Informacje szczegółowe
Autor: Piotr Sommer
Tytuł: Dni i noce
Wydawca: Biuro Literackie
Miejsce i data wydania: Wrocław 2009
Stron: 92
ISBN: 9788360602942
Piotr Sommer: Dni i noce
1.
Powiedzieć za Heideggerem, że czas jest horyzontem rozumienia bycia i wszelkiej jego wykładni, to powiedzieć o czasie w zasadzie wszystko, czyli zbyt wiele, aby miałoby to cokolwiek znaczyć. Czasowość jest warunkiem możliwości pojawienia się jakiegokolwiek bycia, a zarazem jej ontologiczna interpretacja sama zanurzona jest we własnym czasowo ustrukturowanym trwaniu.
Nie istnieje zatem żadna obiektywna perspektywa, z której można by poddawać czas bezstronnemu oglądowi w celu wyeksponowania jego „faktycznych”, istotowych wyznaczników. A ponieważ, jako rzecze Filozof, jestestwo bytuje w sposób rozumienia (własnego) bycia, ów rozumiejący sposób bycia będzie produkował – można się spodziewać, że „bez końca” – rozmaite eksplikacje czasu, jego „istoty”, funkcji i miejsca w życiu człowieka.
Owocem jednej z takich prób jest tom wierszy Piotra Sommera Dni i noce. Przedsięwzięcie zakrojone, wydawałoby się, dość minimalistycznie. W rozmowie z Wojciechem Bonowiczem autor zagadnięty o kwestię czasu, zastrzega się, iż „nie wie, czy umie o tym wszystkim bąknąć coś do rzeczy”[1] – w efekcie końcowym jawi się jako jeden z ważniejszych w ostatnich latach „głos w sprawie”, robiący wrażenie nie tylko swoim artystycznym kształtem, ale i oryginalnym filozoficznym, w najogólniejszym sensie (a więc całkiem po ludzku), ujęciem.
Wszystkie te określenia idą rzecz jasna na przekór autorskiej intencji pomniejszania rangi swoich poetyckich gestów, nade wszystko zaś wbrew nastrajaniu własnego lirycznego tonu na rejestr mowy potocznej, codziennej, niewyszukanej, niepozbawionej – twórczo wykorzystywanej – gramatycznej niepoprawności, „niechlujności” języka mówionego. Intencja ta dobitnie dochodzi do głosu w takich na przykład wierszach (znamienne są już same tytuły) jak Zacinka, Jak się mówi, Ani słowa inaczej, To niech się teraz cierpi. W tym ostatnim czytamy:
No dobrze, ale co będzie
potem? Nikt nie wie,
wiadomo tylko, że jeszcze
nie. I raczej w ogóle
nie wiadomo, o co chodzi,
tak to sformułowane.
Szkoda, można by sobie
nawzajem pomóc,
choć odrobinę. A jak się
tak niechlujnie mówi,
nic z tego nie wynika, dalej
nie wiadomo. Szkoda,
już wyglądało, że idzie
się dogadać – a tu proszę!
(To niech się teraz cierpi, s. 8.)
Chciałoby się powiedzieć: można by sobie nawzajem – mówiący z tym, co mówione – pomóc. A tak, szkoda. Niechlujstwo – językowe, egzystencjalne – nie popłaca. Nic z tego nie wynika. Nie wiadomo, o co chodzi. Nie można się dogadać.
Wiersze tego typu – w zasadzie bezpretensjonalne, acz finezyjne literackie żarty – wiele mówią zarówno o podejściu autora do języka w ogóle, jak i do własnego języka poetyckiego w szczególności. I nie chodzi tu wyłącznie o programową predylekcję do operowania mową „niską”. Konstrukcję języka mówionego przyrównać możemy bowiem do fragmentującej i dziesiątkującej pierwotną ciągłość czasową pracy pamięci, której samowola – to ważne u Sommera określenie – ocala jedynie momenty, ułomki, fragmenty, wcale przy tym nie te, które widzielibyśmy jako najistotniejsze (przyłapujemy tu procesy nieświadome niejako in flagranti).
Podobna konstrukcja – jako kapryśna, niepełna, wycinkowa struktura – leży u podstaw Sommerowej metody twórczej, wyrażonej explicite w wierszu Ulubione kawałki, mogącym uchodzić za artystyczne credo poety. Ulubione kawałki zatem
to te, w których ktoś opowiada
jakieś naprawdę drobne zdarzenie
z przeszłości, ale tak, że ta zupełnie
zwykła rzecz, ognisko nad jeziorem, sen
z kimś bardzo bliskim, wspomnienie domu
albo wspólne palenie papierosa na balkonie
w nieznanym mieście ni stąd ni zowąd
rośnie w piersiach do czegoś najważniejszego
na świecie. Przez chwilę
to coś przeszkadza nam w gardle, a my
nie wiemy, co to takiego, i z trudem
przełykamy zaskakująco suchą łzę.
Za jakieś trzydzieści lat, myślimy, nikt
nie będzie miał powodu wracać
do tej chwili, a jednak ktoś bezwstydnie
najmłodszy, kto stał obok, będzie ją odtąd nosił
przed oczami, jakby to było wczoraj.
(Ulubione kawałki, s. 55).
Tak przedstawiony mechanizm pamięci funkcjonuje, jak widać, nie tylko wybiórczo, co zrozumiałe, ale i wedle nieoczywistego klucza, który stawia naszemu rozumieniu stanowczy opór. Wyławia z morza przeszłości jakieś dryfujące w czasie „naprawdę drobne zdarzenie”, „zupełnie zwykłą rzecz”, by po latach, „urosłą w piersiach do czegoś najważniejszego na świecie”, stawiać ją „przed oczami, jakby to było wczoraj”.
Pamięć działa, można by rzec, nie przebierając w doświadczeniach, poniekąd więc – z ludzkiego, nieuchronnie racjonalnego punktu widzenia – na oślep. Co jako sprzeczne z owy racjonalnym punktem widzenia wydaje się demaskować jego nieprawomocność. Sprzeczność bowiem, jak zauważa Erich Fromm, „jest kategorią umysłu człowieka, a nie samoistnym elementem rzeczywistości”[2]. W naturze nic nie jest ze sobą sprzeczne. W naturze sprzeczność nie występuje. Wszystko, co jest, jest ze sobą niesprzeczne – już choćby z tego względu, że po prostu jest.
Doskonałą poetycką eksplikacją specyficznego sposobu pracy pamięci jest wiersz Młodzieniec:
Po drodze nie było ani jednej gwiazdy
a ja, nic nie słysząc,
przenosiłem to z miejsca
w przeszłość: końcówka dnia,
odbita od teraźniejszości,
rosła monstrualnie
i stawała się legendą.
Po chwili wszystko
należało już do innej cywilizacji:
pustynia domów, ostre światło jarzeniówek
i ten pociągający chłodny oddech wiatru
(może to on przenosił wszystko w przeszłość, nie ja,
bo przecież ja bym tak nie umiał
dmuchać w obie strony).
(Młodzieniec, s. 34)
Ja też nie potrafię „dmuchać w obie strony”. Ale pamięć robi to z dziecinną łatwością. I to zupełnie naturalnie. Dmucha, można by rzecz, we mnie i za mnie, robiąc mi często w głowie niemały zamęt.
2.
Na podobnej, „pamięciowej” zasadzie wiersz Sommera funkcjonuje w trojakim co najmniej rozumieniu. Po pierwsze, poeta stosuje w nim specyficzną gospodarkę znaczeniami, polegającą na mówieniu o rzeczach „ważnych” poprzez eksponowanie „nieważnych”, czyli uwydatnianiu „tła” kosztem „planu pierwszego” w celu usytuowania ich obu w nieoczywistej, niekonwencjonalnej, ekscesywnej perspektywie; w ekstremalnych przypadkach wiersz po prostu „milczy” wymownie na zadany temat czy też mówi pozornie o niczym. Za jedną ze wspanialszych realizacji tej strategii mam wiersz Na lekarstwo, mówiący/milczący na temat choroby/umierania/śmierci matki:
Topole przed Szpitalem
Praskim, koło kościoła,
i trawa na trawniku
zdeptana, na trawie liście
z tych topól, dwóch
albo trzech, i gruby
słup ogłoszeniowy
w blaszanym kapeluszu
na przeciwległym rogu,
już poza szpitalnym skwerem
z tą moją drewnianą
ławką.
(Na lekarstwo, s. 57)
Fraza „z tą moją drewnianą / ławką” zawiera w sobie więcej bezradności niż mogłaby wyrazić jakakolwiek dosłownie i dramatycznie wyrażona skarga.
Po drugie, o czym już była mowa, Sommerowy wiersz dokonuje rehabilitacji czy też nobilitacji zdarzeń powszechnie uważanych za mniej ważne i warte uwagi (np. śmierć psa wobec śmierci osób bliskich), o które jednak kategorycznie dopomina się pamięć, wyróżniając je często z sobie tylko wiadomych powodów, jak w znakomitym kończącym tom wierszu Śnieg, w którym banalna historyjka urasta niespodziewanie – przy odpowiednim stylu lektury – do rangi wielkiej, uniwersalnej, niejednoznacznej metafory, aczkolwiek odnoszącej się do jednostkowego bycia:
Rano padał rzadki śnieg.
Szliśmy Doliną Białego
pod górę.
Śnieg gęstniał.
Mijaliśmy ludzi
idących w obie strony.
Kiedy wróciliśmy, padał śnieg.
A po obiedzie, przed zejściem
w dół, do miasta,
i po powrocie z miasta, też,
też padał śnieg.
(Śnieg, s. 85)
Owo natrętne akcentowanie padającego śniegu w tej relacji niby o niczym, zakończone cokolwiek obsesyjnym już powtórzeniem: „też, / też padał śnieg”, ewokuje nieokreślony niepokój, nieuniknioność, jakąś melancholijną ostateczność, dramat, a nawet po prostu grozę istnienia.
Po trzecie w końcu, a co wiąże się ściśle z pierwszym i drugim, „pamięciowy” wiersz kwestionuje samą hierarchia „ważności” i „nieważności” egzystencjalnych doświadczeń. W przywoływanej już rozmowie Sommer wyznaje:
Odległość między tzw. doświadczeniem życiowym a kształtem języka, który snuje swoją historię, bywa w tych wierszach stosunkowo mała. Nie przeszkadza mi to, nie zaprząta to w ogóle mojej uwagi, jeśli mam poczucie, że potencjał aktywności językowej wiersza jakoś przebija „historyjkę”. Więc pytanie dla mnie brzmi raczej: Czy język uchwycił coś interesująco, czy coś się w języku zdarzyło, a nie: Czy udało się uchwycić jakąś „egzystencjalną” ciekawostkę – albo nawet coś egzystencjalnie „ważnego”, bo ten typ podziału – na rzeczy egzystencjalne i inne, albo na rzeczy egzystencjalnie ważne i nieważne, tak mi się często zdaje, wymyślono dla kogo innego [3].
Frapujące wydaje się owo zdecydowane odżegnywanie się od wartościowania doświadczeń według jakiejkolwiek (?) skali egzystencjalnych „ważności”. Frapujące, bo chyba sprzeczne z moją własną perspektywą (więc może „ten typ podziału” wymyślono właśnie dla kogoś takiego jak ja?). Osobiście bowiem uważam stosowanie podobnych podziałów – jak i wszelkiego wartościowania w ogóle – za praktycznie nieuniknione. Człowiek ze swej istoty nieustannie porządkuje, wartościuje, strukturuje rzeczywistość wokół siebie, inaczej byłaby ona w ogóle pozbawiona sensu. Świat musi być „po ludzku” zorganizowany, powiedzmy wprost: zmityzowany, aby człowiek mógł w nim efektywnie egzystować.
Czymże innym jest przecież sama praca w języku, jak nie wartościującym porządkowaniem egzystencjalnych doświadczeń, choćby poprzez zakwestionowanie obowiązującej powszechnie hierarchii „ważności” lub nobilitację elementów czy aspektów egzystencji przez nią ignorowanych? Czyż nie dlatego właśnie „ma się w planie / zdania, wyrazy, co mają / wciąż wyrażać trwanie” (Parapet, s. 71), iż się to trwanie uważa za „egzystencjalnie” istotne, najistotniejsze? Czy wiersz Mobilizacja, którego sam tytuł sugeruje egzystencjalną aktywność (a jest nią każda próba zrozumienia ludzkiego bycia), nie jest w istocie egzystencjalnym co się zowie mini-traktatem o egzystencji:
Rzeczy złączone na powrót
w całość. Na czyj powrót?
Były poszczególne, są wspólne,
dla siebie, mojego oka.
Nie sterczą, nie wystają,
nie rozpadają się w ręku.
Co miało się rozpaść,
rozpadło się. Kto miał
odejść, rozkłada się
pod kamieniami.
Dlatego rzeczy się zbiegły,
zbiły w jedną gromadę,
jedną miazgę. Rozkład żywych
zintegrował martwe?
(Mobilizacja, s. 77)
I czy w takim np. poruszającym wierszu jak Skwery, parki, ulice rzeczywiście idzie o to, by „potencjał aktywności językowej wiersza jakoś przebijał egzystencjalną historyjkę?
Kiedyś kochałem cię cały czas bez przerwy
a kiedy wpadałem na to
nie byłem w stanie powstrzymać łez
na myśl że umrzesz
Dziś jestem bardziej rozproszony
i nic się nie zmieniło
(Skwery, parki, ulice, s. 78-79)
W wierszu tym chodzi raczej o miłość, coś faktycznie niesłychanie ważnego, najważniejszego. Gdyby poeta rzeczywiście nie „dzielił” doświadczeń własnych „na rzeczy egzystencjalnie ważne i nieważne”, nie miałby chyba w ogóle powodu, aby pisać wiesze. Niepisanie ich byłoby bowiem równie (nie)ważne, a dużo prostsze.
Moim skromnym zdaniem, prawdziwa siła tych wierszy, a jest ona chwilami porażająca, tkwi też nie tyle w jakimś istotnym przewartościowywaniu hierarchii „ważności” doświadczeń, ile w oryginalnej metodzie ukazywania, w jaki sposób bytują w czasie (pamięci) właśnie „rzeczy egzystencjalnie ważne” – „znaczące” fakty, sytuacje, zdarzenia, stany rzeczy, myśli, emocje – ze stanami umysłu pozornie mniej lub w ogóle, wydawałoby się, egzystencjalnie nienacechowanymi. Jak się ze sobą „zbiegają, zbijają w jedną gromadę, jedną miazgę”.
A bardziej filozoficznie: w jaki sposób organizują one, jako węzłowe momenty każdej egzystencji, całą temporalną strukturę bycia konkretnego człowieka. A czynią to często tak dyskretnie i niepostrzeżenie, że umyka to naszej uwadze. Aczkolwiek, jak dowodzi lektura tomu Dni i noce, nie wszystkim.
Piotr Sommer, Dni i noce, Biuro Literackie, Wrocław 2009
Powyższy tekst jest zmodyfikowaną wersją recenzji tomu Dni i noce Piotra Sommera, która ukazała się w miesięczniku „Odra” 6/2010 pt. Zdania, co mają wyrażać trwanie
[1] Cztery pytania do Piotra Sommera (zadane przez Wojciecha Bonowicza), w: http://portliteracki.pl/przystan/teksty/cztery-pytania-do-piotra-sommera-zadane-przez-wojciecha-bonowicza/.
[2] E. Fromm, O sztuce miłości, przeł. A. Bogdański, Rebis, Poznań 2006, s. 81.
[3] Cztery pytania do Piotra Sommera…, dz. cyt.
➡️ Zobacz katalog wszytskiech tekstów na stronie Inne Lektury
