John Irving, Świat według Garpa (fragmenty)

Irving John - Świat według GrapaI. Bostoński Szpital Miłosierdzia

Czuła, że gdyby kiedykolwiek miała dzieci, kochałaby je tak samo w wieku lat dwudziestu jak i dwóch; doszła do wniosku, że jako dwudziestolatki mogą tego potrzebować nawet bardziej. Bo właściwie czego człowiekowi potrzeba, kiedy ma dwa lata? W szpitalu małe dzieci są najłatwiejszymi pacjentami. Im są star­sze, tym większe mają potrzeby i tym samym są mniej chciane i kochane.

Jenny poprosiła, żeby jej kupiono książkę o ślimakach. Prze­czytała o nich wszystko: jak się odżywiają, rozmnażają, rosną. Było to pierwsze żywe stworzenie, które zrozumiała do końca – jego życie, seks i śmierć. W Dog’s Head Harbor istoty ludzkie nie były tak przystępne. W szpitalu  Jenny czuła,  że  nadrabia stracony czas – dokonała mianowicie odkrycia, że ludzie nie są tak znów wiele bardziej tajemniczy czy atrakcyjni od ślimaków.

„Ogólna degeneracja człowieka jest i tak dostatecznie skompli­kowana – pisał Garp – nawet bez ingerencji ognia artyleryj­skiego w jego system”.

II. Krew i błękit

Książki dosłownie kipiały z jej maleńkiego mieszkanka w przy­budówce szpitalnej. Jenny spędziła w Steering dziesięć lat, za­nim się zorientowała, że księgarnia daje członkom grona profe­sorskiego i personelu szkoły dziesięć procent zniżki (czego jej nigdy nie zaoferowano). Zezłościło ją to. Zwłaszcza że sama była hojna, szczególnie jeśli chodziło o książki, które w końcu zaczęła ustawiać w każdym pomieszczeniu ponurego szpitalnego skrzydła. Ale książki przestały się mieścić na półkach, wylewając się do głównej infirmerii, do poczekalni i do rentgena, z początku pokrywając, a następnie zastępując gazety i pisma ilustrowane. Powoli chorzy ze Steering przekonywali się, jak poważnym jest ono miejscem – to już nie zwykły szpital pełen powieścideł i ga­zetowego śmiecia. Czekając na lekarza wertowało się na przykład „Jesień średniowiecza”, w oczekiwaniu zaś na wyniki badań moż­na było poprosić siostrę, żeby przyniosła bezcenny podręcznik genetyki „Rozwój muszki owocowej”. Jeśli ktoś był poważnie chory albo przez dłuższy czas odwiedzał szkolne ambulatorium, zawsze znalazł się dla niego egzemplarz „Czarodziejskiej góry”. Na chłopaka ze złamaną nogą i wszystkich, którzy odnieśli kon­tuzje sportowe, czekała cała plejada pozytywnych bohaterów z ich smakowitymi przygodami – a więc Conrad i Melville w miejsce „Sportu Ilustrowanego”, a zamiast ,,Time’a” i „Newsweeka” – Dickens, Hemingway i Twain. Leżeć w infirmerii Steering to prawdziwy orgazm dla miłośników literatury! Nareszcie szpital, w którym jest co poczytać.

III. Czym chciałby zostać, kiedy dorośnie

„Od samego początku – pisał Garp – Helen radziła sobie ze słowami”.

V. Miasto, w którym umarł Marek Aureliusz

Pisał do Helen: „Częścią dojrzewania jest uczucie, że w twoim otoczeniu nie ma nikogo, kto byłby na tyle do ciebie podobny, żeby cię rozumieć”; pisał również, że Wiedeń spotęgo­wał w nim to uczucie, „ponieważ w całym mieście istotnie nie ma nikogo takiego jak ja”.

Jedynie dwa fakty wydawały mu się ważne: że jego matka rze­czywiście wierzy, że potrafi napisać książkę, i że najbardziej znaczący związek w jego obecnym życiu łączy go z prostytutką. Te dwa fakty w znacznej mierze wpłynęły na kształtowanie się poczucia humoru młodego człowieka.

VI. Pensjonat Grillparzer

Wiedeń, pomyślał Garp, to trup; być może cała Europa to nic innego jak wystrojone zwłoki w otwartej trumnie. „Długość życia ludzkiego – pisał Marek Aureliusz – to punkcik… los – to zagadka”…

Garp miał inne ambicje co do „Pensjonatu Grillparzer”. Opo­wiadanie nigdy nie przyniesie mu pieniędzy, ale najpierw ukaże się w poważnym czasopiśmie, gdzie prawie nikt go nie prze­czyta. W wiele lat później, kiedy był już znany, opowiadanie miało zostać wydrukowane; większymi honorami i miało się ukazać kilka pozytywnych wzmianek o nim, ale za życia Garpa „Pensjonat Grillparzer” nie przyniósł mu nawet tyle pieniędzy, żeby starczyło na dobry samochód.

Helen miała zaś później powiedzieć, że to właśnie zakończenie „Pensjonatu Grillparzer” daje przedsmak tego, jaki będzie świat według Garpa.

–  Ludzie, którzy chodzą na rękach! – powiedział.
–  Podglądający człowieka przez szparę pod drzwiami WC! – do­dała babka.
–  O,  to ten – wskazałem na  małego  ponurego mężczyznę  przy stole w rogu jadalni czekającego na śniadanie w towarzystwie swoich przybocznych – człowieka od snów i węgierskiego śpiewaka.
–  On zarabia w ten sposób na życie – wyjaśnił nam Herr Theo-bald i, jak gdyby na potwierdzenie jego słów, mężczyzna, który stał na rękach, stanął na rękach.
–  Niech pan mu powie, żeby przestał – zażądał ojciec. – My wiemy, że on to potrafi robić.
–  Ale czy wiedzieliście  państwo, że on nie potrafi inaczej? – zapytał znienacka człowiek od snów. – Czy wiedzieliście,  że  jego nogi są bezużyteczne? On w ogóle nie ma piszczeli. To cudowne, że może chodzić na rękach! Inaczej w ogóle by nie chodził. – Mężczyz­na skinął głową, mimo że musiało mu być bardzo trudno zrobić to w tej pozycji.

–  Biedni ludzie – powiedziała matka z ciągle zamkniętymi oczami.
–  Kłamcy i kryminaliści – rzekła babka. – Mistycy, uciekinierzy i zdegenerowane zwierzęta.
–  Robili, co mogli – dodał ojciec – ale im się nie powiodło.
–  Lepiej by im było w ZOO – powiedziała babka.
–  Ja tam się świetnie bawiłem – oświadczył Robo.
–  Trudno wydostać się z kategorii C – zauważyłem.
–  Spadli poniżej Z – warknęła stara Johanna. – Zniknęli z ludz­kiego alfabetu.

Świat jest pełen niezamierzenie okrut­nych mechanizmów zgubnych dla ludzi, którzy chodzą na rękach.

VII. Jeszcze o żądzy

Wiele par żyje ze sobą i dopiero po jakimś czasie odkrywa, że się nie kochają; niektóre pary nigdy nie robią takiego odkrycia. Inni pobierają się i ta wiadomość dociera do nich często w zupełnie nieodpowiednim momencie życia. Co się tyczy Garpa i Helen, prawie się nie znali, ale mieli do siebie nosa – uparcie i z premedytacją pokochali się w jakiś czas po ślubie.




VIII. Drugie dzieci, drugie powieści, druga miłość

Garp wyrzucił swoją drugą powieść i zaczął pisać drugą dru­gą powieść. Odwrotnie niż Alice – był prawdziwym pisarzem nie dlatego, że pisał lepiej niż ona, ale dlatego, że wiedział to. co powinien wiedzieć każdy artysta: że „człowiek rozwija się tylko kończąc jedno, a zaczynając drugie”. Nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są złudzeniami. Garp nie pisał szybciej od innych ani więcej; po prostu pracował ze świado­mością zakończenia dzieła.

Jenny objechała Garpa za to, że w tani sposób ośmiesza zmarłego pana Tincha, ale pisarze – Garp miał smutną świadomość tego fak­tu – są po prostu obserwatorami, dobrymi i pozbawionymi skru­pułów naśladowcami ludzkich zachowań.

Jąkała jest żonaty z pierdulą, ślepiec z niebezpiecz­ną rączką.

Horace Walpole powiedział kiedyś, że świat jest komiczny dla tych, którzy myślą, a tragiczny dla tych, co czują. Zgodzi się pani ze mną chyba, że podobnym stwierdzeniem Horace Walpole upraszcza nieco świat. Z pewnością oboje i myślimy, i czujemy. Co zaś do komizmu i tragizmu, droga pani Poole – świat sta­nowi mieszaninę jednego i drugiego. Z tego powodu nie mogę zrozumieć, dlaczego pojęcia „poważne” i „śmieszne” mają być przeciwstawne. Fakt, że ludzkie problemy bywają śmieszne, a ludzie mimo to są często smutni, stanowi dla mnie jedynie rze­czywistą sprzeczność.

IX. Wieczny mąż

„Jeśli się jest uważnym – pisał Garp – jeśli się używa do­brych składników i nie upraszcza sobie roboty, zawsze się ugotu­je coś dobrego. Czasami to, co człowiek zje, stanowi jedyną war­tość całego dnia. Co zaś do pisania, stwierdziłem, że można mieć wszystkie niezbędne składniki, poświęcić masę czasu i uwagi i mimo to nic nie wskórać. To samo dotyczy miłości. A zatem gotowanie jest tą czynnością, która najpewniej gwarantuje po­zostanie przy zdrowych zmysłach”.

–  Sztuka jeszcze nikomu nie pomogła – powiedział Garp. – Ludzie nie mają z niej konkretnego pożytku: nie mogą jej zjeść, nie zastąpi im mieszkania ani jedzenia, a jeśli są chorzy, nie jest w stanie ich uleczyć. – Taki był pogląd Garpa na zasadniczą bezużyteczność sztuki; odrzucał myśl, że sztuka   przedstawia jakąkolwiek społeczną wartość, że mogłaby przedstawiać, że po­winna. Tych dwóch rzeczy nie wolno mylić, myślał: sztuka to jedno, a  pomaganie  ludziom  drugie.  I  tu  był – grzebiąc  się w jednym i w drugim mimo wszystko – prawdziwym synem swojej matki. Ale wierny swoim  poglądom widział w sztuce i w obowiązkach społecznych dwa odrębne pola działania. Pro­blem powstaje, kiedy jakiś idiota usiłuje te dwie dziedziny po­łączyć. Garpa całe życie irytowało własne przekonanie, że lite­ratura to artykuł luksusowy; chciał, żeby miała znacznie przystępniejszy charakter – a jednak kiedy miała, był niezadowo­lony.

XII. To się zdarza, Helen

– Nigdy nie przypuszczałam, jakie to świnie z tych  męż­czyzn, dopóki nie zostałam kobietą.

Zdjęcie, któremu przyglądał się  Garp we  śnie, zaliczało  się do  najbardziej  drastycznych w  skali ocen pornografii.  Zdjęcia przedstawiające nagie kobiety dzieliły się bowiem w zależności od tego, ile można było na nich zobaczyć. Same włosy łonowe, bez narządów płciowych, nazywano kocurem albo krzakiem. Je­żeli było widać narządy płciowe, choćby częściowo przysłonięte włosami, był to bóbr; bóbr był czymś lepszym od krzaka, bo bóbr to było wszystko: włosy i narządy. Jeśli zaś narządy były rozchylone,  nazywało się to rozdziawiony bóbr. A jeśli do tego jeszcze lśniły, co uważano za najwyższy stopień doskonało­ści w świecie pornografii, był to wilgotny rozdziawiony bóbr. Ta wilgotność sugerowała, że kobieta jest nie tylko naga, wysta­wiona na widok i otwarta, ale także gotowa.

XIV. Świat według Marka Aureliusza

–  Gdybym wiedział, że to pan jest autorem tych książek – powiedział – nigdy bym się tak okropnie nie zachował. – Miał na imię Randy i został zagorzałym wielbicielem Garpa. Garp do­szedł do wniosku, że jego zwolennicy rekrutują się głównie spo­śród włóczęgów, porzuconych dzieci, niedorozwiniętych dorosłych, dziwaków i bardzo nielicznych obywateli o upodobaniach nieperwersyjnych. Ale Randy przyszedł do niego jak do jedy­nego guru, którego był skłonny słuchać. Przesiąknięty duchem domu matki Garp właściwie nie mógł go wyrzucić.

–  Ja tego nie przeczytam – zapowiedziała mu. – Ani jed­nego słowa. Wiem, że musisz o tym napisać, ale nie chcę tego widzieć na oczy. Nie mam zamiaru cię urazić, ale musisz to zro­zumieć. Ja muszę o tym zapomnieć. Jeśli ty musisz o tym pi­sać, Bóg z tobą. Ludzie uwalniają się od takich rzeczy na różne sposoby.

–  To nie jest dokładnie o „tym” – zapewnił ją Garp. – Nie pisuję powieści autobiograficznych.
– To też wiem – odparła Helen. – Ale i tak nie przeczytam twojej książki.
–  Oczywiście, rozumiem cię – zgodził się Garp.

Pisanie, zawsze wiedział, to samotne przeżycie. Trudno było, żeby – nawet jak na pisarza – czuł się wiele bardziej samot­ny.

XV. Świat według Bensenhavera

Ale co ja mam mu obciąć? Och, gdzie mam ciąć? – zastana­wiała się Hope; długi, cienki nóż rybacki czuła dobrze w ręce. Krew pulsowała jej w dłoni, ale Hope wydawało się, że to nóż ma swoje własne serce, które bije.

Nigdy przedtem nie widział ani gwałtu, ani morderstwa i stwierdził,  że nawet teraz zobaczył je właściwie oczyma Ardena Bensenhavera. Widziałem gwałt i morderstwo według Bensenhavera – pomyślał. Zastępca szeryfa czuł się bardzo niepewnie; usiłował znaleźć jakiś całkowicie własny punkt widzenia.

XVI. Pierwszy morderca

Człowiek czuje, że książka jest prawdziwa, wtedy kiedy jest prawdziwa – powiedziała ze zniecierpliwieniem. – A książka jest prawdziwa, kiedy można powiedzieć: „No tak, tak się rzeczy­wiście cholerni ludziska zachowują”. O, wtedy właśnie człowiek wie, że książka jest prawdziwa – zakończyła Jillsy.

Zawsze twierdził, że najbardziej go złości, kiedy pytają, co w jego twór­czości jest „prawdziwe”, czyli co jest oparte na przeżyciach oso­bistych. „Prawdziwe” nie w tym dobrym sensie, w jakim użyła tego słowa Jillsy Sloper, ale prawdziwe, czyli „z życia wzięte”. Zwykle z cierpliwością i powściągliwie odpowiadał, że podstawa autobiograficzna – o ile taka w ogóle istnieje – to najmniej interesująca płaszczyzna książki. Że sztuka pisania powieści, akt wyobrażania sobie prawdziwego, to, jak każda sztuka, proces selekcji. Wspomnienia i historie osobiste – wszelkie przy­pomniane urazy naszego nie znaczącego życia – to podejrzany model dla powieści – powiadał Garp. „Powieść musi być zro­biona lepiej niż życie” – pisał. I konsekwentnie nie cierpiał tego, co nazywał „fałszywymi kamieniami milowymi przeżyć oso­bistych” pisarzy, których książki są „ważne”, ponieważ w ich życiu wydarzyło się coś ważnego. Pisał, że najsłabszym powodem do tego, żeby coś stało się częścią składową powieści, jest fakt, że to się rzeczywiście wydarzyło. „Wszystko się kiedyś naprawdę wydarzyło!” – złościł się. A jedynym powodem, by coś się wy darzyło w powieści, może być tylko to, że ta rzecz idealnie w tym miejscu pasuje.

Myśliwi zebrani w swoich wozach byli zdania, że głosować na tę kobietę to tyle, co głosować na homoseksualizm, miłość lesbijską, socjalizm, alimenty i Nowy Jork. I tak dalej. Oglądając telewizję Garp odniósł wrażenie, że tych rzeczy się w New Hampshire nie toleruje.

XVIII. Obyczaje Zjadliwego Wirusa

„Ja ich nie zapomnę! – napisała. – Ani za pięć, ani nawet za pięćdziesiąt lat; będę o nich pamiętała tak, jak pamiętam o swoim języku”.
Garp był zachwycony tym, że Ellen ceni sobie stary poczciwy średnik.

Były tylko wspomnienia, a z tych wychodził kit.

Naturalnie przeprosiny rzadko kiedy bywają przyjmowane przez fanatycznych wyznawców jakiejś wiary czy też przez tych, co wierzą w dobro i zło w czystej postaci.

W świecie według Garpa wieczór mógł być radosny, ale już następny ranek morderczy.

XIX. Życie po Garpie

„Epilog – pisał Garp – to coś więcej niż lista strat. Epilog to w gruncie rzeczy ostrzeżenie na przyszłość, ukryte pod po­zorem omawiania przeszłości”.

Whitcomb był skory do słuchania. Miał na zawsze zapamiętać, jak mu Garp opowiadał o uczuciu to­warzyszącym rozpoczynaniu powieści. „To tak jak wskrzeszanie zmarłego – powiedział. – Nie, nie, to raczej tak, jakby się pró­bowało utrzymać przy życiu każdego, na zawsze. Nawet tych, którzy muszą w końcu umrzeć. Ci są najważniejsi”. Wreszcie Garpowi udało się ująć to tak, że sam był zadowolony. „Powieściopisarz jest jak lekarz, który widzi tylko przypadki bezna­dziejne”.

Napisał kiedyś, że powieść to „jedynie skład wszystkich znaczących rze­czy, których pisarz nie jest w stanie wykorzystać w ciągu swego życia”.

„Obojętne, jakie będą moje pieprzone ostatnie słowa, bardzo was proszę, powiedzcie, że brzmiały tak: »Zawsze wiedziałem, że dążenie do doskonałości jest zwyczajem niosącym w sobie śmier­telne niebezpieczeństwo«”.

Z jej pierwszego uroczego zbioru wierszy, zatytułowanego „Mowy wygłoszone do roślin i zwierząt”, Garp i Jenny Fields byliby z pewnością dumni.

–  Tak, proszę państwa, zrobiła wiele dla… – Męczył się da­lej,  podczas  kiedy  Duncan  czekał,   dla  kogo:   dla   zboczeńców, oryginałów, rozbitków seksualnych, dla jego ojca i matki, dla niego i Ellen James. – Zrobiła, proszę państwa, wiele dla ludzi o  skomplikowanych życiorysach – zakończył komentator spor­towy z godnością, zadziwiając samego siebie i Duncana Garpa.

W świecie według jej ojca, Jenny Garp wiedziała, musimy mieć energię. Jej sławna babka Jenny Fields dzieliła nas kiedyś na Skórnych, Organy, Nieobecnych i Denatów. Ale w świecie według Garpa wszyscy jesteśmy przypadkami beznadziejnymi.

John Irving, Świat według Garpa, przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *