O byciu innym

Ku mojemu cokolwiek perwersyjnemu zadowoleniu konstatuję, iż w kwestiach zasadniczych coraz bardziej różnię się od moich bliźnich.

Dlaczego ku zadowoleniu? Bo odkąd sięgam pamięcią, marzyłem właśnie o tym, aby być kimś różnym, oryginalnym, wyjątkowym, choćby – wzorem moich pierwszych idoli: Kerouaca, Bukowskiego, Wojaczka– kosztem odrzucenia czy napiętnowania. I oto marzenie moje spełnia się niejako z nawiązką.

Dlaczego zaś jest to zadowolenie perwersyjne, to akurat nietrudno zgadnąć. W życiu dorosłym okazało się mianowicie, że nie jest łatwo egzystować w świecie, w którym większość ludzi ma cię za nieprzystosowanego idiotę, społecznego szkodnika i jednostkę gorszego sortu w jednym.

Nie muszę też chyba dodawać – ale dla efektu dodam – że oczekiwane profity z bycia „różnym, oryginalnym, wyjątkowym” okazały się bez mała żadne, a nawet przyjęły niejako wartość ujemną, sprowadzając się do wspomnianego „odrzucenia czy napiętnowania”. Czyli to, co miało być ubocznym – koniecznym i uciążliwym, ale niezbyt wygórowanym – kosztem  spełnienia pragnień, okazało się tym, co spełniło się przede wszystkim. Na domiar złego, przeciwnie niż moi pierwsi idole – Rimbaud, Dostojewski, Jerofiejew – nie stałem się nikim sławnym. I to nawet w tak niszowej niszy życia społecznego, jaką stanowi literatura polska.

Słowem – wszystko poszło nie tak, jak pójść miało. Czyli normalnie, jak w życiu.

*

Z bycia innym nie ma najmniejszej satysfakcji nawet w wymiarze subiektywnym, prywatnym, wewnętrznym – satysfakcji na własny użytek czy też ku pocieszeniu. Prawdę mówiąc, kiedy rozglądam się wokół, stwierdzam z zażenowaniem, że bycie innym jest jednak dużo łatwiejsze niż bycie takim jak inni, a to przecież żaden powód do samozadowolenia.

Siadam sobie na przykład przed telewizorem i w godzinie najlepszej oglądalności próbuję w dobrej wierze oglądać to co inni, ale ni w ząb mi nie idzie. Z większości filmów wynika bowiem, że większość facetów – a i niektóre kobiety – ma w głowie wyłącznie „pieniądze, gołe cycki i władzę”, jak mawiał Jerzy Krzysztoń). Mające największe wzięcie programy tzw. rozrywkowe (sądowe, kuchenne, karczemne) polegają głównie na poniżaniu innych tudzież – w bardziej egalitarnej wersji – wzajemnym okazywaniu sobie pogardy. No i jak tu nie być innym?

Co gorsza, od czasu dobrej zmiany – czyli od kiedy telewizja publiczna stała się telewizją narodową, a więc nie dla wszystkich – z trudem przychodzi mi myśleć o sobie i innych: my, naród. Wprawdzie nigdy nie czułem specjalnej potrzeby, aby tak myśleć, ale też trudno mi się godzić na to, aby ktoś myślał – tak albo odwrotnie – za mnie, np. serwując mi przed co mądrzejszym filmem jakąś głupią pogadankę o tym, jak mam ten film oglądać.

Zresztą, dajmy spokój telewizji. Aż takim dziwakiem nie jestem, żebym wymagał od masowych mediów tego, czego dać mi z definicji nie mogą. Nie tylko jednak w telewizji rządzą kryminały, thrillery i horrory (narodowe i nienarodowe). Także w literaturze prym wiodą historie, w których trup ściel się gęsto, zagadkowo i – ku uciesze ogółu – atrakcyjnie. Nawet w mojej ulubionej radiowej Dwójce zamiast o literaturze i muzyce zaczęli nawijać o „polityce historycznej” i „patriotyzmie jutra”, co bez ofiar obyć się przecież nie może. No i jak tu się przystosować?

Od siebie dodam – dla zwiększenia efektu dziwaczności – że filmy, literatura, komiksy, gry video, telewizja itp. to nie jakiś wirtualny, wyizolowany, odrębny czy choćby marginalny przejaw życia społecznego. To nasza codzienność. Taka sama jak miłość, nienawiść, praca, odpoczynek, bezrobocie, polityka i politykowanie.

*

Jak widać, zostać innym w dzisiejszym świecie nie jest trudno. Wystarczy nie być – jak inni – ślepym wyznawcą tej czy innej ideologii tudzież biernym konsumentem popkultury (narodowej, nienarodowej i międzynarodowej). Jeśli się ślepym i biernym nie jest, od bycia innym nie ma ucieczki.

Dlaczego więc dostaje się za to po dupie? Bo o tym, że jesteś inny, nie decyduje to, co myślisz, czego pragniesz i kim tak w ogóle jesteś. Na bycie innym skazują cię inni ludzie.

A inni ludzie już tacy są, że potrzebują swoich „innych”, aby sami mogli się poczuć „normalnie”. Potrzebują „gorszych” od siebie, aby mogli się poczuć „lepszymi”.

Dlaczego więc uparcie trwam przy swoim, tj. przy dostawaniu po dupie? Odpowiedź jest dziecinnie prosta: ponieważ inaczej nie umiem. Nawet zatem tego, że zawsze stałem po tronie słabszych, piętnowanych, wykluczanych i poniżanych nie mogę poczytać sobie za zasługę. Nie tylko bowiem nie była i nie jest to kwestia wyboru, ale też w duchu zawsze czułem się jednym z nich – czułem się „innym” – więc broniłem i bronię po prostu sam siebie. Jak każdy, niestety.

Grzegorz Tomicki

„Twórczość” 7-8/2016



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *