Irański splot sprzeczności – Hooman Majd, Ministerstwo Przewodnictwa uprasza o niezostawanie w kraju. Amerykańska rodzina w Iranie (recenzja)

majd-hooman-ministerstwo-przewodnictwa-upraszaPo lekturze każdej kolejnej książki Hoomana Majda niezmiennie odnoszę – cokolwiek przesadne – wrażenie, że kto ich nie czytał, ten ma nikłe, a zapewne po prostu fałszywe mniemanie na temat mentalności Irańczyków i rzeczywistości społeczno-politycznej tego kraju (oczywiście, poza specjalistami lub ludźmi osobiście w jakiś sposób związanymi z Iranem). A jakieś mniemanie ma każdy. Stwierdzam to nie tylko na podstawie tego, co czasami słyszę w mediach – kompetentne analizy należą do rzadkości, choć czasami się jednak zdarzają i sam z nich sporo wyniosłem – ale też z osobistych rozmów z moimi znajomymi. Ci są często zdziwieni, że staję w obronie „fundamentalistów”, chociaż ja staram się tylko z lekka podważyć ich bezpodstawną pewność, z jaką ferują swoje apodyktyczne zazwyczaj oceny.    

Potrzeba rozumiejącego ogarniania realności empirycznych, tj. potrzeba przeżywania świata doświadczenia jako sensownego – jak to uczenie (ale chyba całkiem zrozumiale) ujął Leszek Kołakowski – należy do podstawowych potrzeb człowieka. Nie powinno nas też specjalnie dziwić, że im mniej ludzie wiedzą na dany temat, tym ich poglądy są bardziej jednoznaczne i pewniejsze. Wiedza przynosi świadomość komplikacji, oczywistości mętnieją, świat przestaje wydawać się czarno-biały. Owszem, z taką świadomością trudniej żyć, ale odpowiedzialność za własne postawy i zachowania nie powinna być chyba czymś, co przychodzi zbyt łatwo.

Książek Majda na polskim rynku mamy już trzy: Ajatollach śmie wątpić. Paradoks współczesnego Iranu; Demokracja ajatollachów. Wyzwanie dla Iranu oraz najnowszą: Ministerstwo Przewodnictwa uprasza o niezostawanie w kraju. Amerykańska rodzina w Iranie. Wszystkie ukazały się nakładem Wydawnictwa Karakter w tłumaczeniu Dariusza Żukowskiego.

Do pierwszych dwóch książek – dzięki którym zacząłem bardziej intensywnie interesować się tym krajem – miałem chyba tylko jedno znaczące zastrzeżenie. Otóż Majd urodził się wprawdzie w Iranie, ale miał niespełna rok, gdy jako syn wysoko postawionego dyplomaty w służbie szacha wyjechał z kraju i całe życie spędził na Zachodzie, odwiedzając swoją pierwszą ojczyznę tylko sporadycznie. Jak pisał w Ajatollah śmie wątpić, sam siebie postrzega jako „Irańczyka świeckiego i całkowicie zwesternizowanego (czy też karb-zade, «zatrutego Zachodem» w języku rewolucji)”. O ile się też dobrze orientuję – a nie chciałbym być niesprawiedliwy – autor pochodzi też z tzw. wyższych sfer (jest m.in. powinowatym byłego prezydenta Chatamiego), będących wprawdzie raczej w niełasce u obecnych władz, ale jednak. Jego dwie poprzednie książki wypełniały głównie własne refleksje i zapisy rozmów z ludźmi wysoko postawionymi – obecnie lub w przeszłości – lub też po prostu zamożnymi. Jego kontakty z tzw. zwykłymi ludźmi – jak już o tym pisałem w którejś z recenzji – ograniczały się do wypytywania przypadkowych ludzi (np. taksówkarzy), jak im się żyje w Iranie, na co trudno było spodziewać się interesujących czy choćby tylko szczerych odpowiedzi.

Z jednej strony zatem krytykę irańskiej rzeczywistości autor przeprowadzał z punktu widzenia – nieuchronnie stronniczego – człowieka Zachodu, z drugiej zaś rzeczywistość ta – irańska codzienność – naocznie była mu jednak słabo znana, choć z wiadomych względów znał ją oczywiście dużo lepiej niż przeciętny Amerykanin czy Europejczyk. „To nasz kraj, który łamie nam serca”, czytamy w Ministerstwie Przewodnictwa…. Dlaczego łamie nam serca? Bo nie jest taki, jakim chciałby go widzieć „świecki i całkowicie zwesternizowany Irańczyk”, którego mentalność ukształtowała najbardziej rzeczywistość amerykańska. Słowem, analizy autora – jakkolwiek by nie były wnikliwe – pozostawały analizami człowieka z zewnątrz.

Majd jest zbyt inteligentny i samokrytyczny na to, aby tych swoich ograniczeń nie zauważać. Stąd też – między innymi – pomysł na nową książkę: „Zacząłem się zastanawiać nad pomysłem przeprowadzki do Iranu na, powiedzmy, rok. Mógłbym wówczas odnowić kontakt z własną przeszłością, pokazać żonie i naszemu małemu synkowi wiele aspektów mojej rodzimej kultury, a przy tym – z pozycji na poły Irańczyka, na poły outsidera – napisać książkę o naszym życiu w Iranie, kraju ogólnie bardzo słabo znanym w świecie. Wyobrażałem sobie, że moja opowieść mogłaby ukazać rozmaite oblicza irańskiej kultury. Pisałbym, co to znaczy być Irańczykiem w Iranie – Irańczykiem, rzecz jasna, który jest zarazem pełnokrwistym Amerykaninem, bo za takiego się uważam i takim widzą mnie przyjaciele”.

I rzeczywiście, autor – po wielu zrozumiałych dylematach – zabrał swoją żonę oraz małego synka i niemal cały 2011 rok spędził w Iranie, żyjąc tam (prawie) jak zwykły obywatel. Dylematy wynikały nie tylko z tego, iż jako pisarz jawnie krytykujący obecne władze mógł narazić siebie i swoją rodzinę na niebezpieczeństwo. W Iranie życie jest po prostu o wiele mniej komfortowe niż w Ameryce – w 2011 roku „The Economist” uznał Teheran, w którym zamieszkała rodzina Majda, za „jedno z najbardziej uciążliwych miast świata”. Obowiązują tam rozmaite ograniczenia obyczajowe, polityczne, religijne, powietrze jest zanieczyszczone, kierowcy jeżdżą jak wariaci i panuje ogólny hałas. Z powodu sankcji USA i Unii Europejskiej trudniej jest też na przykład o zdrową żywność czy leki – a przecież autor zabrał ze sobą ośmiomiesięcznego synka. W Iranie  samochodowe foteliki dla dzieci praktycznie nie są w użyciu (mało kto używa nawet zwykłych pasów bezpieczeństwa), zaś ojciec noszący małe dziecko w nosidełku na piersiach wzbudza powszechny niesmak, a nawet oburzenie.

Na skutek tychże sankcji Iran nie jest także w stanie modernizować swojej floty samolotów pasażerskich – mimo że dysponuje wielkimi środkami – co powoduje, że zdarza się tam mnóstwo wypadków lotniczych, „choć latanie powinno być całkowicie bezpieczne, ponieważ irańscy piloci są równie doświadczeni jak ci z Zachodu”.

Irańska rzeczywistość przedstawiona w ostatniej książce Majda polskiemu czytelnikowi zupełnie nieprzypadkowo może kojarzyć się z rzeczywistością PRL-u. W relacjach społecznych panuje powszechna obłuda, a nawet bardziej lub mniej tajona agresja, czemu sprzyja nie tylko skomplikowany religijno-polityczny system władzy (często nie wiadomo, kto o czym właściwie decyduje), niejasne normy społeczne (nie wiadomo, kto na co może sobie pozwolić), ale też specyfika perskiej kultury: „Zdawałem sobie co prawda sprawę, że kłamstwo może się faktycznie szerzyć w zatłoczonej, wymuszającej zaciekłą konkurencję stolicy, w której bezwzględna walka o sukces stała się w ostatnich latach ogólnie przyjętą strategią, lecz wciąż nie byłem przekonany, czy tak już teraz wygląda perska mentalność. Niemniej perskie maniery, w tym nierzadko frustrujące ta’arofy – niekończące się uprzejmostki, umniejszanie własnej osoby i pełne udawanego zawstydzenia przeprosiny podczas wszelkich transakcji – wcale nie zginęły i są żywo obecne”.

W zakresie wolności obywatelskich i norm obyczajowych istnieje całkiem spory margines i pole do negocjowania własnych praw. Co w jednej sytuacji może skończyć się więzieniem, w innej uchodzi na sucho, jak w zdarzeniu relacjonowanym przez autora: „Na przykład kobieta, która pewnego dnia usiadła ze mną w autobusie – miała na sobie czarny czador, ale zlekceważyła przepisy o segregacji płci. Człowiekowi, który zwrócił jej uwagę, poradziła, żeby spadał i zajął się własnymi sprawami, a siedzącemu obok pasażerowi, gdy mijał nas van patrolu obyczajowego: «Wytłumaczcie nam, jak heżdżab pomaga Iranowi, a wszystkie będziemy go nosić z własnej woli»”.

Czasami jednak bywa dużo gorzej – i także podobnie jak u nas za PRL-u: „«Jesteś z nami albo przeciw nam, a jeśli coś ci się nie podoba, to sam wybrałeś to drugie». Aparat bezpieczeństwa obserwował obywateli i jeden fałszywy ruch mógł sprawić, że człowiek lądował w Ewin [niesławne więzienie w Iranie – przyp. G.T.]. Paralele z rzeczywistością komunistyczną wyraźne są także w „irańskiej paranoi, która każe unikać kontaktów z każdym, kogo aparat państwowy podejrzewa o złe zamiary, zwłaszcza jeśli ten ktoś jest cudzoziemcem”. Skąd my to znamy?

Na innym poziomie irański galimatias wygląda tak, że Wielki Przywódca ściera się z popieranym wcześniej przez siebie prezydentem – który dla osiągnięcia swoich celów strzela „wielkiego focha” i nie przychodzi po prostu do pracy – oddziały basidżów walczą z wyzwoloną obyczajowo młodzieżą, Strażnicy Rewolucji strzegą islamskich wartości przed wpływami zgniłych wartości zachodnich i trwa ogólna walka grubych z chudymi. Jak powiada Majd: Teheran to miasto, które „nie ma żadnego sensu, lecz mimo to funkcjonuje”. To samo można powiedzieć o Iranie oraz – znów – o PRL-u.

Podobnie jak w poprzednich książkach, autor często posługuje się kategorią paradoksu: „w Teheranie paradoksy irańskiego życia każdy, a zwłaszcza małżeństwo z niemowlakiem, może podziwiać w całej okazałości”; „może jest to kolejny irański paradoks”; „kochanie dzieci i rozjeżdżanie ich na ulicy to moim zdaniem jeszcze jeden perski paradoks, którego nie da się wyjaśnić i który jeszcze bardziej utrudnia zrozumienie Irańczyków” etc. Ogólnie rzecz biorąc: „Jest to kraj przeciwieństw, a irańskość to splot sprzeczności”.

Posługiwanie się kategoriami przeciwieństwa czy paradoksu trąci trochę pójściem na łatwiznę. Osobiście jestem raczej przywiązany do stwierdzenia Ericha Fromma, iż „sprzeczność jest kategorią umysłu człowieka, a nie samoistnym elementem rzeczywistości”. Jeśli coś nam się jawi jako paradoks czy sprzeczność – a mimo to faktycznie istnieje, zachodzi czy też funkcjonuje – to znaczy że szwankuje nasze myślenie, a nie że coś jest nie w porządku z rzeczywistością. Wydaje się, że Majd jest w pełni tego świadom i chyba podpisałby się pod cytowaną w książce wypowiedzią odsuniętego na boczny tor prezydenta Chatamiego, przyznającego się szczerze do porażki: „Zawsze pragnęliśmy wolności, praw człowieka i tak dalej, ale nigdy nie wprowadziliśmy kultury, w której te wartości mogłyby się rozwijać. Nie znaleźliśmy sposobu, by je pogodzić z naszą kulturą. Nie możemy być ani w pełni nowocześni, ani odrzucić wszystkiego, co nowoczesne. Żadne z tych rozwiązań nie pasuje do naszej kultury, choćbyśmy nie wiem jak próbowali je wprowadzić”.

Skoro sami przedstawiciele elity intelektualnej Iranu – ludzie często naprawdę inteligentni i rozumni – nie potrafią rozwikłać tego węzła gordyjskiego, trudno się spodziewać, aby jakąś pozytywną rolę w tym zakresie odegrały międzynarodowe sankcje czy też strategia „kija i marchewki”, jaką stosuje się czasami wobec tego kraju. Najpierw spróbujmy choć trochę zrozumieć jego kulturę.

Na marginesie, istnieje zastanawiająca zbieżność pomiędzy tym, jak świat zachodni – zwłaszcza Stany Zjednoczone – traktuje Iran, i tym, jak władze Iranu traktują swoich własnych obywateli, a traktują ich – jak to ujęła żona pisarza – „jak zbłąkane dzieci”, które trzeba wiecznie napominać i wskazywać im właściwą drogę. Czy ktoś tu z kogoś bierze przykład, czy jest to po prostu przejaw ogólnoludzkiej skłonności do postrzegania siebie jako posiadającego „słuszniejsze” przekonania od innych, których trzeba pouczać lub nawracać?

Jakkolwiek by nie było, jak na moje standardy – zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku – tak się po prostu nie godzi.

 

Grzegorz Tomicki

Pierwodruk: „Fa-art” 2015, nr 3

Hooman Majd, Ministerstwo Przewodnictwa uprasza o niezostawanie w kraju. Amerykańska rodzina w Iranie, przeł. D. Żukowski, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2015

 




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *