Dionisios Sturis na wyspie Man (Dionisios Sturis: Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy)

Dionisios Sturis, Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy. Historia splątaniaKsiążką Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy. Historia splątana Dionisios Sturis – urodzony w Grecji polski dziennikarz i reporter, obecnie pracujący w Radiu TOK FM – dowodzi, że aby dotrzeć do miejsc nieznanych, nieodkrytych, a nawet cokolwiek egzotycznych, niekoniecznie trzeba wybierać się hen za ocean. Znaleźć je można choćby w Europie – i to całkiem blisko.

Wyspa Man to niewielki skrawek lądu na wschód od Irlandii. Jak mówi jedna z bohaterek książki, „połowa ludzi w Anglii nigdy o niej nie słyszała i jakoś żyją – mylą Isle of Man z Isle of Wight. A co dopiero w Polsce”. W Polsce, jak mniemam, wyspy Man nie myli się z niczym innym, albowiem mało kto o niej w ogóle słyszał. Ja nie słyszałem nie tylko o tej wyspie, ale nawet o nikim takim, kto by słyszał.

Autor trafił na wyspę skuszony łatwo dostępną i dobrze płatną pracą. Kiedy dziesięć lat temu pojechał tam po raz pierwszy, zamierzał zostać jedynie trzy miesiące, by zarobić na dokończenie studiów w Polsce. Został na blisko trzy lata. A potem wracał wielokrotnie – według jego własnych rachunków robił to jeszcze dwadzieścia razy!

Można więc rzec, że poznał wyspę dość dokładnie i to od środka, tj. jako zwykły, mieszkający tam i pracujący człowiek. W fachowej literaturze takie podejście nazywa się „obserwacją uczestniczącą”. Margaret Mead, jedna z autorek tej koncepcji, zakładała, że badacz obcych kultur musi dokładnie i bezpośrednio zapoznawać się z  życiem badanej grupy społecznej co najmniej przez dziewięć miesięcy. Sturis spełnił to wymaganie ze sporem naddatkiem.

Wyspa Man w opisie autora prezentuje co najmniej dwojakie oblicze. Z jednej strony jest to miejsce wprost wymarzone do życia – przynajmniej w oczach niektórych przebywających tam dłużej lub krócej Polaków. Jeden z nich, Matt, czyli Matthew, czyli po prostu Maciej, fotograf z Poznania, mówi o tym tak: „Na wyspie żyje się inaczej, żyje się dobrze. I nie chodzi tylko o to, że ludzie mają pieniądze. Jest bezpiecznie, nie trzeba się bać spacerów po zmroku ani włamywaczy. Samochodu nikt ci nie ukradnie, bo gdzie by go wywieźli? Urzędnicy nie tylko niczego nie utrudniają, oni wręcz wychodzą z siebie, żeby ci pomóc, żeby ci było dobrze. Szkoły, służba zdrowia, to wszystko działa tu całkiem przyzwoicie. Kierowcy autobusów, pewnie sam wiesz, najmilsi na świecie. No i Kościół katolicki – dzięki Bogu, w którego nie wierzę – ma tu wpływy minimalne”.

Przede wszystkim, jest w tym miejscu praca. Czasem byle jaka – jak przy czyszczeniu małży – za to dobrze płatna. Pozwalająca na coś więcej – i znów z zastrzeżeniem: z perspektywy Polaków – niż godziwe życie: „Nie wyjeżdżalibyśmy z Polski, gdyby można w niej było zarobić. Dlaczego mielibyśmy nie korzystać, skoro tu wszędzie pracy jest od groma? I choćby najgorsza, za minimalną stawkę, to gwarantuje człowiekowi godne życie, godne i wygodne – bez zamartwiania się, bez pożyczania od rodziny i znajomych, bez wiecznych kredytów, bez wyrzucania sobie nawet najmniejszej rozrzutności, za to z zachciankami, kolacjami na mieście, z firmowymi ciuchami, z cyfrówkami, z laptopami, z konsumpcyjną czelnością”.

Reporter wyznaje nawet, że gdy po okresie próbnym on i jego przyjaciele z Polski dzwonili do domów „pochwalić się wrażeniami i pierwszym zarobkiem, wstyd było się przyznać, że tygodniówkę mamy tłustszą niż polskie emerytury, niż miesięczne pensje niektórych rodziców. Baliśmy się, co sobie pomyślą – że albo z nich są życiowe niedojdy, albo ich państwo jest już całkiem nie do życia”. Tu autor wykazał się wyjątkowo – i jeszcze raz: jak na polskie obyczaje – subtelnością myśli i uczuć. Bo czyż w Polsce znajdzie się wielu takich, których – ze względu na innych, mniej zamożnych – zawstydziłyby ich wysokie zarobki? U nas, in Poland, lubimy się tym raczej chwalić. I to właśnie ze względu na biedniejszych bliźnich!

Nie wszyscy jednak potrafili się przystosować do nowych warunków. Niektórzy nie zdołali się zdystansować do własnej – jaka by ona nie była, dobra czy zła – polskości. Ci wiecznie będą tęsknić „za polskim chlebem i pierogami, jakby życie bez nich było gorsze, mniej warte. Nigdy Polski nie zdradzą! Tak im dopomóż Bóg i orzeł biały!”. Ci każde zdanie będą zaczynać – no właśnie – od „in Poland”. „In Poland” są prawdziwe cztery pory roku, prawdziwe lasy, prawdziwa Wigilia i prawdziwe kafelki w łazience, a nie chodniki: „kto to widział mokrą nogą stawać na dywan!”.

Sam autor wspomina pierwszy pobyt na wyspie jako „obóz sympatycznego przetrwania”. Wrażenie tymczasowości reguł. Obowiązki symboliczne „w porównaniu z tymi, które się ma w prawdziwym życiu, to znaczy w Polsce. Śmiechu warte”. Praca łatwa, opłacalna i bez poniżania. „Nawet się człowiek nie zdąży spocić, już przerwa na lunch, nawet się nie obejrzy, już fajrant, a funty wpadają w kieszeń nie wiadomo skąd. W dodatku wszystko na legalu, z umową, z ubezpieczeniem. Ceny – jak najbardziej w zasięgu. Można sobie kupić ciuch, można obiad u Chińczyka, można tyle lodów, ile tylko będzie się w stanie zjeść, a nawet dużo więcej. Stać człowieka. I na karuzelę stać, i na watę cukrową. I na alkohol. Nie ma żadnej kontroli”. Słowem, raj na ziemi. System działa tu dobrze – jaXJk twierdzi Matt – tylko czasami zawodzi, nie odwrotnie.

Czy jednak aby na pewno?




Reporter zdaje się mieć co do tego spore wątpliwości, którymi dzieli się z czytelnikami. I nie chodzi tylko o to, że wielu bohaterów jego książki to ludzie niezbyt raczej szczęśliwi. Odkrywa także ciemną stronę owego raju na ziemi, spoglądając na historię tego zakątka z perspektywy socjologiczno-historycznej. Zamożność wyspy właściwie zawsze wynikała z niezupełnie zasłużonych profitów. Dzięki temu, że wyspa była do pewnego stopnia wyłączona spod jurysdykcji Wielkiej Brytanii, swojego czasu kwitł w najlepsze przemyt – był to raj dla wszelkiej maści szmuglerów i kontrabandzistów. W innym okresie korzyści czerpano głównie z turystki – wyspa była rajem dla windujących ceny hotelarzy, restauratorów i innych usługodawców.

W czasie obu wojen światowych wyspa zasłynęła z hojnie dotowanych przez Londyn obozów dla internowanych. Gdy wybuchła pierwsza wojna, na terenie całej Wielkiej Brytanii przebywało ponad 60 tysięcy Niemców i Austriaków, uznanych nagle za „wrogich cudzoziemców”, których masowo umieszczano w obozach internowania. Wraz internowanymi na wyspę trafiały pieniądze, dzięki którym nie tylko udało się uniknąć kryzysu finansowego, ale które wręcz ożywiły lokalną koniunkturę.

Dlatego podczas II wojny światowej wyspiarze przekonywali londyńskich ministrów, aby internowanych znów posyłano na ich wyspę: „Mamy w tym względzie cenne doświadczenia i warunki, których nie przebije żadne inne miejsce”, argumentowali. W efekcie „rząd w Londynie zgadza się, by na wyspie Man powstały obozy i przeznacza na ten cel spore fundusze, z których część trafi bezpośrednio do kieszeni hotelarzy i najemców prywatnych kwater, a także do rolników i rybaków, miejscowych lekarzy, piekarzy, szewców i robotników budowlanych”. Tyle że tym razem chodziło nie tylko o dawnych imigrantów z Niemiec, Austrii czy Włoch, którzy mieszkali w Wielkiej Brytanii, ale w większej mierze także o uciekinierów z Rzeszy: Żydów i innych prześladowanych przez hitlerowców niewinnych ludzi. Niezbyt to jednak chlubny – choć zgodny z prawem – proceder, niezbyt czysty zarobek.

W późniejszym zaś czasie wyspa staje się rajem finansowo-podatkowym. Osiedlają się na niej rozmaici krezusi, którzy nie zawsze w sposób uczciwy dorobili się swoich fortun i którzy nie mieli zbytniej ochoty płacić wysokich podatków obowiązujących w Wielkiej Brytanii czy w innych krajach. Trwa to niemal do czasów najnowszych: „Wyspa Man przez długie lata postrzegana była jako klasyczny tax haven. Z czarnej listy rajów podatkowych zniknęła dopiero niedawno, między innymi dzięki podpisaniu kilkunastu umów dwustronnych o wymianie informacji podatkowych i unikaniu podwójnego opodatkowania (także z Polską). Rząd wyspy, OECD oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy z dumą używają teraz nieco karkołomnej nazwy: «centrum finansowe z niskimi podatkami»”.

Sturis pisze o tym wszystkim wprawdzie dość kąśliwie, ale w stosunku do konkretnych ludzi pozostaje niezwykle życzliwy i serdeczny. Jego przyjaciele z wyspy to głównie zwyczajni, ciężko pracujący, często przedwcześnie postarzali i niezbyt szczęśliwi ludzie, którzy postrzegają swoją wyspę bez mała jako wiezienie, w każdym razie jako miejsce szare i nieciekawe.

Być może dlatego autor nie zdecydował się zamieszkać tam na stałe. Aby wyspy, w której się tak serdecznie rozkochał, z czasem nie znielubić. Wybrał okresowe powroty, dłuższe lub krótsze pobyty. Sentyment – zamiast codziennego życia tubylca.

Grzegorz Tomicki

Pierwodruk: „Twórczość” 2015, nr 9


Dionisios Sturis
Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy. Historia splątania
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2015
Stron: 290

Dionisios Sturis (rocznik 1983). Urodzony w Grecji polski dziennikarz i reporter. Obecnie pracuje w Radiu TOK FM, gdzie zajmuje się tematyką zagraniczną. Stypendysta Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Fundacji Rządu Greckiego. Jako korespondent polskich mediów relacjonował protesty, demonstracje i działania ruchów społecznych w Grecji. W 2012 roku otrzymał nominację do Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego w kategorii reportaż prasowy oraz nominację do nagrody Grand Press za reportaż radiowy. Jego debiutancką książkę „Grecja. Gorzkie pomarańcze” (W.A.B. 2013) nominowano do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *