O pewnym numerze „Literatury na Świecie”

"Literatura na Świecie"

„Literatura na Świecie. Szkoła nowojorska”

Czasami człowiek dostaje od życia to, na co już dawno przestał liczyć. No bo jak długo można żywić nadzieję na coś, co się bez końca ociąga ze spełnieniem, choć nie powinno? Zawiedzione nadzieje są jak niecne uczynki – z biegiem czasu ulegają przedawnieniu. Nie chce się o nich pamiętać. Zastępują je inne, równie tajemnicze energie, dzięki którym usiłujemy zaprzyjaźniać się z przyszłością. Aż tu nagle taka zawiedziona, przedawniona, dawno zastąpiona czym innym nadzieja wyskakuje razem ze swoim spełnieniem jak filip z konopi i nie bardzo wiadomo, co z nią zrobić.

Na przykład ostatnio. Wstępuję do osiedlowej biblioteki, do której bynajmniej nie musiałem wstępować, myszkuję wśród książek, które nie są mi do niczego potrzebne, ucinam sobie niezobowiązującą pogaduszkę z panią bibliotekarką, choć równie dobrze mógłbym nie ucinać, i tak sobie przyjemnie spędzam czas na biegu jałowym, bo czemu nie? I już mam w zasadzie wychodzić, kiedy przypominam sobie, że mają tu w korytarzyku kilka półek z tymi książkami, co to ich właściciele chcieli się pozbyć, a nie mieli sumienia wyrzucić na śmietnik. Znalazły tu swoje poczesno-pocieszne miejsce różne Prusy, Conrady, Dygaty. Czasem dzieła zebrane, czasem wybrakowane. A gdzieś pomiędzy nimi rzucony niedbale stary – poznaję po formacie – numer „Literatury na Świecie”. W niebieskiej okładce. Z reprodukcją biletu do „Museum of Modern Art” za trzy dolce. I napisem „Szkoła nowojorska” w prawym górnym rogu. Masz ci los.

Kiedy ten numer wychodził – w lipcu 1986 – biegałem gdzieś z karabinem po poligonie, więc go wtedy nie kupiłem. Potem też go oczywiście nie kupiłem, bo gdzie? Za to coraz częściej słyszałem o nim jako o „słynnym” tudzież „legendarnym” vel „amerykańskim”/„nowojorskim” albo po prostu „niebieskim numerze”, aż mi to słuchanie zaczęło powoli już bokiem wychodzić. A kiedy już prawie całkiem wyszło i kiedy widmo różnych nieprzystojnych i bałamutnych – to mógł rozpoznać nawet taki laik jak ja – wzmianek o o’haryzmie i ashberyzmie przestało krążyć po Polsce, nagle ta stara „Literatura na Świecie” sama wpada mi w ręce. A kosztowała mnie raptem złotówkę (czyli 120 razy mniej od ceny okładkowej). Wstyd było nie wziąć, ale też wstyd było tego złocisza dawać – za taki numer? Ostatecznie jednak dałem i wziąłem. Ale co potem? Czytać, nie czytać?

Jak się wyraził Frank O’Hara o tym, co robi „proza krytyczna” z poezją: „Kiedy się kogoś pochowa i trawa porośnie grób, nie wiadomo już nic o tym, jak ta osoba wyglądała”. Podobnie też „proza krytyczna” w Polsce postąpiła z poezją nowojorczyków. A może lepiej nie sprawdzać, jak ta osoba wyglądała? Bo co jeśli te „słynne”, „legendarne”, „kultowe” teksty okażą się po latach przestarzałymi, wyblakłymi, przereklamowanymi bździnami?

Wróciwszy do domu postawiłem sobie ten numer na półce, aby cieszył oko, bo czytać, szczerze mówiąc, nie miałem kiedy i w najbliższym czasie nie zamierzałem. Może – mówiłem sobie – od czasu do czasu jakiś fragmencik, to tu, to tam, raz na kilka dni. Ale jeszcze tego samego wieczoru doszedłem do strony 263, na której John Ashbery zwierza się Piotrowi Sommerowi, że nigdy nie czyta książek jednym tchem, albowiem jako człowiek roztrzepany i niezorganizowany zwykle przegląda kilka stron i odkłada książkę, może znów weźmie ją do ręki, a może przeczyta co innego, może wyjdzie z domu i się upije, może zajrzy do przyjaciela albo pójdzie do kina itd. Czyli niby podobnie jak ja, ale przecież właśnie połknąłem za jednym zamachem coś jakby około dwustu pięćdziesięciu stron i bynajmniej nie miałem zamiaru na tym poprzestać. Tym bardziej, że około strony 337 natknąłem się na nierozcięte kartki, co mnie dodatkowo jeszcze niezdrowo podnieciło. I co?

Cokolwiek bym dziś nie myślał o tym numerze, o poetach i krytykach w nim prezentowanych, siła witalna tych tekstów wydała mi się porażająca. Ich ożywcze działanie odczuwa się niemal fizycznie. To, co systematycznie i z uporem wartym lepszej sprawy jawi się jako codziennie mielone, trawione i wydalane, grzebane pod ziemią lub odstawiane na półkę ze starzyzną, odżywa w tych tekstach z jakąś pierwotną mocą. Tak, literatura potrafi być czymś wspaniałym i we wspaniały sposób przekraczać rozmaite literackie, myślowe i w ogóle ludzkie ograniczenia. Potrafi inspirować, zaskakiwać i porywać. O ile, oczywiście, nie będziemy traktować jej jak ozdobnika, nośnika dla idei, strażnika prawdziwych, nieprzemijających wartości, wzorca czegokolwiek czy środka, który ma komuś lub czemuś służyć. Jak powiedział we wspomnianej rozmowie Ashbery: „Rzeczywistość to abstrakcja. Rzeczywistość jest może tym, że siedzimy w tym pokoju, że prowadzimy ten dialog, że teraz szuka pan zapałek, może nią również być rzeczywistość rządów, pod którymi żyjemy… Naprawdę jednak rzeczywistość jest tym wszystkim naraz i, dla mnie, wiersz będący w istocie moralizowaniem, pouczający człowieka, jak zachowywać się właściwie, to coś w rodzaju ukrytej zniewagi wobec czytelnika, głoszenie kazania do nawróconych”.

Wyobrażam sobie, że tak mniej więcej czytali ten numer moi rówieśnicy wtedy, kiedy on się ukazał ponad trzydzieści lat temu. Ja jednak byłem wtedy zupełnie gdzie indziej, i to nie tylko ze względu na przydział służbowy.

Aha, byłbym zapomniał. Dzisiaj nikt nie chce mi wierzyć, ale w mojej jednostce profosem aresztu – do którego wpadałem od czasu do czasu w odwiedziny – był sierżant O’Hara. Tak właśnie się pisał. Jestem też pewien, że miał na imię Franciszek, ale to już może w międzyczasie wymyśliłem. A może nie. Cóż, rzeczywistość to abstrakcja.

Grzegorz Tomicki

„Twórczość” 4/2017



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *