precedensów i odpowiadających ich norm.
Po Eichmannie – człowieku obdarzonym dość miernym intelektem – z pewnością najmniej można się było spodziewać, że będzie akurat tą osobą na sali sądowej, która zakwestionuje powyższe rozróżnienie i wystąpi z własną, nowatorską koncepcją.
176
(…) pocieszał się myślą, iż nie jest już „panem własnych czynów” i nie może „niczego zmienić”.
190
Fakt, że owi trzej ludzie [sędziowie] nigdy nie zdołali go zrozumieć, może świadczyć o ich „dobroci”, o ich niewzruszonej i odrobinę staroświeckiej wierze w moralne podwaliny swojej profesji. Smutna bowiem i bardzo niewygodna prawda polegała w tym wypadku prawdopodobnie na tym, że to nie fanatyzm, lecz właśnie sumienie skłoniło Eichmanna do zajęcia nieprzejednanego stanowiska w ciągu ostatniego roku wojny, podobnie jak trzy lata wcześniej skłoniło go ono na krótko do działania w przeciwnym kierunku. Eichmann wiedział, że rozkazy Himmlera stoją w sprzeczności z rozkazami führera.
193
Stratą czasu byłyby próby ustalenia, co było w nim silniejsze – podziw dla Hitlera, czy też usilne postanowienie, aby zostać lojalnym obywatelem Trzeciej Rzeszy, kiedy Niemcy legły już w gruzach.

Eichmann, człowiek z pewnością dużo mniej inteligentny i pozbawiony solidniejszego wykształcenia, zdawał sobie w każdym razie mgliście sprawę z tego, że to nie rozkaz, ale prawo zmieniało wszystkich w zbrodniarzy. Różnica między rozkazem a słowami führera polegała na tym, że te ostatnie posiadały ważność nie ograniczoną czasem ani przestrzenią, co stanowiło zasadnicza cechę tego pierwszego. To także było/
194
prawdziwą przyczyną, dla której w następstwie wydania przez führera rozkazu do przystąpienia do Ostatecznego Rozwiązania, spłynęła istna lawina przepisów i rozporządzeń przygotowanych przez ekspertów i doradców w dziedzinie prawa, a nie tylko przez aparat administracyjny – ów rozkaz, przeciwnie niż zwykłe rozkazy, potraktowany został niczym prawo.
194
Podobnie zaś jak w krajach cywilizowanych zakłada się, że głos sumienia mówi każdemu „Nie zabijaj”, mimo że naturalne pragnienia i skłonności człowieka mogą niekiedy mieć morderczy charakter, tak samo państwo Hitlera domagało się, aby głos sumienia powiedział wszystkim: „Zabijaj”, choć organizatorzy rzezi wiedzieli doskonale, że mordowanie jest sprzeczne z normalnymi pragnieniami i skłonnościami większości ludzi. Zło w Trzeciej Rzeszy utraciło tę cechę, po której większość ludzi je rozpoznaje – przestało być pokusą. Wielu Niemców i wielu nazistów – przypuszczalnie przeważająca ich większość – musiała odczuwać pokusę żeby nie mordować, nie grabić, nie przypatrywać się obojętnie, jak ich sąsiedzi idą na zagładę (bo oczywiście wiedzieli, że Żydów wywozi się na zagładę, choć ponure szczegóły mogły być wielu z nich nieznane) i żeby nie przyjąć wspólnictwa w tych wszystkich zbrodniach przez czerpanie z nich korzyści. Bóg jednak świadkiem, że nauczyli się opierać tym pokusom.

IX. Deportacje z Rzeszy: Niemcy, Austria i Protektorat

195
W okresie między konferencją w Wannsee w styczniu 1942 roku, kiedy to Eichmann poczuł się niewinnym jak Poncjusz Piłat i umył ręce, a rozkazami Himmlera z lata i jesieni 1944 roku, kiedy za plecami Hitlera wycofywano się z Ostatecznego Rozwiązania, jak gdyby dokonana rzeź była niczym więcej niż pożałowania godną pomyłką – Eichmanna nie trapiły żadne wyrzuty sumienia.
198
(…) – wszystko to stało się działaniem rutynowym, którego szczegóły Eichmann zapomniał na długo przed doprowadzeniem go przed sąd w Jerozolimie.
208
(…) oficjalne uzasadnienie deportacji, zawarte w okólniku wydanym przez Kancelarię Partii jesienią 1942 roku: „Leży w naturze rzeczy, że te pod pewnymi względami bardzo trudne problemy można rozwiązać z korzyścią dla trwałego bezpieczeństwa naszego narodu jedynie zachowując nieugiętą twardość serca”.

X. Deportacje z Europy Zachodniej: Francja, Belgia, Holandia, Dania, Włochy

213
Okazało się, że kiedy naziści napotkali zdecydowany opór, zabrakło im ludzi i woli dalszego okazywania „twardości”.
225
To, że ideał „twardości” – nie licząc może garstki na pół zidiociałych nikczemników – był tylko samooszukańczym mitem, pod którym kryło się przemożne dążenie do konformizmu za wszelką cenę, ujawniło się z całą wyrazistością podczas procesów w Norymberdze, gdzie podsądni oskarżali i zdradzali się nawzajem, zapewniając opinię światową, że „zawsze byli przeciwko” lub utrzymując – tak jak to uczynił później Eichmann – jakoby/
226
zwierzchnicy „nadużyli” ich najlepszych talentów.

XI. Deportacje z Bałkanów: Jugosławia, Bułgaria, Grecja, Rumunia

244
(…) procesy zbrodniarzy wojennych wszędzie poza terenem Niemiec kończyły się zawsze surowymi wyrokami.

XII. Deportacje z Europy Środkowej: Węgry i Słowacja

256
(…) słabość, jaką miał Eichmann do wzniosłych sentencji pozbawionych rzeczywistego znaczenia, nie była pozą wymyśloną specjalnie na proces norymberski.

XIII. Ośrodki zagłady na Wschodzie

266
Oskarżenie – jak o tym napomknięto podczas procesu, wyczerpująco przedstawiono jednak dopiero później, w specjalnym Biuletynie wydanym w kwietniu 1962 roku nakładem Yad Vashem, instytutu izraelskiego gromadzącego materiały dotyczące czasów nazistowskich – znalazło się pod znaczną presją ocalałych z zagłady Izraelczyków, którzy stanowili obecnie około 20% ludności tego kraju.

(…) 56 „świadków cierpień narodu żydowskiego” – jak ich nazwały władze sądowe – stanęło ostatecznie przy barierce, zamiast – jak początkowo planowano – 15-20 „świadków naświetlających tło wydarzeń”. Na ogólna liczbę 121 sesji sądu 23 poświęcono wyłącznie „tłu”, co oznacza, że w praktyce nie wiązały się one wcale ze sprawą.
269
(…) w kraju, gdzie co piąty mieszkaniec był ocalałym z zagłady.
270
W Izraelu, tak samo jak w większości innych krajów, obowiązuje domniemanie niewinności osoby stojącej przed sądem, dopóki jej wina nie zostanie udowodniona. Jednak w wypadku Eichmanna było to oczywistą fikcją. Gdyby nie stwierdzono jego winy – winy nie ulegającej najmniejszej wątpliwości jeszcze zanim znalazł się w Jerozolimie – Izraelczycy nigdy nie pragnęliby i nigdy nie odważyliby się go ująć. Wyjaśniając w liście do prezydenta Argentyny z dnia 3 czerwca 1960 roku powody popełnienia przez Izrael „formalnego naruszenia prawa argentyńskiego”, premier Ben Gurion napisał, że to „Eichmann był organizatorem masowego mordu [6 milionów ludzi], którego gigantyczna skala nie ma precedensu w całej Europie.

(…) bezprawne aresztowanie Eichmanna mógł usprawiedliwić i usprawiedliwiał w oczach świata jedynie fakt, że wynik procesu dało się bezpiecznie przewidzieć. I oto okazało się, że rolę, jaką Eichmann odegrał w Ostatecznym Rozwiązaniu, szalenie wyolbrzymiono – częściowo z powodu jego własnych przechwałek, a po części dlatego, że oskarżeni w procesie norymberskim i w innych powojennych procesach usiłowali oczyścić się z zarzutów jego kosztem, a głównie dlatego, że pozostawał w bliskim kontakcie z działaczami żydowskimi, ponieważ był jedynym funkcjonariuszem niemieckim uchodzącym za „eksperta w sprawach żydowskich” i niczym więcej.
272
Udzielając oczywistej odprawy oskarżeniu [sędziowie] stwierdzili wyraźnie, że cierpienia na tak ogromną skalę „przekraczają możliwości ludzkiego rozumowania”, stanowiąc temat dla „wielkich pisarzy i poetów”, a skala sądowa nie jest dla nich właściwym miejscem, natomiast czyny i motywy ich popełnienia nie wykraczają poza możliwość zrozumienia i osądzenia.
275
(…) w obozach istniały dwie kategorie Żydów – tak zwani „Żydzi z transportów” (Transportjuden) – tych była przeważająca większość – którzy nawet w opinii nazistów nie popełnili nigdy żadnego przestępstwa, oraz „Żydzi zatrzymani ze względów bezpieczeństwa” (Schutzhaftjuden), wysłani do/
276
niemieckich obozów koncentracyjnych z powodu naruszenia jakichś przepisów. [niewinni mieli gorzej]

Oskarżyciele, nie mogąc wyobrazić sobie autora masowych mordów, który sam nikogo nie zabił (a w tym konkretnym przypadku nie miałby przypuszczalnie nawet odwagi, żeby zabić), usiłowali ciągle udowodnić, że Eichmann osobiście dopuścił się mordów.

XIV. Materiał dowodowy i świadkowie

301
Wniosek bowiem, jaki z nich płynie, jest prosty i powszechnie zrozumiały. W kategoriach politycznych brzmi tak, że przeważająca większość ludzi ugnie się przed rządami terroru, ale niektórzy się nie ugną, podobnie jak nauka płynąca z doświadczeń krajów, którym zaproponowano Ostateczne Rozwiązanie, jest taka, że to mogło zdarzyć się prawie wszędzie, a jednak nie wszędzie się zdarzyło. W kategoriach zaś ludzkich wniosek brzmi tak, że niczego więcej nie trzeba, ani też niczego więcej nie można z sensem postulować, by na naszej planecie wciąż jeszcze dało się żyć po ludzku.

XV. Wyrok, apelacja i egzekucja

307
Prawda polega na tym, że Eichmann wielokrotnie podejmował próby wyrwania się ze swej anonimowości, toteż musi raczej dziwić, że izraelskie tajne służby potrzebowały kilku lat – aż do sierpnia 1959 roku – by dowiedzieć się, że Adolf Eichmann mieszka w Argentynie pod nazwiskiem Ricardo Clement. Izrael nigdy nie ujawnił swych źródeł informacji, obecnie zaś co najmniej pół tuzina osób twierdzi, jakoby znalazły Eichmanna, natomiast „dobrze poinformowane koła” w Europie powtarzają z uporem, że to wywiad rosyjski przekazał tę wiadomość. Bez względu na stan faktyczny, zagadka nie polega na tym, jak udało się odkryć kryjówkę Eichmanna, tylko raczej na tym, jak udało się nie odkryć jej wcześniej – pod warunkiem, rzecz jasna, że Izraelczycy istotnie prowadzili latami swoje poszukiwania. To zaś – w świetle faktów – wydaje się wątpliwe.
309
Dowodów na to, że pragnął on znaleźć się w Izraelu i stanąć tam przed sądem, było więcej niż ich ujawniono w Jerozolimie.
310
(…) nic innego jak tylko faktyczna bezpaństwowość Eichmanna pozwoliła postawić go przed sądem jerozolimskim.
312
Eichmann w dwojaki sposób uzasadnił swą zdumiewającą współpracę z władzami sądowymi. W Argentynie – wiele lat przed ujęciem – napisał, że anonimowość ogromnie go męczy, im więcej zaś czytał na swój temat, tym większe musiało go ogarniać zmęczenie. Drugie uzasadnienie, które podał w Izraelu, brzmiało bardziej dramatycznie: „Mniej więcej półtora roku temu [tj. wiosną 1959 roku], dowiedziałem się od pewnego znajomego, który właśnie powrócił z podróży do Niemiec, że część młodzieży niemieckiej ogarnęło jakieś poczucie winy (…). Fakt istnienia tego kompleksu winy był dla mnie tak samo ważnym punktem zwrotnym, jak, powiedzmy, lądowanie na Księżycu pierwszej rakiety z człowiekiem na pokładzie. Stał się on centralnym punktem mego życia wewnętrznego, osią, wokół której krystalizowały się liczne przemyślenia. To dlatego nie uciekłem (…), kiedy zorientowałem się, że tajniacy depczą mi po piętach. (…) Po odbyciu owych/
313
rozmów na temat poczucia winy u młodych ludzi w Niemczech, które wywarły na mnie tak głębokie wrażenie, sądziłem, że nie mam już prawa zniknąć bez śladu. Dlatego też zaproponowałem, w formie oświadczenia na piśmie, na początku obecnego śledztwa (…), że się publicznie powieszę. Chciałem przyczynić się w ten sposób do zdjęcia brzemienia winy z młodzieży niemieckiej, bo ci młodzi ludzie są przecież niewinni i nie ponoszą odpowiedzialności za bieg wydarzeń ani za czyny swych ojców z lat ostatniej wojny” – którą, nawiasem mówiąc, określał jednak w innym kontekście jako „wojnę narzuconą Rzeszy Niemieckiej”. Była to, ma się rozumieć, czcza gadanina. Cóż stało na przeszkodzie, by wrócił do Niemiec i dobrowolnie oddał się w ręce sprawiedliwości? Zadano mu to pytanie, na które odpowiedział, że jego zdaniem sądom niemieckim wciąż brakowało „obiektywizmu” niezbędnego do zajmowania się ludźmi takimi jak on. Gdyby jednak wolał stanąć przed sądem izraelskim – co poniekąd wynikało z jego wypowiedzi, a było po prostu niemożliwe – mógł był zaoszczędzić władzom izraelskim mnóstwa czasu i kłopotów. Wiedzieliśmy wcześniej, że przemawiając w ten sposób, Eichmann doznawał swoistego uczucia zachwytu i istotnie zachował dzięki temu dobry nastrój przez cały czas swego pobytu w izraelskim więzieniu. Pozwoliło mu to nawet myśleć z dużym spokojem o własnej śmierci: „Wiem, że czeka mnie kara śmierci” oświadczył na początku śledztwa.
317
Należy pamiętać, iż Eichmann utrzymywał z uporem, że ponosi winę jedynie za „współudział” w przygotowaniu zbrodni, o które go oskarżono, sam zaś nigdy nie dopuścił się żadnej z nich.
318
„Albowiem te przestępstwa popełnione zostały w skali masowej, nie tylko jeśli chodzi o liczbę ofiar, lecz także jeśli chodzi o liczbę ich sprawców, tak że stopień, w jakim którykolwiek z licznych przestępców był lub nie był rzeczywistym zabójcą, nie ma żadnego znaczenia o tyle, o ile nie wpływa on na rozmiary ponoszonej odpowiedzialności. Przeciwnie, ogólnie biorąc, stopień odpowiedzialności wzrasta, w miarę jak oddalamy się od człowieka własnoręcznie wykorzystującego narzędzia zagłady”.

(…) dr Servatius wygłosił jeszcze krótszą niż zwykle replikę: oskarżony wykonywał „akty państwowe”, a to, co przydarzyło się jemu, może się w przyszłości przydarzyć każdemu, cały cywilizowany świat stanął w obliczu tego problemu. [!] 319
Następnie ostatnie słowo wygłosił Eichmann: jego nadzieje na sprawiedliwe potraktowanie zostały zawiedzione; sąd nie dał mu wiary, mimo że zawsze starał się, najlepiej jak umiał, mówić prawdę. Sąd go nie zrozumiał: nigdy nie był żydożercą, nigdy też nie pragnął śmierci istot ludzkich. Jego wina brała się stąd, że był posłuszny, a posłuszeństwo ceni się przecież jako zaletę. Zalety, jakie posiadał, zostały nadużyte przez przywódców. Nie należał wszakże do kliki rządzącej, padł jej ofiarą, i to jedynie przywódcom należy się kara. (Nie posunął się tak daleko, jak uczyniło to wielu innych zbrodniarzy wojennych niższego szczebla, którzy użalali się, iż mówiono im zawsze, by się nie przejmowali „odpowiedzialnością”, a teraz nie mogą żądać od autorów tych słów, bo „uciekli i ich porzucili, odbierając sobie w różny sposób życie). „Nie jestem potworem, jakiego ze mnie uczyniono”, powiedział Eichmann. „Padłem ofiarą oszustwa”. Nie użył słów „kozioł ofiarny”, lecz potwierdził słowa Servatiusa: „był głęboko przekonany, że musi cierpieć za czyny popełnione przez innych”.
323
Kary śmierci oczekiwano i nie było prawie nikogo, kto by ją kwestionował, sprawy przybrały jednak całkowicie odmienny obrót, gdy rozeszła się wiadomość o wykonaniu wyroku przez Izraelczyków. Protesty były krótkotrwałe, ale przybrały szeroki zasięg i wyrazili je ludzie cieszący się wpływami i prestiżem. [Kto by chciał bronić Eichmanna? Na sprzeciw stać było jedynie ludzi samodzielnie myślących, nie poddających się presji opinii publicznej. Nie chodziło im też zapewne o samego Eichmanna, lecz o pogwałcenie prawa] 325
Owi młodzi Niemcy i młode Niemki serwujący nam przy każdej okazji – w rodzaju wrzawy wywołanej przez Dziennik Anny Frank lub proces Eichmanna – histeryczne wybuchy uczuć winy, nie uginają się pod brzemieniem przeszłości i winy swych ojców, ale raczej usiłują uciec przed presją bardzo aktualnych i rzeczywistych problemów w tani sentymentalizm.
325
Zachowywał całkowite panowanie nad sobą, ba, więcej – był całkowicie sobą. nic nie dowodzi tego lepiej niż groteskowa głupota ostatnich słów, jakie wypowiedział. Na początek oświadczył z emfazą, że jest Gottgläubigerem, co w tradycyjnym żargonie nazistów miało oznaczać, iż nie jest chrześcijaninem i nie wierzy w życie pozagrobowe. A potem ciągnął dalej: „Niebawem, panowie, znów się spotykamy. Taki już los wszystkich ludzi. Niech żyją Niemcy, niech żyje Argentyna, niech żyje Austria. Nigdy ich nie zapomnę”. Stojąc w obliczu śmierci, sięgnął po frazesy z mów pogrzebowych. Na/
326
szafocie pamięć po raz ostatni spłatała mu figla: wpadł w „zachwyt”, zapominając, że to jego własny pogrzeb.
W ciągu owych ostatnich minut swego życia dokonał niejako podsumowania lekcji, jakiej udzieliła nam długa historia ludzkiej nikczemności – lekcja na temat zatrważającej i urągającej słowom i myślom banalności zła.

Epilog

327
Również samo państwo izraelskie, ustami premiera Ben Guriona wypowiadającego się jeszcze przed procesem, a także poprzez sposób, w jakie sformułował swoje zarzuty oskarżyciel – dodatkowo skomplikowało całą sprawę, wyliczając wiele celów, jakie proces miał osiągnąć, przewyższających znaczeniem prawo i procedurę sądową. Każdy proces ma na celu wymierzenie sprawiedliwości i nic więcej: nawet najwznioślejszy z innych celów – „wydanie świadectwa o systemie hitlerowskim, które sprostałoby próbie historii”, w których to słowach ujął wyższe cele przyświecające procesom norymberskim oskarżyciel amerykański Robert G. Storey – może jedynie przeszkodzić w wypełnieniu zasadniczego zadania stojącego przed prawem, czyli w rozpatrzeniu zarzutów wysuniętych przeciwko oskarżonemu, wydaniu wyroku i wymierzeniu stosownej kary.
Orzeczenie, jakie wydano w sprawie Eichmanna, odpowiadało w swoich dwóch pierwszych częściach wymogom owej koncepcji wyższego celu, czemu zresztą dano jasno wyraz zarówno na sali sądowej, jak i poza nią (…).
336
W interesie sprawiedliwości (który należy odróżnić od skupienia uwagi na pewnych procedurach prawnych, zachowujących samoistne znaczenie, nie mogących jednak pod żadnym pozorem przesłonić zasadniczego obiektu zainteresowania prawa, jakim jest wymierzenie sprawiedliwości) (…)
337
Postępowanie w sprawach o przestępstwo, jako że ma ono charakter obligatoryjny, a zatem wszczynane jest nawet wówczas, gdy ofiara wolałaby przebaczyć i zapomnieć, opiera się na przepisach prawa, których „istotą” – by zacytować Telforda Taylora, piszącego w „New York Times Magazine” – jest przekonanie, iż „przestępstwo nie zo-/
338
stało popełnione jedynie na osobie ofiary, ale że wymierzone jest ono przede wszystkim w zbiorowość, gdyż naruszyło ustanowione przez nią prawo”. Sprawcę przestępstwa oddaje się w ręce sprawiedliwości dlatego, że popełniony przezeń czyn zakłócił i poważnie zagroził całościowemu funkcjonowaniu sprawiedliwości, nie zaś dlatego, że – jak w wypadku spraw cywilnych – szkoda została wyrządzona jednostkom mającym prawo do wynagrodzenia straty. Wyrównanie strat ma w sprawach kryminalnych całkowicie odmienny charakter: w tym wypadku „naprawić” trzeba sam organizm zbiorowy, gdyż zakłóceniu uległ niejako powszechny ład publiczny, który musi zostać przywrócony. Innymi słowy, triumfować powinno prawo, a nie poszkodowany.
339
Z pewnością nie znajdzie się nikt, kto by utrzymywał, że Eichmann dbał wyłącznie o własny interes lub nie chylił czoła przed jakąkolwiek flagą. Pod tym względem koncepcja pirata pozwalała tylko uniknąć podjęcia jednego z fundamentalnych problemów, jakie stwarzają zbrodnie tego rodzaju, a mianowicie, że były one i mogą być popełnione wyłącznie na mocy zbrodniczego prawa i przez zbrodnicze państwo. [Prawo występuje więc przeciw innemu prawu, mit przeciw mitowi; Eichmann rozumował kategoriami innej mitologii niż ta, którą posługiwali się sędziowie; sprawiedliwość jest kategorią/figurą mityczną, zrozumiałą i prawomocną jedynie w ramach określonej mitologii] 342
(…) kulę ziemską zamieszkują liczne narody rządzące się wieloma różnymi prawami, toteż każdorazowe rozciąganie prawa obowiązującego na danym terytorium poza jego granice i zakres jego działania musi doprowadzić do natychmiastowego konfliktu z prawem obowiązującym na innym terytorium. [Gra interesów różnych praw, za którą kryje się przemoc] 343
(…) w sferze legalności nie istniała żadna alternatywa porwania.
Ludzie przekonani o tym, że sprawiedliwość – i nic ponadto – jest celem prawa, będą skłonni przebaczyć porwanie (…)
346
W oczach Żydów, myślących wyłącznie w kategoriach własnej historii, tragedia, jaka spotkała ich pod rządami Hitlera, pociągając za sobą zagładę jednej trzeciej narodu, jawiła się nie jako najnowszy rodzaj zbrodni – pozbawiona precedensów zbrodnia ludobójstwa, lecz przeciwnie: jako zbrodnia, którą znali i pamiętali od najdawniejszych czasów. To nieporozumienie, prawie niemożliwe do uniknięcia, jeśli wziąć pod uwagę nie tylko fakty z historii Żydów, lecz także – co ważniejsze – aktualny stan żydowskiej samowiedzy historycznej, legło w istocie u podstaw wszelkich niepowodzeń i niedostatków procesu jerozolimskiego. Żaden z jego uczestników nie osiągnął jasnego zrozumienia rzeczywistej potworności Oświęcimia, różniącej się charakterem od wszelkich okropieństw przeszłości, gdyż zarówno oskarżyciele, jak i sędziowie upatrywali w Oświęcimiu jedynie najpotworniejszy pogrom w dziejach Żydów.
354
(…) ponowne popełnienie określonej zbrodni jest – skoro już raz została ona kiedyś popełniona – bardziej prawdopodobne niż początkowa możliwość popełnienia jej po raz pierwszy.
359
Kłopot z Eichmannem polegał na tym, że ludzi takich jak on było bardzo wielu, a nie byli oni sadystami ani osobnikami perwersyjnymi, byli natomiast – i wciąż są – okropnie i przerażająco normalni [arcyludzcy!]. Z punktu widzenia naszych instytucji prawnych oraz kryteriów oceny moralnej normalność owa była dużo bardziej przerażająca niż wszystkie potworności wzięte razem, gdyż oznaczała ona – o czym wielokrotnie mówili w Norymberdze podsądni i adwokaci – iż ów nowy rodzaj przestępcy, będący w istocie hostis generis humani [wrogiem/nieprzyjacielem rodzaju ludzkiego], popełnia swoje zbrodnie w okolicznościach, które właściwie nieomal uniemożliwiają mu uświadomienie sobie lub poczucie, że czyni coś złego.

Postscriptum

371
Byłam i jestem zdania, że do tego procesu musiało dojść w interesie sprawiedliwości i niczyim innym. [Interes sprawiedliwości jest interesem społeczności, która ją w określony, nieuchronnie stronniczy i interesowny sposób rozumie] 372
Eichmann nie był Jagonem ani Makbetem i nigdy nie postało mu w głowie, by – w ślad za Ryszardem III – postanowić, że „okaże się łajdakiem”. Pomijając, że z niezwykła pilnością zabiegał o postępy osobistej kariery, nie kierował się żadnymi pobudkami. W samej zaś jego pilności nie było niczego zbrodniczego, z pewnością nie zamordowałby swojego przełożonego, by zająć jego stanowisko. Nazywając rzecz językiem potocznym – on po prostu nie wiedział, co robi.
373
Nie był głupcem. To czysta bezmyślność – której bynajmniej nie należy utożsamiać z głupotą – predysponowała go do odegrania roli jednego z największych zbrodniarzy tamtego okresu. Jeśli zaś jest to „banalne”, czy wręcz śmieszne, jeśli nawet przy najlepszej woli nie sposób odkryć u Eichmanna żadnej diabelskiej czy demonicznej głębi, daleko tu jeszcze do nazwania tego czymś zwyczajnym. Nie ma bowiem niczego zwyczajnego w tym, że człowiekowi, któremu śmierć zagląda w oczy i który stoi już u stóp szubienicy, przychodzi na myśl jedynie to, czego nasłuchał się przez całe życie na pogrzebach i że owe „wzniosłe słowa” mogą mu do tego stopnia przesłonić rzeczywistość jego własnej śmierci [ależ w ten właśnie sposób próbował ocalić sens swojego życia]. Na tym, że tak zupełne oderwanie od rzeczywistości i taka bezmyślność mogą spowodować większe spustoszenie niż wszystkie złe instynkty razem wzięte, a przyrodzone być może człowiekowi na tym właśnie polegała w istocie lekcja, jaką można było odebrać w Jerozolimie. Ale lekcja – a nie wyjaśnienie zjawiska, ani wysnuta na jego temat teoria.
374
Dobrze znany jest fakt, że Hitler rozpoczął akcję masowych mordów od przyznania „śmierci z łaski” „nieuleczalnie chorym”, ostatnim zaś etapem swych planów eksterminacyjnych zamierzał uczynić likwidację Niemców „z uszkodzeniami genetycznymi” (osoby cierpiące na choroby serca i płuc). Zresztą poza wszystkim jest rzeczą oczywistą, że zabójstwami tego rodzaju można objąć jakąkolwiek grupę ludzi, co oznacza, że zasada doboru zależy wyłącznie od przygodnych okoliczności. Łatwo można sobie wyobrazić, że w zautomatyzowanej ekonomice nieodległej przyszłości ludzie mogą ulec pokusie zgładzenia wszystkich osób, których iloraz inteligencji plasuje się poniżej pewnego poziomu.
W Jerozolimie sprawę tę rozpatrzono w sposób niedostateczny, gdyż w istocie bardzo trudno ująć ją w kategoriach prawniczych. Usłyszeliśmy tam sprzeciwy obrony, twierdzącej, że Eichmann był przecież ostatecznie jedynie „trybikiem” w machinie Ostatecznego Rozwiązania, a także sprzeciwy oskarżenia, które uważało, iż był on w rzeczywistości jej siłą napędową. Osobiście nie przywiązywałam do obu tych tez większego znaczenia niż uczynił to sąd jerozolimski, ponieważ teoria trybika nie ma z prawnego punktu widzenia najmniejszego sensu, a zatem nie ma żadnego znaczenia, jakie rozmiary przypiszemy „trybowi” nazwiskiem Eichmann. Sąd przyznał oczywiście w swym orzeczeniu, że taką zbrodnie może/
375
popełnić jedynie gigantyczny aparat biurokratyczny korzystający ze wsparcia władz. W tej mierze jednak, w jakiej pozostaje ona zbrodnią – a na takiej przesłance opiera się naturalnie proces – wszystkie tryby machiny, choćby najmniej istotne, ulegają przed sądem przeistoczeniu w sprawców czynu, to znaczy w istoty ludzkie.
376
Jest oczywiście rzeczą istotną dla nauk politycznych i społecznych, że istota rządów totalitarnych, a może także każdej biurokracji, polega na sprowadzeniu ludzi do roli funkcjonariuszy i samych tylko trybów machiny administracyjnej, przez co ulegają oni odczłowieczeniu [odpodmiotowieniu]. Można też z korzyścią prowadzić długie debaty na temat rządów Nikogo, do których sprowadza się w istocie ów twór polityczny, jakim jest biurokracja. Trzeba wszakże zdać sobie jasno sprawę z tego, że wymiar sprawiedliwości może uwzględnić owe czynniki jedynie w tej mierze, w jakiej stanowią one okoliczności przestępstwa – jak choćby w przypadku kradzieży, kiedy to bierze się pod uwagę sytuację materialną złodzieja, nie usprawiedliwiając bynajmniej kradzieży, a tym bardziej nie puszczając jej w niepamięć. Prawda, że za sprawą nowoczesnej psychologii i socjologii, nie mówiąc o nowoczesnej biurokracji, przyzwyczailiśmy się do bardzo do uwalniania sprawcy od odpowiedzialności za popełniony przezeń czyn, interpretując go w kategoriach takiego czy innego determinizmu. Można się spierać o to, czy te pozornie głębsze wyjaśnienia/
376
ludzkiego działania są słuszne czy nie. nie podlega wszakże dyskusji, że na ich podstawie nie dałoby się skonstruować jakiegokolwiek przewodu sądowego, a wymiar sprawiedliwości – z punktu widzenia takich teorii – jest instytucją szalenie nienowoczesną, by nie powiedzieć – przestarzałą.

Teoria „aktów państwowych” opiera się na założeniu, że dane państwo nie może osądzać innego suwerennego państwa – par in parem non habet jurisdictionem. W praktyce argumentu tego poniechano już w Norymberdze, nie miał on od początku żadnych szans powodzenia, gdyby bowiem został przyjęty, nie można byłoby postawić przed sądem nawet Hitlera, jedynego człowieka ponoszącego rzeczywistą odpowiedzialność w pełnym znaczeniu; taki stan rzeczy byłby pogwałceniem najbardziej elementarnego poczucia sprawiedliwości. [W istocie chodzi o poczucie sprawiedliwości, jakie ma dane społeczeństwo, nie zaś o jakąś obiektywną sprawiedliwość] 378
(…) rozkazów o charakterze jawnie przestępczym nie wolno wykonywać. Sąd powołał się ponadto na wypadek, jaki kilka lat temu miał miejsce w Izraelu: postawiono przed sądem żołnierzy, którzy na krótko przed rozpoczęciem kampanii synajskiej dopuści-/
379
li się masakry cywilnych mieszkańców nadgranicznej osady arabskiej.
387
Niniejsza relacja zajmuje się wyłącznie stopniem, w jakim sądowi w Jerozolimie udało się sprostać wymogom sprawiedliwości.

Dodatek

List Gershoma Scholema do Hannah Arendt

388
Gershom Scholem – wybitny znawca mistyki żydowskiej, autor fundamentalnych prac z tego zakresu, profesor Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie.
390
W tradycji żydowskiej istnieje pojęcie – trudne do zdefiniowania, a przecież dostatecznie konkretne – Ahabath Israel – „miłość do narodu żydowskiego”. U ciebie, droga Hannah, tak samo jak u tylu innych intelektualistów wywodzących się z niemieckiej lewicy, odnajduję znikome jej ślady.

Odpowiedź Hannah Arendt na list Gershoma Scholema

397
Masz zupełną rację – nie kieruje mną wcale „miłość” tego rodzaju, z dwóch powodów: nigdy w życiu nie darzyłam „miłością” żadnego narodu czy zbiorowości – ani narodu niemieckiego, ani francuskiego, ani amerykańskiego, ani klasy robotniczej, ani niczego w tym rodzaju. W istocie kocham „tylko” mych przyjaciół, a jedynym rodzajem miłości, jaki znam i w jaki wierzę, jest miłość do osób. Po drugie, owa „miłość do Żydów” wydawałaby mi się, ponieważ sama jestem Żydówką, czymś dość podejrzanym. Nie potrafię kochać samej siebie, ani niczego, co stanowi integralną część mej własnej osoby.
398
Niewątpliwie zgadzamy się co do tego, że nie może być patriotyzmu bez zawsze obecnego elementu sprzeciwu i krytyki. Ale mogę przyznać Ci się do czegoś jeszcze, że mianowicie zło wyrządzone przez mój własny naród smuci mnie bardziej niż zło wyrządzone przez inne narody.
399
Opinia publiczna, zwłaszcza poddana umiejętnej manipulacji – jak ma to miejsce w tym wypadku – posiada potężną siłę oddziaływania.
402
To prawda, że uważam obecnie, iż zło nigdy nie jest „rady-/
403
kalne”, a tylko skrajne i że nie posiada ono żadnej głębi ani jakiegokolwiek demonicznego wymiaru. Może ono wypełnić i spustoszyć cały świat, bo rozprzestrzenia się jak grzyb porastający powierzchnię. „Urąga myśli”, jak napisałam, gdyż myśl próbuje dotrzeć na pewną głębokość, sięgnąć do korzeni, w momencie zaś, gdy zajmie się złem, jałowieje, bo dotyka nicości. Na tym polega „banalność zła”. Jedynie dobro posiada głębię i może być radykalne.

Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, przeł. A. Szostkiewicz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *