Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, My się chyba znamy. 111 wierszy

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, My się chyba znamy. 111 wierszy, wybór i posłowie Grzegorz Tomicki

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, My się chyba znamy. 111 wierszy, wybór i posłowie Grzegorz Tomicki

Doskonale pamiętam moje pierwsze spotkanie z poezją Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Odbyło się ono za sprawą ósmego numeru „Nowego Nurtu” z 1996 roku (mam go do dziś) i było tyleż wielkim zaskoczeniem, co objawieniem.

Zaskoczeniem było to, że można w taki, do niczego współcześnie niepodobny sposób pisać wiersze i że mogą one robić tak wielkie wrażenie. Jako raczkujący krytyk i nieopierzony poeta z prowincji (do Legnicy nie docierały wówczas ani takie pisma jak „Nowy Nurt”, ani tomiki moich rówieśników) z niczym choćby w przybliżeniu porównywalnym wcześniej się nie zetknąłem.  

Objawienie zaś polegało na tym, że oto ukazał mi się poeta formalnie już ukształtowany, niebywale sprawny, gotowy – niejako z pominięciem fazy juweniliów, wprawek i poszukiwań – do odkrywania nowych poetyckich lądów, tworzenia innowacyjnych formuł i sposobów istnienia poezji. Takie wrażenie odniosłem podczas pierwszego kontaktu z tą twórczością – a autor miał już wtedy w dorobku trzy tomy wierszy – i tego samego doświadczyłem, kiedy sięgnąłem później po jego debiutancką Nenię i inne wiersze z 1990 roku. Jak się był wyraził Piotr Śliwiński: „projekt poetycki Dyckiego narodził się w postaci nieomal od razu dojrzałej i właściwie skończonej”. Z tą „postacią skończoną” byłym cokolwiek ostrożniejszy, ale spierał się nie będę: wiemy o co chodzi.

Co istotne, Dycki od początku był – i takim pozostał do dziś – poetą osobnym, niepowtarzalnym i niepodrabialnym. Poetą oryginalnym par excellence. Jego dykcja jest natychmiast rozpoznawalna. Można zatem rzec, że autor stworzył taki poetycki świat, jakiego wcześniej nie znaliśmy i dla którego brakowało sensownych układów odniesienia. Stąd też rozmaite nieporozumienia i sprzeczności w sposobach jego postrzegania, interpretowania czy klasyfikowania. Zwłaszcza u początków obecności tego świata na naszym literackim poletku.

Tymczasem minęły lata i zdążyliśmy się już do tej poezji przyzwyczaić, a cechująca ją inność wydaje się już zupełnie oswojona, a nawet zastygła w powszechnie akceptowanej konwencji – jako jeden z istotniejszych komponentów naszej literackiej współczesności. Oswojona nie znaczy jednak ostatecznie, ani nawet dostatecznie rozpoznana.

Po latach obcowania z tą twórczością, po napisaniu na jej temat pracy doktorskiej, z której wykluła się następnie osobna książka, wciąż mam poczucie – a nawet się w nim coraz bardziej utwierdzam – że jest ona o wiele bogatsza od wszystkiego, co na jej temat dotąd powiedziano. A raczej: co w ogóle można o niej powiedzieć w języku dyskursywnym. I coś mi się wydaje, że tak już zostanie – a może nawet powinno. Jak bowiem czytamy w jednym z wierszy w Kochance Norwida: „poezja musi się opierać / przede wszystkim zaś musi się wymykać / zrozumieniu i pochwyceniu”. Abstrahując od potencjalnej ironiczności tego dictum, taki jest chyba głębszy sens istnienia poezji: wyrażanie tego, czego w języku potocznym wypowiedzieć się nie da, co się „wymyka” pojęciowemu „pochwyceniu” i logicznemu wysłowieniu, a więc i „rozumieniu”.

Poezja autora Nenii jawi się zatem obecnie taką, jaką była zawsze. Jest niczym ów motyl z Przedmowy do Dziejów rodzin polskich, co to „przyfrunął znikąd” i „do dziś pozostaje nieodgadniony”:

motyl kołysze się w trawie i na swój
sposób uszczęśliwia kolorowy świat
bądź unieszczęśliwia zważywszy przecież
fakt że przyfrunął znikąd

i spoczął na liściu koniczyny
z kwiatu na kwiat ale przede wszystkim
do dziś pozostaje nieodgadniony
pośród czterolistnej koniczyny zważywszy

i to że liczą się wyłącznie fakty

Jeżeli „liczą się wyłącznie fakty”, to jedyny fakt, na jaki możemy liczyć jako czytelnicy tej poezji, to sam fakt ­– i akt – jej istnienia. A ujmując rzecz bardziej formalnie: fakt istnienia posiadających swoje motywacje i cele oraz powodujących określone reakcje aktów mowy. Do celów tych bynajmniej nie należy objaśnianie odbiorcy, „na czym się to wszystko zasadza”, jak w innym miejscu bałamutnie obiecuje wierszowy Dycio.

W wierszach tych nie chodzi bowiem – co oczywiste – o objaśnienie czegokolwiek, ale o owe przyczyny i skutki, a więc o „motywacje i cele” po stronie autora oraz o „określone reakcje” po stronie czytelnika. Twórczość ta bowiem po coś została podjęta, w jakimś celu istnieje i coś z nami – oraz samym autorem – robi. A cały jej urok w tym, że – ujmując rzecz w poetyckim skrócie – „uszczęśliwia kolorowy świat / bądź unieszczęśliwia”. Tak właśnie, nie jedno z dwóch, lecz na dwoje babka wróżyła, a więc jedno i drugie zarazem, symultanicznie, ambiwalentnie, dwu-, a właściwie wielowartościowo, bo możliwe są także wszelkie opcje pośrednie. Zauważmy, iż motyl niby „spoczął na liściu koniczyny”, ale przecież „z kwiatu na kwiat” i „kołysze się w trawie” – i oddziałuje na świat „na swój sposób”.

Na podobnej zasadzie działają zgoła wszystkie, zwykle nader dyskretnie – może poza powtórzeniem – stosowane w tej poezji tropy, „chwyty” czy figury poetyckie. Wkomponowane w język pozornie potoczny, swoją metaforyczno-symboliczną potencją rozpychają go niejako od środka, zmuszając do generowania znaczeń i sensów wcześniej dla niego nieosiągalnych, a nawet – w jego ramach – niewyobrażalnych. Dziwiących się sobie nawzajem oraz wprawiających w zdziwienie i konsternację czytelnika. I owszem, ze wszech miar ironicznych. „Ironia puszcza w ruch struktury refleksji i można ją opisywać jako stadium w dialektyce ja”, jak się wyraził Paul de Man. Owa „dialektyka ja” nie tylko odbywa się na naszych oczach, ale także – a może przede wszystkim – w nas samych. Autor bowiem niby to nas usypia – śpiewną, rytmiczną, potoczystą frazą i zasadniczo nieskomplikowanym językiem – ale w istocie nie daje nam spocząć na żadnym „liściu koniczyny” ani na niczym innym: „śpij kasztelanie Aleksandrze / Dzieduszycki śpij nienaruszenie / i nie obawiaj się, że jestem / Dycki z tych co niepokoją sobą”.

Oto co ta poezja robi: „puszcza w ruch struktury refleksji”, „niepokoi sobą”, „uszczęśliwia kolorowy świat bądź unieszczęśliwia”. Sprawia, że zaczynamy postrzegać siebie samych i – co za tym idzie – świat z innej, szerszej, nieoczywistej perspektywy. Słowem, poezja ta robi z nami mniej więcej to samo, co autor robi z językiem: rozsadza nas od środka, demontując dotychczasowe paradygmaty myślenia i odczuwania oraz zmuszając do konstruowania nowych. Nie tylko dlatego, że jest to poezja na wskroś ironiczna, a ironia – jak powiada Wayne Booth – „sama w sobie otwiera ciąg wątpliwości, kiedy tylko jej możliwość przyjdzie nam do głowy, i nie ma właściwie żadnego powodu, by przerwać proces wątpienia w jakimkolwiek bądź punkcie na drodze do nieskończoności”.

Grzegorz Tomicki, fragment Posłowia

Autor: Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki
Tytuł: My się chyba znamy. 111 wierszy
Wybór i posłowie: Grzegorz Tomicki
Wydawca: Wydawnictwo Convivo
Miejsce i data wydania: Warszawa 2018
Stron: 170
ISBN: 9788395121814



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *