Wszystko wiąże się ze wszystkim – Anton Marklund, Przyjaciele zwierząt (recenzja)

Marklund Anton - Przyjaciele zwierzat„Zarówno Boliden, jak i Strömfors istnieją z powodu kopalni. Takie tam dwie małe miejscowości, które powstały w pierwszej połowie dwudziestego wieku dlatego, że były potrzebne, przez jakiś czas przeżywały swój rozkwit, żeby potem powoli słabnąć i stać się niepotrzebnymi w dzisiejszych czasach. Osiemdziesiąt lat po powstaniu tych miast prawie przestają istnieć”. W takiej scenerii dzieje się akcja debiutanckiej powieści szwedzkiego pisarza Antona Marklunda Przyjaciele zwierząt.   Jak należy przypuszczać, nieprzypadkowo. Mniej więcej to samo – że „przestają istnieć” – można bowiem powiedzieć o małżeństwie Mony i Lennarta, usiłujących sprostać trudnemu zadaniu wychowania swojego autystycznego syna, Johannesa.

Ona – ze skłonnością do depresji, po kilku załamaniach nerwowych, podczas których doświadczała absolutnego braku sensu życia i traciła wszelką nadzieję, nazywając wszystkie swoje dążenia i oczekiwania złudzeniami, które nie mają najmniejszych szans na realizację. On – neurotycznie rozedrgany, emocjonalnie niestabilny, wrażliwy, choć porywczy, wykonujący pracę, której nienawidzi (jest mechanikiem samochodowym). Mona czasem traci kontakt z rzeczywistością i pogrąża się w smutku, na przykład podczas prania. On dla ulżenia sobie bluźni przeciw Bogu, narzeka na cały świat lub ucieka do garażu, gdzie „struga różne rzeczy. Czasami robi ładne ptaki albo noże do masła. Ale czasem też po prostu struga, aż skończy się kawałek drewna”.

Oboje starają się jednak – każde na swój sposób – nie poddawać, próbują wychować swojego zaburzonego syna jak najlepiej, na co dzień usiłują żyć „jak zwykle”, choć czasem „nie dają rady”. „Mój mąż wybrał gorycz, wybrał bycie trawionym, już kiedy Johannes był mały i było już jasne, że nie jest taki jak inni. Lennart wybrał widzenie rzeczy takimi, jakie powinny być, a nie takimi, jakie są. Wydaje mi się, że wybrał źle” – twierdzi Mona, ale sama zdaje się robić dokładnie to samo: wybiera gorycz. Jej próby widzenia rzeczy takimi, jakie są, przynoszą bowiem skutek przeciwny od zamierzonego, powodując zniechęcenie i bierne pogodzenie się z tym, co przynosi życie. Jej narracja pełna jest tautologicznych, beznamiętnych stwierdzeń: „Bo to było, czym było”; „Wszystko jest takie, jakie jest”; „Wszystko, co się robi, i wszystko, co się dzieje, wiąże się ze sobą. Trzeba to zaakceptować”. Akceptacja ta jednak nie przynosi ulgi. Przeciwnie, wzmacnia zniechęcenie i poczucie beznadziei. „Tak jest i nic nie można z tym zrobić”, jak bez ogródek powiada jej mąż.

Narrację powierza autor całej trójce, z tym, że najwięcej miejsca zajmuje opowieść snuta przez Monę. Ona też wypowiada nieliczne w powieści głębsze, choć w gruncie rzeczy raczej nieskomplikowane i mało odkrywcze refleksje: „Życie jest takie ciężkie. Trzeba wziąć coś, co samo w sobie jest bez znaczenia, i wypełnić je znaczeniem. Tak to przecież jest. Trzeba budować swój domek z kart, a potem mieć nadzieję, że ktoś go zobaczy, zanim pojawi się to nieuniknione szturchnięcie stołu. Buduje się tak długo, latami, a potem to wszystko runie. Wszystko się zapada, kiedy człowiek się tego najmniej spodziewa, i dopiero wtedy ludzie patrzą. Ale co zrobić z tymi wszystkimi latami budowania?”. Język tej prozy jest na ogół jeszcze bardziej prosty, surowy, a nawet minimalistyczny. Mnóstwo w nim stwierdzeń typu: „Lennart go nie przytula, mężczyźni nie robią takich rzeczy”; „Nie jest głupi, tylko tłumaczy sobie inaczej”; „Autyzm sprawia, że trudniej jest odróżnić dobre od złego”; „Nie powinno się przejmować tym, co mówią ludzie. Ale i tak się to robi” etc. Język ten oddaje tryb myślenia głównych bohaterów, sposób, w jaki usiłują tłumaczyć sobie rzeczywistość.

Johannes jak każdy w jego wieku – w czasie opowiadania ma on siedemnaście lat – usilnie zabiega o akceptację społeczną, czyli w jego przypadku głównie o przychylność szkolnych kolegów. A ponieważ, jak zostało powiedziane wyżej, jako autystyczny chłopiec ma trudności z odróżnianiem dobra od zła, prowadzi go to często na manowce, czego sam nawet nie zauważa, a nawet jest gotów się tym chwalić. Swojemu nowemu koledze Niklasowi mówi na przykład: „Dużo łobuzowałem aż do szóstej klasy. Larwy w szkolnym jedzeniu… uruchomiłem alarm przeciwpożarowy… tryskałem po korytarzu wężem pożarniczym… rzuciłem śnieżką z sikami w dyrektora… wcisnąłem kredę w zamek do pomieszczenia z kserokopiarkami, żeby nie dało się zrobić testu… i takie tam. Mnóstwo rzeczy”. Mnóstwo rzeczy, którymi można zaimponować kolegom, zwłaszcza tym o zacięciu łobuzerskim. I nie powstrzymują go nawet przebłyski wiedzy o istnieniu zasad moralnych, które starają mu się wpoić rodzice: „Mama mówi, że nie powinno się chwalić tym, co się zrobiło, jeśli jest to złe, ale bardzo się cieszyłem, bo wyglądało na to, że mu zaimponowałem”.

Właśnie w ten sposób – z takich powodów – zaczynają się dziać owe wszystkie „cholerstwa”, którym bezskutecznie starają się zapobiegać rodzica chłopaka.

Powieść zaczyna się i kończy tą samą sceną, pokazaną z różnych perspektyw. Na początku rodzice Johannesa dowiadują się, że ich syn obrabował wraz z kolegami martwą staruszkę, która gdzieś w bocznej uliczce przewróciła się i uderzyła głową o bruk. Na końcu z opowieści Johannesa dowiadujemy się, że było zgoła inaczej. Staruszka jeszcze żyła, gdy nadbiegli chłopcy, i to Johannes powodowany po swojemu rozumianym miłosierdziem zabił ją monstrualnej wielkości ziemniakiem, który wykopał razem z dziadkiem i nosił w plecaku, aby móc się nim chwalić przed kolegami. „Żyje dalej – powiedziałem do Stefana i Mikaela. – W niebie. Czasami trzeba zrobić coś, czego się nie chce, bo to właściwa rzecz. Dla staruszki najlepiej było, żeby nie cierpiała”. Rozumowanie to zaczerpnął od swojego ojca, który w drodze na pogrzeb wspomnianego dziadka – ojca Mony – potrącił lisa, którego postanowił na miejscu dobić, aby skrócić jego cierpienia: „Tata wiele razy uderzał w lisa. Mnie wystarczyło uderzyć tylko kilka razy, żeby poczuć, że to już”.

Dużo wcześniej dowiadujemy się, że podobne zdarzenie połączyło niegdyś Lennarta i Monę. Otóż koledzy Lennarta z wojska potrącili samochodem kota, którego postanowili porzucić na miejscu, gdyż spieszyli się do jednostki. Lennart uparł się jednak, że odwiezie go do weterynarza, w czym pomaga mu przygodnie spotkana Mona. Weterynarz nie ma innego wyjścia niż uśpić śmiertelne ranne zwierzę i Lennart ma potem wyrzuty sumienia, że niepotrzebnie przedłużył jego agonię i cierpienia. I prawdopodobnie właśnie dlatego w przypadku lisa postanowił postąpić inaczej – dobić zwierzę na miejscu (jak się wydaje, zabijanie lisa niespodziewanie pozwoliło mu też na wyładowanie w agresji wieloletnich frustracji). Zaiste, „wszystko, co się robi, i wszystko, co się dzieje, wiąże się ze sobą”.

Przyjaciele zwierząt to posępna, pełna niepokoju i poczucia wyobcowania opowieść szwedzkiego autora, o którym wiemy tyle, że lubi podróżować do miejsc, których nigdy osobiście nie odwiedził, czasem gra smutne melodie na fortepianie i jest właścicielem czerwonego motocykla. Oraz że przejmująco pisze o samotności.

 

Grzegorz Tomicki

Anton Marklund, Przyjaciele zwierząt, przeł. N. Pecyna, Czwarta Strona, Grupa Wydawnictwa Poznańskiego, Poznań 2015, s. 312

Pierwodruk: „Odra” 2016, nr 1

 




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *