Ciamkowatość życia (literackiego)

W czerwcowej „Odrze” fajny tekst Radka Wiśniewskiego o Juliuszu Gabryelu, w którym znajdziecie także celną i niestety smutną konstatację na temat naszego – choć nie tylko – życia literackiego, toczącego się w głównej mierze prawem inercji, czyli smętnie, ciamkowato i bez osobistego pomyślunku. Ja rozumiem, że o taki pomyślunek nie jest dzisiaj łatwo, ale trzeba umieć wykrzesać z siebie odrobinę heroizmu i od czasu do czasu mieć i wypowiedzieć własne, w miarę niezależne zdanie. Ja rozumiem, że o takie zdanie nie jest dzisiaj łatwo, ale… etc. 😉

Dziennikarze, publicyści poczytnych portali i pism oraz jurorzy i jurorki nagród literackich, które zastąpiły już wiele lat temu życie literackie – czytają wydawcami. I z niektórymi się liczą, a innym mniej; na niektórych nie mają czasu i okazują im milczące lekceważenie. Ba, być może książki niektórych wydawców w ogóle nie trafiają do ich rąk albo trafiają tylko na chwilę, żeby zaraz wylądować w koszu na śmieci”. (R. Wiśniewski, Notatki z undergruntu albo latarka Gabryela”, „Odra” 6/2018)

Wiem coś o tym, bo redaktorzy większości poważnych czasopism nie chcą ode mnie tekstów na temat książek niektórych – tak się składa, że właśnie tych odważniejszych – wydawnictw, za to cięgiem zamawiają u mnie recenzje z niemożebnych gniotów, o których i beze mnie rozprawia się dużo, niepotrzebnie i ze szkodą dla wszystkich. Skutek jest taki, że więcej życia jest w skamieniałym pniu drzewka dadoxylon sprzed 300 milionów lat – polecam jedyny w Europie lasek karboński przed Muzeum Mineralogicznym w Szklarskiej Porębie – niż w polskim życiu literackim, które jednak nic sobie z tego nie robi, co zresztą logiczne.

Ja zaś nic sobie z tego nie robię, albowiem jakiś czas temu opuściłem niziny, uciekłem do całkiem współczesnego lasu i zacząłem się żywić jagodami 😉 Tudzież smalę teksty na całkiem inne tematy, z którymi nikomu się na chama nie wciskam. Jeden z nich znajdziecie w tym samym numerze „Odry”, gdybyście jednak – nie wiedzieć czemu – byli ciekawi.

P.S. Jak na ironię, dokładnie w tej chwili, kiedy to piszę, pewien znany radiowy akademik i biograf pomników polskiej poezji opowiada o „recepcji dzieł dramatycznych Zbigniewa Herberta”, która to „recepcja” stała się już chyba odrębną dziedziną polskiej humanistyki, a nawet wykształciła swój własny drętwy idiom, niejako na pohybel samej literaturze.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *