Jerzy Pilch: Pod mocnym aniołem

Jerzy Pilch: Pod mocnym aniołem

Jerzy Pilch: Pod mocnym aniołem

Kwestia „wierności” dzieła filmowego dziełu literackiemu była, jest i zapewne będzie rozpalała wiele umysłów, ale nie mój. Jak dla mnie, jest to jeden z typowych sztucznych problemów, jakimi zaprzątają sobie głowy ludzie nadmiernie przywiązani do swoich sposobów rozumienia rzeczywistości. Film jest z gruntu czymś innym niż literatura, sam pomysł porównywania ich do siebie jest zatem chybiony. Film nigdy nie jest „wierny” powieści, tak jak powieść nigdy nie jest „wierna” rzeczywistości, choćby starała się być nie wiem jak realistyczna (realizm jest tylko jedną z konwencji). Nawet sam sposób, w jaki postrzegamy świat, nie może być wierny temu światu, albowiem postrzeganie to jest wynikiem rozmaitych operacji mediatyzacyjnych, dokonywanych przez nasze umysły i ciała.    

A jednak wiedząc to wszystko, sam także dokonuję wspomnianych tyleż beztroskich i naiwnych, co nieuprawnionych porównań – aczkolwiek dość szybko się mityguję, dzięki czemu w miejsce bezpłodnej irytacji nieuniknionym brakiem „wierności” pojawia się bardziej interesująca, choć może i równie bezpłodna, refleksja ogólna nad różnymi rodzajami sztuk i ich różnymi ujęciami tych samych tematów.

Tak się przypadkiem złożyło, że w ostatnich dniach – będąc daleko w tyle za innymi – za jednym zamachem przeczytałem książkę i obejrzałem film Pod Mocnym Aniołem, zrobiony „według”, „na podstawie” czy też „w oparciu” o tę powieść. Po przeczytaniu książki oglądanie filmu okazało się dla mnie doświadczeniem dość przykrym, a nawet bolesnym (w sensie innym od zamierzonego przez twórców), ale tylko do czasu, kiedy uzmysłowiłem sobie, że nie oglądam przecież żadnej „adaptacji”, tym bardziej „wiernej”, a całkiem oryginalne dzieło innego rodzaju. Od tego momentu owa inność czy różność obu dzieł zamiast rozczarowania zaczęła sprawiać mi nawet niejaką przyjemność, a nadto pobudzać do refleksji, a nawet do stawiania fundamentalnych i z pozoru nieprzystojnie naiwnych pytań.

Otóż po przeczytaniu jednego i obejrzeniu drugiego zadałem sobie przede wszystkim podstawowe pytanie: a o czym to jedno z drugim właściwie jest? I doszedłem do całkiem zaskakującego, choć może i oczywistego wniosku, że zupełnie o czym innym. O ile bowiem film Wojtka Smarzowskiego i spółki jest o koszmarze alkoholizmu (w tym sensie jest on bolesny w sensie jak najbardziej zamierzonym), o tyle powieść Jerzego Pilcha traktuje o relacji języka do tegoż alkoholizmu.

Film jest drastyczny i dosłowny, książka raczej melancholijna i refleksyjna. Film przeraża, książka pobudza do rozmyślań. Film jest śmiertelnie poważny, książka raczej tragikomiczna. Film traktuje rzecz przedmiotowo, książka jest autoanalityczna. To, o czym ten pierwszy mówi wprost i wysuwa na pierwszy plan, w tej drugiej jest ukryte (po części jako niewysławialne, po części jako niebędące głównym przedmiotem opowieści) za zasłoną atrakcyjności samej czynności opowiadania.

Narrator/autor/Pilch zadaje mianowicie zasadnicze pytanie: jaki jest związek pomiędzy piciem a opowiadaniem o tym piciu. Pilch problematyzuje ten temat kilkakrotnie wprost: „– Chce się pan zapić na śmierć? – zapytał doktor Granada. – Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam – odparłem, ponieważ w żadnej sytuacji nie byłem w stanie zrezygnować z finezyjnej frazy. Za późno zrozumiałem, że nie jest to dar, ale przekleństwo. Każda rozmowa telefoniczna obracała mi się w powieściowy dialog, każde pozdrowienie w poetyczny aforyzm, każde pytanie o godzinę w teatralną kwestię. Mój złakniony wyższości, a może nawet nieśmiertelności, język rządził mną. Byłem we władaniu języka, byłem we władaniu kobiet, byłem we władaniu alkoholu”. Wniosek jest dość oczywisty: nie tylko bohater-narrator-autor, ale i jego język, jego opowieść, a więc także jego główny sposób jego autodefinicji jest we władaniu nałogu.

Tym samym rozsypuje się jedna z jego głównych strategii egzystencjalnych: autor przyznaje sam przed sobą, że jego język – a więc coś, co organizuje także jego myślenie – nie jest czymś, co zdoła uchronić go przed pijaństwem, ale wręcz pozostaje na pijaństwa tego usługach. Język Pilcha – błyskotliwy i wciągający – staje się po prostu częścią „systemu iluzji i zaprzeczeń” (jak to określają terapeuci od uzależnień), czyli po prostu jednym z mechanizmów obronnych (jak to precyzyjniej nazywają psychoanalitycy), którego główną funkcją nie jest bynajmniej przezwyciężanie problemu, ale jego maskowanie, niedopuszczanie go do świadomości. W ten sposób bohater-narrator-autor zamiast walczyć ze swoim pijaństwem, stając z nim oko w oko, zajmuje się jego usprawiedliwianiem, dramatyzowaniem, uatrakcyjnianiem, estetyzowaniem, mitologizowaniem. Tym samym zwykły alkoholik staje się bohaterem tragicznym, a sam alkoholizm kapitalnym źródłem twórczości.

Jak każdy mechanizm obronny, tak i mityzowanie może w konsekwencji rodzić kłopoty większe od tych, którym miało pierwotnie zaradzić. Tak też się stało i z bohaterem książki Pilcha: „Na ogół lubiłem rozmowy z doktorem Granadą, choć niekiedy przeistaczały się one w koszmar czczej formy. Najdotkliwszy stan rzeczywistości: nieprawdziwość bezobjawowa”. Zamiast leczyć z jednego nałogu, bohater popadł w drugi: „Słowo jest moją używką, moim narkotykiem, rozsmakowałem się w przedawkowywaniu. Język jest moim drugim, co mówię, język jest moim pierwszym nałogiem”. Zarówno alkoholizm, jak i próby oswajania go za pomocą języka systematycznie oddalały bohatera od rzeczywistości, z którą powinien się zmierzyć. A rzeczywistość jest taka, że nie jest on żadnym „bohaterem”, lecz alkoholikiem jakich wielu, człowiekiem, który nie daje sobie rady sam ze sobą i swoim życiem nie dlatego, że jest nadwrażliwy i delikatny, lecz po prostu słaby. A mityzowanie własnych słabości – czym w większym lub w mniejszym stopniu zajmujemy się na co dzień wszyscy – nie jest najlepszą metodą pozbycia się ich. Zasadniczo jest nawet metodą przeciwskuteczną.

Prawdziwy dramatyzm powieści – a może wręcz: twórczości – Pilcha polega na tym, że jego powieściowe alter-ego zdając sobie z tego wszystkiego sprawę, nie jest w stanie temu w żaden sposób zaradzić (film Smarzowskiego – niczego mu nie ujmując – pokazuje tylko konsekwencje tej niemożności). Żyje bowiem w „nieprawdziwości bezobjawowej”. Jego językiem mówią nie tylko powieściowi delirycy (de-lirycy?) – dla których pisze on wypracowania-wyznania wymagane na spotkaniach „społecznościowych” – i nie tylko inni powieściowi bohaterowie. W pewnym sensie językiem tym mówią też czytelnicy Jerzego Pilcha, którym narzucił on swoją zmitologizowaną, udramatyzowaną, uwzniośloną opowieść o sobie samym. Słowem, język stworzył rzeczywistość, w której żyje autor i która jest także częścią rzeczywistości naszej, jego czytelników (tak jak Pilch jest częścią świata, w którym żyjemy). Rzeczywistość ta – jak każda inna – jest „bezobjawowa” w tym sensie, że nie objawia faktu swojego wytworzenia, a wydaje się czymś naturalnym, oczywistym i przezroczystym niczym powietrze, którym oddychamy.

Grzegorz Tomicki

Pierwodruk: „Twórczość” 5/2016

Autor: Jerzy Pilch
Tytuł: Pod mocnym aniołem
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Miejsce i data wydania: Kraków 2017
Stron: 252
ISBN: 9788308064092



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *