Droga (krzyżowa) przez sztukę współczesną

Nieustanne doniesienia o kryzysie książki i czytelnictwa nabrały ostatnimi czasy tak natarczywego charakteru, iż wydawać by się mogło, że dzisiaj w Polsce czytają wyłączni ci, którzy kryzys ten obwieszczają. Zważywszy zaś na to, iż w owe trąby jerychońskie dmą głównie rozmaici ludzie pojawiający się w mediach (bo inaczej to co to by były za trąby), można by nawet powziąć podejrzenie, że nie czytają nawet ci, którzy najgłośniej nad owym nieczytaniem ubolewają. Nie czytają, bo, po pierwsze, zajęci występowaniem w mediach i ubolewaniem nie mają już na czytanie czasu; po drugie, skoro ubolewają publicznie, to przecież i tak wychodzą na takich, którzy, a jakże, czytają co niemiara, więc po co mieliby jeszcze tracić czas na rzeczywiste czytanie, tj. przewracanie kartek i przyswajanie cudzych myśli.

W związku z powyższym nurtuje mnie ostatnio jeszcze inne pytanie. A mianowicie, czy kryzys książki, czytelnictwa, a zwłaszcza – najbardziej aktualny – kryzys papierowego czasopiśmiennictwa to jeszcze wciąż jeden i ten sam kryzys? Jak wiemy, tradycyjne żurnalistyka papierowa (czyli unplugged) powoli przegrywa walkę o czytelnika z czasopiśmiennictwem internetowym (po co płacić za czytanie, skoro można czytać za darmo?). Skutek tego jest co najmniej dwojaki. Po pierwsze, w internecie (pisanie „internet” dużą literą uważam za obraźliwe względem „radia”, „telewizji”, a nade wszystko „książki”) pisze się teksty takiej długości, jaką jest w stanie przyswoić statystyczny internauta, a statystyczny internauta, jak się ostatnio dowiedziałem, jest w stanie przyswoić dwa do trzech kilkuzdaniowych akapitów, przy czwartym bowiem przestaje kojarzyć, co było na początku, a początek już mu był zniknął z ekranu, co go skutecznie zniechęca do dalszej lektury. Po drugie, wydawanie pisma w sieci jest niepomiernie tańsze (tym bardziej, że autorom się z reguły nie płaci), więc powstaje ich (pism-portali) co niemiara.

Kryzys czasopiśmiennictwa byłby zatem symetryczny do kryzysu czasoczytelnictwa (pojęcie mogące oznaczać także „czasami czytanie”) w tym sensie, że oznacza – dosłownie – sukcesywny zanik jednego i drugiego: coraz krótsze teksty i coraz mniejsza zdolność ich rozumiejącego konsumowania. Ich niesymetryczność zaś polegałaby na tym, że przy ilościowej nadprodukcji testów (pisze, kto tylko chce) odnotowujemy niedostatek mocy przerobowej po stronie czytelników (nie czytają, bo nie chcą).

W przypadku książki sytuacja jest nieco odmienna. Czytanie książek z ekranu jeszcze długo, jak sądzę, będzie mniej popularne niż ich tradycyjne kartkowanie. Ze względów zarówno czysto technicznych (trzeba jednak mieć nośnik) i fizjologicznych (dłuższe wgapianie się w piksele jest męczące), jak i z powodu siły przyzwyczajenia. Wydawnictwa jednak często egzystują na granicy bankructwa. Coraz trudniej jest książkę sprzedać – Polacy nie lubią czytać, ale też często nie mają po prostu za co książek kupować. Wydawać by się mogło, że w tej sytuacji na rynku powinny dominować wydawnictwa formalnie niewyszukane, tanie, kieszonkowe, na słabym papierze. Tymczasem książki, które mnie osobiście interesują, niemal w ogóle się w takich wersjach nie ukazują, a jak już, to ceną często nie ustępują tym solidniejszym. Mamy zatem obecnie taką nieco paradoksalną sytuację, że im nabywców mniej, tym książek wydawanych porządniej i drożej więcej, choć wydaje się, że więcej czytają właśnie ci mniej zamożni i to do nich wydawcy powinni się bardziej zalecać (chyba że się mylę i książki kupują głównie bogaci, według których książka powinna wyglądać ładnie na półce).

W tych dniach dotarła do mnie pocztą książka, która zdaje się tę regułę potwierdzać. Po co jest sztuka? Rozmowy z pisarzami, cz. 1 Tadeusza Nyczka. Choć w miękkiej oprawie (ze skrzydełkami), to wydawnictwo bez mała albumowe. Kunsztowna oprawa graficzna, solidny, kredowy papier (albo jakiś podobny), sprawiający, że zaledwie 160-stronicowa książka ma swoją wagę i grubość woluminów trzystustronicowych z okładem (ważyłem na oko).

Sprawa się wyjaśnia, gdy spojrzymy na wydawcę: MOCAK, Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie. No tak, w ten sposób wydaje się przecież katalogi do wystaw, z mnóstwem zdjęć czy reprodukcji wysokiej jakości, ale żeby zaraz takie, za przeproszeniem, niezobowiązujące pogaduchy pisarzy o sztuce? Czy to aby nie przerost formy nad treścią? Nie żebym miał coś przeciwko elegancko wydanym książkom (zwłaszcza, kiedy dostaję je darmo), ale osobiście wolę bardziej wyważone proporcje, tj. akcent postawiłbym na treść, pal licho formę, byle (wraz z ceną) nie przeszkadzała. Tymczasem kto czytał tekst wydrukowany na czymś takim kredowym, ten wie, że czyta się kiepsko: papier lśni jak psu jajca i trzeba mocno lawirować pod światło, aby nie dostać błyskiem po oczach. A przecież rasowy czytelnik ma z definicji problemy ze wzrokiem, nie ma co go dodatkowo szpanerskim blichtrem katować.

Z okładki jakoś tak niezwykle mądrze i przenikliwie patrzy na mnie dziewięć par mądrych oczu, tak że od razu robię się mały i głupi, a co najmniej skonfundowany. Oczy należą do czterech facetów o siwych brodach (Marka Nowakowskiego, Ryszarda Krynickiego, Adama Zagajewskiego i Jana Gondowicza), czterech facetów bez bród (Jerzego Pilcha, Janusza Głowackiego, Janusz Anderman i Krzysztofa Vargi) oraz jednej kobiety (też bez brody), Olgi Tokarczuk, której zdjęcie umieszczone jest centralnie, otoczone wianuszkiem mężczyzn. Tak to chytrze wymyślone.

Gdybym spotkał tych wszystkich znanych i mądrych ludzi naraz, niechybnie zapomniałbym języka w gębie i wyszedł na durnia, choć z reguły tzw. „ważne osoby” nie robią na mnie specjalnego wrażenia, bo może one i „ważne”, ale dla kogo? Ale co innego tzw. „ważne nie-wiadomo-dla-kogo osoby”, a co innego ludzie pióra, których talent i inteligencję cenię i chciałbym się im pokazać od jak najlepszej strony, nie zaś jak prowincjusz i kiep. Dlatego preferuję bardziej kameralne kontakty. Najlepiej poprzez lekturę. Wtedy nie tylko nie zapominam języka w gębie, ale i w ogóle nie muszą go używać. Jest to praktyka sprawdzona i skuteczna.

Krótki tekst zamieszczony na drugiej stronie okładki, czyli – o ile się nie mylę – na pierwszym skrzydełku, nie brzmi zbyt zachęcająco: „Po co jest sztuka? to kilkuletni program badawczy, którego celem jest zrozumienie społecznego odniesienia do sztuki”. Czyli taka akademicko-biurokratyczo-menadżersko-atrystowka nowomowa, w myśl której nikt już dzisiaj nie wydaje książek, za to wszyscy realizują projekty wydawnicze. „Program badawczy”? „Społeczne odniesienie do sztuki”? Toż przecież autor – projektant? wykonawca? realizator? – projektu Tadeusz Nyczek rozmawia sobie po prostu z kumplami po piórze (z wszystkimi na „ty”) na tematy, na których ci znają się nie lepiej niż inni w miarę kulturalni ludzie w naszym kraju (więc mimo wszystko lepiej ode mnie).

Co mają nam, pospolitym zjadaczom chleba, do powiedzenia na temat współczesnej sztuki owi jeśli nie wielcy – tego określenia wobec śmiertelnych w ogóle nie używam – to w każdym razie niepospolici, nieprzeciętni i inteligentni ludzie? Otóż lektura tych dziewięciu ciekawych rozmów z co najmniej interesującymi pisarzami, w tym jedną pisarką, jest zarazem przygnębiająca i budująca. Przygnębiająca, ponieważ dowiadujemy się z nich, iż nawet ci niewątpliwie wrażliwi, uduchowieni i otwarci na artystyczne (a może i nie tylko) innowacje ludzie uważają, że współczesna sztuka jest przereklamowana, przekombinowana, skomercjalizowana, hucpiarska, efekciarska, nieprzyjemna, płytka, odpychająca, wulgarna i ogólnie nie wiadomo, o co w niej chodzi.

Jak mówi Krzysztof Varga, któremu wciąż towarzyszą wątpliwości, czy to, na co patrzy, to sztuka czy hochsztaplerka: „to jest jedyna dziedzina kultury, dla której zrozumienia, jeśli ktoś nie jest w branży, tylko jest zwyczajnym konsumentem, człowiek potrzebuje czegoś w rodzaju przewodnika. Kogoś, kto mu wytłumaczy, o co tu chodzi”. I dalej: „Współczesna sztuka zapędziła się w kozi róg niekomunikatywności i z tego powodu jest odrzucana przez większość ludzi. Przecież nie jestem wyjątkiem”.

Adam Zagajewski, wspominając o obiecujących początkach abstrakcji w sztuce, podsumowuje: „Ale cały ten proces umetafizyczniania sztuki trwał naprawdę krótką chwilę, później przerodził się w produkcję konwencji. Ile w końcu mamy sposobów opowiadania o znakach przy pomocy znaków. Nierzeczywiste pokazywane przez nierealne staje się w końcu nudne”.

Janusz Głowacki twierdzi zaś, że „malarstwo zrujnował Picasso. Przejechał się po nim jak czołg. Zanim nastał Picasso, trzeba było umieć malować”. Pablo wprawdzie sam umiał malować, ale „dał szansę tym, którzy nie umieją”. Jak natomiast tworzą się wartości obowiązujące w świecie sztuki? „Znanym sposobem na tworzenie wartości dzieła jest wyznaczanie za nie superceny. Jeśli obraz Roya Lichtensteina kosztuje trzy i pół miliona dolarów, to to już na pewno jest arcydzieło”.

Dość symptomatyczny – i sympatyczny – wydał mi się stosunek do sztuki Marka Nowakowskiego. Otóż ten nieżyjący już pisarz dogadywał się z samymi artystami lepiej niż z ich dziełami, które w zasadzie w ogóle go nie interesują: „O, Stażewski! Jego też znałem. Też mnie interesował. Jako forma malarska całkiem odległa, ale postać ciekawa. Ciągle te kwadraciki, w różnych odcieniach”. Tadeusz Dominik? „Jego obrazów prawie nie oglądałem. Wystarczyły mi spotkania, rozmowy”.

Co ciekawe, podobnego zdania wydaje się być sam indagujący, Tadeusz Nyczek, napomykający w pewnym miejscu o niejakich „wszystkich, którzy po namalowaniu przez Malewicza Czarnego kwadratu na białym tle wciąż uprawiają abstrakcję, zmieniając tylko konfigurację i kreski”.

A co miałoby być w tych wypowiedziach mimo wszystko budującego? To, oczywiście, że jako szeregowi i haniebnie amatorscy konsumenci kultury i sztuki wysokiej nie tylko nie jesteśmy jakimiś ostatnimi ćwokami, nieukami i ignorantami, ale zasadniczo myślimy podobnie jak nasza literacko-intelektualna elita, a to już przecież nie w kij dmuchał, a co najmniej żaden wstyd.

Niestety, z tego dobrego samopoczucia wytrąca nas Olga Tokarczuk, stwierdzając, że poza sztuką funkcjonującą w wielce podejrzanym obiegu tzw. „rynku sztuki”, istnieje jeszcze sztuka – jak najbardziej współczesna, choć niepodążająca za modami – „prawdziwa, nieprzekupna, nie na sprzedaż”. Dla pisarki jest to art brut, czyli „surowa, niezafałszowana sztuka” lub inaczej „sztuka marginesu” (o której nie wiemy ni dudu). I każdy może sam sobie taki margines w sztuce wyznaczyć czy go dla siebie odnaleźć. To zupełnie tak jak w życiu – ze wszystkich spraw tego świata tak naprawdę interesuje nas bardzo niewiele. Spośród wielu spotykanych ludzi, zaprzyjaźnić się mamy ochotę zaledwie z garstką, a prawdziwie kochamy zaledwie kilka, może nawet tylko jedną osobę (albo zgoła nikogo). Wydaje się też, że im bardziej człowiek jest myślowo niezależny, oryginalny i wyrafinowany, tym te marginesy ma węższe (rozmija się bowiem z oczekiwaniami większości odbiorców). Tym bardziej też trzeba je cenić (czego się jednak zwykle nie robi).

Jak trzeźwo zauważył Ryszard Krynicki, ogólnym kształtem czy kondycją współczesnej sztuki nie powinniśmy sobie zaprzątać głowy: „To nie jest moje zmartwienie. Ja się nie martwię o współczesną sztukę. Nie martwię się o współczesną literaturę. Po prostu wybieram to, co podziwiam, co jest mi najbardziej potrzebne, co jest mi najbliższe. To, bez czego nie potrafiłbym żyć”.

Zamiast zatem dać się frustrować niezrozumiałej, przereklamowanej i przecenionej sztuce, która często okazuje się zresztą „sfinksem bez tajemnicy” (jak Truman Capote określił Andy’ego Warhola), a wobec której czujemy się jak idioci, Tokarczuk proponuje powrót do korzeni, czyli najbardziej źródłowych sposobów jej odbioru: „Sztuka – brzmi jakoś tak podniośle. A mi się wydaje, że to nie jest nic nadzwyczajnego, to odwieczny i powszechny sposób komunikacji bardziej złożonej niż codzienne gadki szmatki, wielowymiarowy, paradoksalny, głęboki, używający naraz różnych rejestrów”. Zgadzam się z tym. Sztuka – podobnie zresztą jak literatura – nie jest niczym podniosłym. Powiem więcej. To po prostu jeden ze sposobów kontaktowania się ludzi ze sobą i światem, który niektórym spośród nas odpowiada bardziej niż inne sposoby, co samo w sobie bynajmniej nie czyni nas lepszymi (tymczasem podobne wywyższanie się jest, niestety, nagminne).

Oczywiście, intencje tego kontaktowania się mogą być różne. Dość częstą praktyką w naszych krzykliwych i „prędkich” czasach jest chęć zaistnienia (idiotyczne określenie, bo przecież aby w ogóle chcieć, trzeba już wprzódy istnieć) poprzez epatowanie skandalem, ekscesem, brutalnością, dosłownością etc. Tak jak to np. relacjonuje Tokarczuk: „Widziałam niedawno w Wiedniu prace Nitscha, te słynne obrazy malowane krwią baranów zabijanych na oczach zszokowanej (ale i jakoś chyba zadowolonej) mieszczańskiej publiczności wiedeńskiej. Krew już zbrązowiała, kruszy się i odpada, te obrazy nagle wydały mi się grobami. Czas je skruszył i z dawnych skandali Nitscha jakoś nic dla mnie nie pozostało oprócz tej świadomości, że aby w ogóle te prace powstały, ktoś musi stracić to, co miał jedynego – życie”. (A może malować obrazy krwią nie baranów, ale tejże publiczności?).

Przeczytawszy powyższe, odniosłem niejasne wrażenie, iż z owymi niecnymi praktykami, a nawet z samym Nitschem jakoś się ostatnio byłem zetknąłem (ale jak, skoro w muzeum w Wiedniu nie bywam?). I rzeczywiście! Toż na załączonej do książki widokówce – na której życzą mi miłej lektury (dziękuję) – mam od frontu taką jedną niemiłą reprodukcję z krzyżem obryzganym czy też bryzgającym krwią, zdaje się, że owych baranów właśnie. Na odwrocie: Hermann Nitsch, Stacja drogi krzyżowej. Akcjonizm wiedeński. Zgadza się. Wprawdzie i tak nie miałem zamiaru powiesić sobie tego cuda na ścianie, ale teraz mogę sobie z czystym sumieniem powiedzieć, że jest ono kompletnie do dupy (te prostackie symetrie).

Jakie byłyby zatem pożytki płynące z lektury – ostatecznie ciekawej i pouczającej – książki Tadeusza Nyczka (nie mylić z Nitschem)? Wbrew moim wcześniejszym narzekaniom, całkiem konkretne i niebłahe. Pomijając wnioski, jakie na własny użytek z niej wysnułem, umyśliłem sobie oprawić w antyramkę i powiesić na ścianie stare, czarno-białe zdjęcie, które ktoś przywiózł mi kiedyś z Pragi. Podpisane: Praha Franze Kafky. Wprawdzie to żadna sztuka, ale ładnie wygląda i mojemu gabinetowi-sypialni przydaje niejakiego sznytu. Nie każdy też ma takich znajomych jak Janusz Anderman, którym rysunki (tuszem) Chagalla walają się po podłodze i którzy je rozdają na prawo i lewo za zupełną darmochę.

Choć i u mnie – tu się muszę pochwalić – wisi taki jeden obrazek, kupiony za jedno piwo od artysty, o którym poza kilkoma moimi znajomymi mało kto chyba słyszał. Pomyślcie tylko, drugiego takiego egzemplarza nie ma na całym świecie. Nawet w MOCAK-u!

Grzegorz Tomicki

Pierwodruk: „Twórczość” 9/2013




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *