Robić dobrze

Czy żyjemy w czasach końca krytyki literackiej? – pytają inicjatorzy debaty. Tak. Podobnie jak żyjemy w czasach końca historii i końca człowieka. I podobnie jak historia i człowiek, także krytyka literacka przeżyje swój koniec i będzie trwać dalej. Pytanie: w jakiej formie?

Z uwagi na moje osobiste okołokrytyczne doświadczenia, pozwalam sobie na stwierdzenie, iż zajmowanie się krytyką literacką jest zajęciem czasochłonnym (kilka dni czyta się często grubaśną książkę, potem poświęca się dobrych kilka lub kilkanaście godzin na napisanie recenzji), nieopłacalnym finansowo (za którą to recenzję otrzymuje się, powiedzmy, 98 zł albo zgoła nic, jak to się zdarza w dobie portali internetowych), niewdzięcznym (kiedy się pisze, co się naprawdę myśli, ludzie się nierzadko obrażają), blokującym potencję twórczą (człowiek się rozwija i ma do powiedzenia coraz więcej, a tymczasem żąda się od niego coraz krótszych tekstów), odbierającym wiarę w człowieka (redakcje często w ogóle nie odpowiadają na wysyłane im teksty) itd. 

À propos ostatniego punktu, nie tak dawno pewien poważny redaktor powiedział mi osobiście, że chyba nie rozumiem sytuacji redaktorów – oni, jak się dowiedziałem, po prostu nie mają czasu na odpisywanie na wszystkie propozycje. Nawet wtedy, kiedy odpisać obiecują. Może i byłbym nawet skłonny ugiąć się pod tą przygniatającą argumentacją, ale coś mi tu jednak nie pasowało. No bo jeżeli krytyk miał czas na przeczytanie książki i napisanie recenzji, a redaktor znalazł już chwilkę, aby do tej recenzji zerknąć (chyba że w ogóle nie zerkał), to przecież – po zebraniu do kupy tych wszystkich godzin – byłoby nawet głupio, aby nie znaleźć jeszcze kilku sekund na wysmalenie odpowiedzi w stylu: „Szanowny Panie kolego, niestety, nie przyjmujemy tekstu do druku”. Ale tak się jakoś ostatnimi czasy porobiło, że im łatwiejsza – dzięki technice – komunikacja między ludźmi, tym częstsze jej olewanie. Zupełnie jakby w komunikowaniu się ludzi na odległość nie obowiązywała już zwykła przyzwoitość i szacunek wobec bliźniego, choć przecież za czasów korespondencji tradycyjnej, listownej, było akurat odwrotnie: otrzymanie listu niejako samo przez się zobowiązywało adresata do odpowiedzi. Mailową wiadomość jakoś dużo łatwiej zignorować niż czyjeś, dajmy na to, czyjeś „Dzień dobry” na ulicy (osobiste tchórzostwo? brak kontaktu twarzą w twarz?).

Jeśli krytyk nie rozumie sytuacji redaktora, to chyba redaktor w jeszcze większym stopniu nie rozumie sytuacji krytyka: bez odpowiedzi (wszystko jedno: pozytywnej czy negatywnej) krytyk jest w kropce. Napracował się, a teraz nie wie: czekać na odpowiedź dalej, aż recenzja się zestarzeje i nikt jej nie zechce, czy wysyłać gdzie indziej i narazić się na ewentualne komplikacje w przypadku, gdy tekst nagle zechcą dwie redakcje (co mi się zdarzyło kilka razy) albo (też kilka razy) jedna odpowie, że przyjmuje i opublikuje, a druga nic nie odpisze, ale też opublikuje. I potem się tłumacz, krytyku, ze swoich rzekomych machlojek.

Piszę o tym wszystkim nie po to, aby się żalić. Bynajmniej. Przez lata praktykowania „w zawodzie” zyskałem przynajmniej tyle, że współpraca z kilkoma pismami literackimi układa mi się bardziej niż poprawnie. Od dawna też nie mam raczej kłopotu z publikacją moich tekstów krytycznych czy felietonowych. Przeciwnie, z braku czasu (choć nie tylko) to ja zmuszony jestem od czasu do czasu jakąś propozycję odrzucić. Chcę jednak postawić pewną nieoczywistą może tezę, że obecna zła sytuacja krytyki w Polsce niekoniecznie wynika z „rozproszenia wartościowania i ważności” – czyli sławetnego „zaniku centrali” – czy praktyki pisania „banalnych rekomendacji, stroniących od pogłębionej analizy, niejednokrotnie opłacanych przez wydawców książek”, jak sugerują inicjatorzy debaty.

Być może odpowiedź jest dużo prostsza: teksty krytyczne, jakie publikuje się obecnie na łamach prasy są często tak słabe i miałkie, ponieważ nie piszą ich ci, którzy mają do tego największe kompetencje. Poważnym ludziom po prostu się nie chce (bo i dlaczego?) wykonywać tego frajerskiego zajęcia. Za mały z tego zysk (nie tylko – i nie przede wszystkim – finansowy), za duże natomiast niebezpieczeństwo narażania się na rozmaite straty (rosnący krąg obrażonych, oburzonych i niedopieszczonych). Bo jakoś nie chce mi się uwierzyć w to, że recenzje publikują dzisiaj w Polsce „najlepsi z najlepszych”.

Z powyższego wynika jeszcze jeden wniosek. Skoro krytycy nie piszą ani dla pieniędzy, ani dla satysfakcji, ani dla ogólnego pożytku społecznego (co jednym wyda się pożyteczne, inni odbiorą jako szkodliwe), to właściwie po co? Jak sądzę, często po to, żeby komuś – autorowi, wydawcy, redaktorowi, „środowisku” – zrobić dobrze. A przez to zrobić dobrze także sobie samemu: zasłużyć na wdzięczność i poparcie dla swoich przyszłych, przeważnie także literackich działań. W myśl reguły wzajemności: napisz fajny tekst o mojej książce, to wydam ci twoją.

Zmierzam do stwierdzenia, że życie literackie w Polsce ma obecnie rażąco środowiskowy charakter. Koledzy i koleżanki piszą dobrze o kolegach i koleżankach, umożliwiają sobie nawzajem wydawanie książek, wzajemnie się promują i zapraszają na imprezy literackie. Niekoledzy i niekoleżanki piszą natomiast źle o niekolegach i niekoleżankach i nie zapraszają nawet na piwo. Czyli antagonizmy grupowe w najgorszym wydaniu. Prawie jak – o zgrozo – w polityce. W takich warunkach (bojaźni i drżenia z jednej strony, kumoterstwa z drugiej) na poważną krytykę szanse są raczej marne.

Jeśli trochę przesadzam w moich ocenach, to biorę tę przesadę na siebie. Tak to po prostu wygląda z punktu widzenia krytyka i autora z prowincji. Raczej mało „środowiskowego”. I takiego, który jeśli już chce swoim pisaniem zrobić komuś lub czemuś dobrze, to chyba samej literaturze. A zresztą, cholera wie, po co się tym jeszcze czasami zajmuję. Moje miejsce jest w lesie 😉

Grzegorz Tomicki

Pierwodruk: Biuro LIterackie



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *