W somalijskim piekle – Konrad Piskała, Dryland (recenzja)

Konrad Piskała, Dryland1. Państwo widmo

Wybierając się do Somalii, Konrad Piskała pisał: „Nie wiem, co mnie czeka, bo stamtąd nie ma prawie żadnych relacji. Reporterzy piszą o Afganistanie, Iraku, Czeczenii, ale nie o Somalii. W Mogadiszu nie było prawie nikogo”. Zaraz potem jednak autor podaje szacunki Komitetu na rzecz Ochrony Dziennikarzy (CPI), według których od upadku reżimu Siada Barre w 1991 roku zabito tam ponad pięćdziesięciu dziennikarzy. „To dużo nawet jak na tak długą i krwawą wojnę”. Dziennikarze zatem w Somalii bywali i zapewne bywają, aczkolwiek faktem jest, że jak dotąd żadnego pełnowymiarowego – książkowego – polskiego reportażu o tym kraju nie mieliśmy. Tę białą plamę wypełnia właśnie Dryland Piskały.    

Autor wyznaje, że przed przystąpieniem do pracy miał jedynie dwa proste skojarzenia, związane z tym krajem: Somalia – piraci, Mogadiszu – film Ridleya Scotta Helikopter w ogniu ze zdjęciami Sławomira Idziaka (notabene, wypowiadający się w książce Somalijczycy na filmie nie pozostawiają suchej nitki). Skojarzenia te nie odbiegają chyba zbytnio od tych, jakie nasuwają się przeciętnemu przedstawicielowi kultury Zachodu. Tym bardziej książka polskiego reportera wydaje się cenna.

Na Dryland składają się zasadniczo dwie części. W pierwszej autor skupia się na historii życia jednego bohatera – somalijskiego imigranta Abdulkadira Gabeire Faraha – uzupełniając ją kilkoma wątkami pobocznymi (zarysy życiorysów innych osób, w jakiś sposób powiązanych z głównym bohaterem). W drugiej opowiada o własnych doświadczeniach z podróży do Somalii, do której wybrał się po rozmowach z przebywającymi w Polsce imigrantami z tego kraju.

2. Abdulkadir Gabeire Farah

Losy Abdulkadira Gabeire Faraha mogłyby posłużyć za kanwę nie tylko obszernego reportażu, ale i wcale opasłej powieści. Pochodzący z biednej rodziny Abdulkadir został we wczesnym dzieciństwie oddany pod opiekę surowej ciotki. O wyżywienie musiał starać się właściwie sam, co jako dziecku nie przychodziło mu oczywiście łatwo. Powodowany głodem posuwał się niekiedy do niezbyt godziwych postępków – oszustwa, kradzieży, nielojalności wobec kolegów – których po latach nie całkiem się jednak wstydzi, głód bowiem nie zna moralności. Jakiś czas przebywa na własną prośbę – a raczej usilne błagania ­– w sierocińcu, gdzie m.in. wraz z kolegami bierze udział w codziennych poniżających (choć nie z jego dziecięcej perspektywy) wyścigach do wielkiego kotła z jedzeniem.

Kiedy dorasta, udaje mu się opuścić Somalię i skończyć studia w Chartumie. Marzy mu się kariera polityczna. Mierzy wysoko: chce zostać co najmniej wiceprezydentem. Polityka go jednak rozczarowuje. Ówczesna sytuacja nie dawała mu jakichkolwiek szans na spełnienie jego ambicji, a inni działacze, z którymi przyszło mu współpracować, okazywali się w większości żądnymi władzy karierowiczami lub niewiele wiedzącymi o świecie i polityce ignorantami. Nie bardzo wiedząc, jak pokierować swoim dalszym życiem, pewnego dnia przechodzi przypadkiem obok polskiej ambasady. Kierowany impulsem wchodzi do środka i… ostatecznie ląduje w Warszawie.

W Polsce zabiera się do robienia interesów „po afrykańsku”, czyli przede wszystkim zawiązuje stosowne – jak mu się wydaje – znajomości. Dzięki jednej z nich zostaje ogniwem w siatce, zajmującej się szmuglowaniem imigrantów na Zachód. Zajęcie niezbyt mu się podoba, ale kusi go łatwy zarobek. W końcu wpada i musi odsiedzieć spory wyrok. Po wyjściu na wolność, próbuje prowadzić różne legalne interesy, te jednak z różnych przyczyn kończą się niepowodzeniem. Przypadkiem poznaje Jolantę Opalińską, doradcę inwestycyjnego: „Załatwia z nią jakiś biznes i streszcza znajomej swoją historię. Snuje opowieść o głodzie w Somalii, wojnie, swoim życiu na ulicy. Opalińska proponuje, żeby założyli fundację”. Po latach opowiadając to polskiemu reporterowi, śmieje się na głos: „Nie udało mi się zostać prezydentem, ale już nie chcę być politykiem. Jestem prezesem Fundacji dla Somalii, też nieźle”. Praca ta, jak się wydaje, daje mu wreszcie poczucie spełnienia. Wykorzystuje swoje zdolności organizacyjne, a przy tym pomaga swoim rodakom.

Abdulkadir, na pozór człowiek poczciwy i mało skomplikowany, to w gruncie rzeczy bogata, wielowymiarowa osobowość. Takim uczyniło go zapewne niezwyczajne życiowe doświadczenie: miejsce urodzenia, ciężkie dzieciństwo, głód, imigracja, studia, przygoda z polityką, kłopoty finansowe, więzienie, samotność etc. Jest to też jedyny Somalijczyk, z jakim udaje się autorowi wejść w stosunkowo zażyłe stosunki. Podczas jednej z rozmów opowiada reporterowi o swoim pierwszym po latach spotkaniu z matką, którą w końcu udało mu się odnaleźć gdzieś w somalijskim interiorze: „Była nomadką. Nie powiedziała nic. Nie odezwała się ani jednym słowem – szepcze Abdulkadir. – Próbowałem ją zrozumieć. Ich życie jest zbyt trudne, zbyt surowe, aby mogli się rozczulać. Nie ma w nim miejsca na smutek czy żal. W Afryce śmierć czy rozstanie to nasza codzienność – mówi. – Staramy się zapomnieć o przeszłości. Żyć tym, co jest teraz”. Uwagi te wiele mówią o charakterze nie tylko Somalijczyków, ale i ludzi ukształtowanych w podobnych warunkach: ich życie jest zbyt trudne, aby mogli się rozczulać, starają się zapomnieć o przeszłości, żyć tym, co teraz.

Taki jest też Abdulkadir, aczkolwiek szersza – od tej, którą posiada większość jego rodaków – perspektywa myślowa pozwala mu na samoświadomą refleksję, rozpozanie niektórych swoich uwarunkowań. Rozpoznanie, choć nie przekroczenie: „Wiesz, co jest we mnie złe? Samotność – wyznaje szczerze. – Zawsze byłem sam. Nie miałem nikogo, za kim mógłbym tęsknić, i dziś też tego nie potrafię. Wychowałem się sam i nie zależy mi na nikim. Kiedy ktoś jest przy mnie, dam mu wszystko; gdy go nie ma, zapominam o nim. I tak było z matką. Zapomniałem o niej, zaniedbałem”. Taka jest cena adaptacyjnego powściągania emocji i życia teraźniejszością: samotność, brak bliskich relacji z innymi, zapominanie o najbliższych.

3. Somalijskie piekło

W Somalii reporterowi nie udaje się już zbliżyć do nikogo tak jak do Abduldakira, z którym połączyła go bez mała przyjaźń. Rzecz jasna, sytuacja ta nie ułatwia mu pracy: „Najbardziej rzucającym się w oczy elementem była ściana z cegieł posypana sterczącym na sztorc szkłem. Te mury będą mi towarzyszyć już cały czas. Są nie tylko przed hotelami, ale także w ludziach, którzy odgradzają się ode mnie. Budują ścianę na wzór nomadów grodzących swoje namioty kolczastą akacją na pustyni. Nie mam tu nikogo, kto by mnie wprowadził w ich środek. Mogę jedynie obserwować życie z zewnątrz”. Nie sposób jednak nie zauważyć, iż te „mury w ludziach”, odgradzanie się od obcych, same w sobie wiele mówią o mentalności Somalijczyków. Obcy – zresztą, jak wszystko wokół – są potencjalnym źródłem zagrożenia. W państwie, w którym od lat panuje przemoc i chaos, ludzie nie są wobec siebie zbyt otwarci, nieustannie mają się na baczności, muszą zachować czujność. Z drugiej strony, pozycja „obserwatora z zewnątrz” ma też swoje plusy – pozwala reporterowi zachować dystans i bezstronność.

Poza granicami swojego kraju – zwłaszcza w państwach ościennych – „Somalijczycy są sami. Nie stoją za nimi ambasady, konsulowie czy nawet najsłabsza armia. To bezpaństwowcy, obywatele upadłego państwa. Ich ziemi nikt nie zajął, nikt nie pożąda pustyni. Żadne imperium nie uznało ich za swoich obywateli”. Oni sami ciążą raczej ku światu arabskiemu niż ku Afryce, chociaż wcześniej świata arabskiego „bracia Somalijczycy nie obchodzili”, a teraz obchodzą ich o tyle, o ile ze względu na panujące w ich ojczyźnie bezprawie stają się łakomym kąskiem dla islamskich fundamentalistów i ich ideologii, dla której szukają wyznawców właśnie pośród biednych, zastraszonych, zagubionych i poniżonych. To podatna gleba dla wszelkich radykalnych idei i zawsze znajdą się tacy, którzy zechcą i potrafią to wykorzystać.

Nie można się też dziwić, że „w tym kraju nie ma nic istotniejszego niż religia. Nauka, biznes, edukacja – wszystko jest jej podporządkowane. Nie ma dokąd uciec przed wiarą. Pięć razy dziennie modlitwa, która wdziera się do serca i głowy. Ona reguluje wszystko: seks, interesy, pory snu, a nawet zwykłe sikanie, wypróżnianie się czy puszczanie wiatrów”. Dogmaty religijne wprawdzie krępują, ograniczają indywidualną wolność, ale zarazem dają poczucie ładu i sensu życia. Dla wielu ludzi te drugie wartości okazują się o wiele bardziej atrakcyjne i pożądane.

Swoiste połączenie religii z kulturą przemocy doprowadza – nie tylko w Somalii – do kuriozalnych praktyk. Somalijskie radio Al-Andalus ogłosiło słynny konkurs recytacji Koranu dla nastolatków. „Nagrodą za pierwsze i drugie miejsce oprócz pieniędzy były książki oraz dwa kałasznikowy. Chłopiec, który zajął trzecia lokatę, dostał dwa ręczne granaty. Brodaty Sheik Muktar Robow Abu Monsur, wręczając nagrody, powiedział: «Nasze dzieci w jednej ręce powinny trzymać pióro do nauki pisania, a w drugiej pistolet do obrony islamu»”.

Według raportu WHO za lata 2010-2011, co trzeci Somalijczyk cierpi na jakieś zaburzenie psychiczne. To najwyższy wskaźnik na świecie. Jakie są tego powody? Autor wymienia kilka: gwałty, zabójstwa, strach, głód, wojna. Oraz narkotyki, czyli w Somalii tzw. czat: „Tu, gdzie wielu ludzi nie stać na posiłek, czat jest artykułem pierwszej potrzeby. Na równi z wodą i chlebem. Stał się namiętnością, której nie można zwalczyć ani ograniczyć, gdyż ponad sześćdziesiąt procent społeczeństwa używa go regularnie”. Uprawianie i handel czatem są też jedną z tych dziedzin gospodarki, które przynoszą budżetowi państwa największe zyski, zaś sam czat stał się najpewniejszą walutą: „Prawie na każdym posterunku Abdulkadir musi dawać drobne na czat, bo w końcu Somalia to najbardziej skorumpowany kraj świata”. „Somalijskie piekło”, jak to określa Piskała.

4. Upadek państwa

Jak pisze autor, „Somalijczycy nie są ofiarami obcych interwencji, kraj zniszczyli sami. Sami też unicestwili wszystkie przejawy narodowej wspólnoty. Państwo wypalili do cna, zdarli do gołej ziemi”. Na posterunku w Nairobi usłyszał od kenijskiego żołnierza, że „to ludzie niezdolni do budowy czegokolwiek, zawistnicy, nałogowi zdrajcy, urodzeni zabójcy i anarchiści”. Przytacza też wymowne przysłowie, które pojawia się w wielu artykułach o tym kraju i ma tłumaczyć charakter Somalijczyków: „Ja i Somalia przeciwko całemu światu. Ja i rodzina przeciwko mojemu klanowi. Ja i mój brat przeciwko rodzinie. Ja przeciwko mojemu bratu”. Wprawdzie zaraz potem dodaje, że to opinia nie całkiem sprawiedliwa, a samo przysłowie jest ponoć arabskie, a nie somalijskie, ale niewątpliwie jest coś na rzeczy.

W Somalii przez długie lata panował quasi-komunistyczny reżim Siada Barre. „Jaki sens miał u nas komunizm, skoro w naszym kraju nie było kapitalistów? Siad Barre chciał mieć proletariat, ale miał tylko zwyczajnych nomadów – uważają niektórzy przedstawiciele somalijskiej diaspory w Polsce”.

Po jego upadku w kraju zapanował ogólny chaos, struktury państwowe rozpadły się, nastał czas watażków, warlordów czy „biznesmenów” – jak wolą mówić niektórzy Somalijczycy – których fortuny wyrosły na kradzieży. Jak utrzymuje przywoływany przez autora Robert Kaplan, każda władza, choćby brutalna, jest lepsza niż brak władzy. Jeśli spojrzeć na obecną sytuację w Syrii, Iraku czy właśnie w Somalii, trudno odmówić temu stwierdzeniu racji: „Dla przeciętnego obywatela Somalii rzeczywistość bez Siada Barrego okazała się dużo potworniejsza niż życie w cieniu reżimu. Nigdy wcześniej w historii Somalii nie zdarzyły się tak okrutne zabójstwa. Sąsiedzi porywali sąsiadów. Porwanych stawiali na wagę i żądali tysiąca dolarów za kilogram ciała. Jeśli nie otrzymali odpowiednich pieniędzy, to oddawali ciało pomniejszone o niedopłacony okup. Bez ręki, nogi. Nie zabijano przeciwników od tak, strzałem w głowę, tylko unicestwiano w sposób wyrafinowany. Wbijano metalowe druty w głowę, ciała palono. Wszystko, co złe w ludzkiej naturze, znalazło swoje ujście w upadłej Somalii”.

Los Somalii symbolicznie reprezentuje jego stolica: „Mogadiszu nie unicestwiano systematycznie. Nie było dywanowych nalotów, ostrzału ulica po ulicy, ataków na dom po domu, ale i tak każdy budynek oberwał. Wszystkie ściany noszą ślady po pociskach. Grube dziury są od moździerzy, a drobne od karabinów maszynowych. Przez dwadzieścia lat rozstrzeliwano tu wszystko, żywe i martwe”.

Dlaczego tak się stało? Czy upadek dyktatury może stanowić zadowalające wyjaśnienie tego stanu rzeczy? Na pewno nie. Jego przyczyn reporter dopatruje się m.in. w lokalnym nacjonalizmie, ludzkiej zawiści i żądzy władzy oraz w klanowej strukturze społeczeństwa somalijskiego.

5. Klanowość

Charakteryzując somalijską rzeczywistość, Piskała największą wagę zdaje się przypisywać właśnie klanowości: „Somalijskie klany przypominają nieco rody mafijne. Nie można znaleźć się poza. Płaci się podatki, haracze, oddaje życie za klan”. Bycie poza klanem oznacza bycie poza społeczeństwem. Kto nie ma klanu, który za nim stoi, ten jest nikim. Reporter dostrzega w tym nie tylko funkcjonalną organizację życia społecznego, ale też głębsze psychologiczne motywacje: „Posłuszeństwo wobec własnego klanu, a dokładnie klanu ojca, jest rzeczą nadrzędną. To coś więcej niż tylko więzy krwi, to głęboko zakodowana potrzeba działania razem. Nawet osobie tak mocno przesiąkniętej Europą jak Abdulkadir pytanie, czy ktoś może odmówić pomocy klanowi, wydało się całkowicie abstrakcyjne. Przez setki lat Somalijczycy mogli przetrwać tylko dlatego, że tworzyli tę ogromną rodzinę. Poza klanem w Somalii jest się nikim. Nie ma się przyszłości ani przeszłości. Być Somalijczykiem to również być Daarood, Habargidir, Abgaal. Nie doceniał tego ani Siad Barre, ani fundamentaliści. Rodzina, jak się okazuje, jest także przed Bogiem”. W Somalii indywidualna wolność nie istnieje: „Ręce, płuca, mięśnie, serce, a u kobiet piersi, pochwa, macica należą do rodziny i klanu”.

Ale chociaż „przez setki lat Somalijczycy mogli przetrwać tylko dlatego, że tworzyli tę ogromną rodzinę”, ta wielka, lecz podzielona rodzina wydaje się głównym powodem obecnego upadku ich państwa. Jak mówi jeden z rozmówców autora: „Każdego z naszej rodziny ubezpieczał nasz klan. Jeśli ktoś zabił kogoś od nas, to w ramach zemsty my zabijaliśmy kogoś z klanu mordercy”. „Taka somalijska wendeta”, podsumowuje reporter. Ta nieuchronność wyroku działa wprawdzie odstraszająco na potencjalnych sprawców, ale w jeszcze większym stopniu nakręca spiralę przemocy. Oko za oko, ząb za ząb – taka strategia w jakiś sposób wyjaśnia, a zarazem chyba dość trafnie ilustruje patową sytuację w kraju. Nikt nie chce ustąpić, każdy klan chce dopiąć swego, na przekór wszystkim innym, na pohybel całemu światu.

Ale uporczywe, długoletnie trwanie somalijskiego konfliktu – skutecznie dezorganizującego struktury państwowe i społeczne – posiada także swój inny, być może bardziej zasadniczy aspekt. Otóż wielu Somalijczyków wierzy, że wojna w ich kraju będzie trwała jeszcze długie lata. „Bo to nie jest wojna domowa. Ich zdaniem to coś więcej, to konflikt Zachodu z krajami arabskimi” – a więc pomiędzy klanami wyższego rzędu, można by rzec. Nie jest to zbyt optymistyczna konstatacja.

Grzegorz Tomicki

Konrad Piskała, Dryland, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014, s. 352

Pierwodruk „Twórczość” 7/2015




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *