Grzegorz Tomicki: Archaniołowie w Cieplicach. Niezwykła historia barokowych fresków

Informacje szczegółowe

Autor: Grzegorz Tomicki
Tytuł: Archaniołowie w Cieplicach. Niezwykła historia barokowych fresków
Wydawnictwo: Kultura Książki
Ilość stron wersji drukowanej: 158
Format: 15.24 x 22.86 cm (6 x 9 cali)
ISBN: 978-83-935227-7-4 (wersja papierowa), 978-83-935227-4-3 (epub), 978-83-935227-5-0 (mobi), 978-83-935227-6-7 (PDF)

Kup książkę w najniższej cenie

Archaniołowie w Cieplicach

Książka Archaniołowie w Cieplicach. Niezwykła historia barokowych fresków to opowieść o ludziach, historii, sztuce, religii, ambicjach, namiętnościach i relacjach władzy, osadzona w realiach XVII-wiecznego Śląska.

W 2011 roku w zespole pocysterskim w Jeleniej Górze Cieplicach doszło do sensacyjnego odkrycia. Podczas remontu dawnego klasztoru odsłonięto fragmenty okazałej ikonografii freskowej, ukrytej pod warstwą farby i tynku przez ok. 200 lat. Łącznie ponad 80 figuralnych i heraldycznych przedstawień, powstałych w latach 1687-1689. A to tylko część większej całości – pozostała wciąż czeka na odkrycie!

Jak powstały te imponujące malowidła? Kto je wykonał? Jaki jest ich całościowy program ideowy? Co wyrażają poszczególne przedstawienia? Jaką pełniły funkcję? Słowem – jaka stoi za nimi historia?

Dr Grzegorz Tomicki dzieli się swoją badawczą pasją, jaką pobudziły w nim przedstawienia archaniołów w sali dzisiejszego Działu Historii i Sztuki Muzeum Przyrodniczego, którym zaczął kierować w 2019 r. Krok po kroku towarzyszymy mu na kolejnych etapach pasjonującego śledztwa, dotyczącego tyleż twardych historycznych faktów i naukowych hipotez, co kwestii duchowych i rzeczywistości nadprzyrodzonej.

Odkrycia i wnioski, do jakich dochodzi wytrawny badacz, są nie tylko fascynujące, ale też skłaniają do uniwersalnych refleksji na temat kondycji człowieka i jego egzystencji w nieustannie zmieniającym się świecie.

Na książkę składają się trzy główne wątki:

✅  Część I Między niebem a ziemią – to opis procesu rekonstruowania pierwotnego programu ikonograficznego w tzw. „sali z aniołami”, w której autor dowodzi, że jest on przejawem kultu siedmiu archaniołów, mającego swoje korzenie w pogańskiej starożytności i równie ciekawe dalsze dzieje.

✅  Części IIZagadka „mistrza z Vrchlabí” – to pasjonujące śledztwo w sprawie tożsamości tajemniczego malarza, uznawanego za głównego wykonawcę całej ikonografii freskowej w klasztorze. Od zagadki do zagadki autor odkrywa przed nami ścisłe powiązania między religią a sztuką, przedstawicielami Kościoła a artystami, a także – chciałoby się powiedzieć – między Bogiem a ludźmi.

✅  Część III Ewangelia według Bernarda Rosy – rozszyfrowuje tajemniczą inskrypcję, umieszczoną w jednym z kartuszy w „sali z archaniołami”: „Discite a me, quia mitis sum, et humilis corde”. Autor sugeruje, że opat Rosa celowo skrócił i uprościł ten biblijny cytat z Ewangelii św. Mateusza, aby służył on pragmatycznym celom kontrreformacji, nawołując do pokory i posłuszeństwa Kościołowi.

Archaniołowie w Cieplicach. Niezwykła historia barokowych fresków to wciągająca książka o sztuce baroku, historii Śląska, duchowości cystersów i kilku nietuzinkowych postaciach z burzliwego okresu reformacji i kontrreformacji, napisana z wielką pasją i nieprzeciętnym talentem.

Idealna pozycja dla miłośników historii Karkonoszy, Sudetów, Dolnego Śląska, sztuki, religii, zakonów, cudów i aniołów – tajemnic z nimi związanych oraz meandrów ludzkich losów i dusz.

Archaniołowie w Cieplicach
Niezwykła historia barokowych fresków
Między niebem a ziemią

Niezwykła historia barokowych fresków – i autora

Książka ta zrodziła się z jednego z najbardziej nieoczekiwanych doświadczeń zawodowych w moim życiu, które równie zasadnie mógłbym nazwać zaskakującym doświadczeniem egzystencjalnym, gdyby nie to, że po wielu takich doświadczeniach niewiele jest mnie już w stanie zaskoczyć.

Otóż jakiś czas temu na skutek wielu ekstrawaganckich zbiegów okoliczności objąłem stanowisko kierownika Działu Historii i Sztuki w Muzeum Przyrodniczym w Jeleniej Górze Cieplicach. Odbyło się to w sposób, który Arystoteles nazwałby zapewne całkowicie prawdopodobnym empirycznie, ale zbyt niewiarygodnym dramaturgicznie, aby ktokolwiek był skłonny w taką wydumaną opowieść uwierzyć. I nie ma tu nic do rzeczy, że jest ona akurat prawdziwa.

Znalazłszy się mianowicie na kolejnym życiowym zakręcie, zastanawiałem się, co począć z resztą mojego życia, którą widziałem – jak by to ująć – dość mgliście. Zwłaszcza pod względem finansowym. Posiadane przeze mnie oszczędności pozwalały na przetrwanie jakichś dwóch, może trzech najbliższych miesięcy – przy odpowiedniej diecie i ograniczeniu podstawowych wygód.

Sytuację dodatkowo komplikował fakt, że niejako na pohybel tym niefortunnym okolicznościom w pierwszym odruchu postanowiłem kupić sobie pianino, o czym zawsze marzyłem. Trudno mi wytłumaczyć – sobie i innym – przyczynę tego brawurowego czynu. Może chciałem się doświadczalnie przekonać, czy umiem na nim grać. W każdym razie byłoby to wytłumaczenie równie uprawnione – i absurdalne – jak każde inne. Typowo arystotelesowskie, że się tak wyrażę.

Instrument nie był drogi, ale i tak uszczuplił moje zasoby finansowe mniej więcej o połowę. Jak na złość okazało się, że moja umiejętność gry na gitarze basowej w żaden sposób – nawet najbardziej podstawowy – nie przekłada się na wirtuozerię w zakresie sztuki pianistycznej. A to nie był najlepszy czas na branie lekcji muzyki. Grunt palił mi się pod nogami. Trzeba było obmyślić jakąś bardziej sensowną strategię przetrwania niż beztroskie uszczuplanie skromnych funduszy w imię zaspokajania wzniosłych, ale mało adaptacyjnych zachcianek.

Mieszkałem wtedy w miejscowości, w której w zasadzie nikogo nie znałem. W każdym razie nie na tyle, aby móc liczyć na choćby symboliczne wsparcie społeczne, nie wspominając o pomocy przy poszukiwaniu zatrudnienia. Ale po ostatnich dramatycznych przygodach zdrowotnych – eufemizmy bywają użyteczne – dochodziłem powoli do formy, a psychicznie czułem się nawet jakby na fali wznoszącej. Zdecydowanie zresztą na wyrost i byłem tego świadomy, lecz brałem to za dobry znak. To właśnie takie nie do końca zrozumiałe impulsy sprawiają, że potrafimy podnieść się po najbardziej beznadziejnych, jakby się wydawało, upadkach.

Krótko mówiąc, nie miałem nic do stracenia. Siadłem zatem do komputera i puściłem wodze fantazji. To znaczy wygooglowałem sobie dziesięć najbardziej znaczących instytucji kultury w najbliższym „większym” mieście, w których miałbym ochotę podjąć pracę, napisałem ogólnikowy, może trochę zanadto osobisty list motywacyjny, po czym wysłałem go ciurkiem na wszystkie wynotowane adresy mailowe. I już miałem wyjść na krótki spacer do lasu, żeby trochę ochłonąć i opracować jakiś plan B, jako że plan A wydawał mi się mało realny, kiedy zadzwonił telefon. Miły kobiecy głos zapraszał mnie na rozmowę kwalifikacyjną do Muzeum Przyrodniczego w Jeleniej Górze.

Następnego dnia w gabinecie pełnym historycznych osobliwości, fantazyjnych artefaktów, dzieł sztuki, różnych zabytkowych bibelotów tudzież innych bijących po oczach przejawów ludzkiej skłonności do wytwarzania i podziwiania rzeczy pięknych i ekscentrycznych, dyrektor muzeum przez bitą godzinę usilnie przekonywał mnie, abym zgodził się podjąć pracę, do wykonywania której nie miałem ani kompetencji, ani żadnego doświadczenia.

Jak się wydaje, nadzwyczajny zapał dyrektora do tego pomysłu miał charakter zupełnie niemerytoryczny, ale posiadał wieloaspektową motywację. Tak się np. złożyło, że pochodził on z tego samego miasta co ja i obaj mieliśmy do niego niepohamowany sentyment, co w rozmowie od razu wyszło na jaw. Co więcej, pracowaliśmy nawet w tym samym Muzeum Okręgowym w owym mieście, choć w różnym czasie. Z tym że ja – jeszcze przed studiami – jako szeregowy pracownik fizyczny, on natomiast zaraz po studiach jako ambitny i pełen zapału magister archeologii.

Ale miałem też inne domniemane atuty. Byłem mężczyzną (nie zajdę w ciążę i przydam się do zadań siłowych), miałem stopień naukowy wyższy od wszystkich innych pracowników, łącznie z dyrektorem (wzmocnię prestiż instytucji i ego przełożonego), nie mam wyszukanych wymagań, nie jestem konfliktowy, za to łatwo się ze mną dogadać, a kiedy trzeba potrafię być sympatyczny w obyciu. Słowem, ogólnie przypadłem dyrektorowi do gustu. A na moje obiekcje, że nie znam się na tej robocie, usłyszałem, że on się zna i zawsze mi chętnie pomoże. A tak ogólnie to będę siedział w swoim gabinecie i czytał sobie książki (co niezupełnie okazało się prawdą).

Kilka dni później siedziałem już w „swoim gabinecie” i oglądałem namalowane na ścianach fantastyczne freskowe przedstawienia archaniołów z końca XVII wieku, którzy patrzyli na mnie spod sklepienia swoimi niebiańskimi, nieludzko spokojnymi oczami. Ale musiały minąć dwa lata, aby przebywanie w ich towarzystwie przestało mi wystarczać i zainteresowałem się tym, kim oni właściwie są, skąd się wzięli w tej sali, co sobą wyrażają, jaką pierwotnie pełnili funkcję i kto je u diabła namalował.

Kolejnych kilka miesięcy zajęło mi napisanie rzeczowego artykułu na temat ikonografii freskowej w „moim gabinecie”, czyli w tzw. sali z aniołami w zespole pocysterskim w Jeleniej Górze Cieplicach, który ukazał się potem w „Roczniku Jeleniogórskim”… i słuch o nim zaginął.

Po trzech dalszych latach wróciłem do sprawy i jeden po drugim powstały dwa następne teksty – o tajemniczym głównym wykonawcy fresków i równie tajemniczej inskrypcji umieszczonej w jednym z kartuszy– które ostatecznie złożyły się na niniejsza książkę. Uzupełniające ją aneksy powstały niejako po drodze.

Wracając zaś do błyskawicznej reakcji na mój mail z listem motywacyjnym, to tego dnia – jak się później dowiedziałem – mój przyszły przełożony i jego asystentka siedzieli akurat przy komputerze i obmyślali treść ogłoszenia, którym chcieli zachęcić potencjalnych kandydatów do starania się o wakujący etat historyka, kiedy na ekran wyskoczyło im powiadomienie o wiadomości ode mnie. Po jej pobieżnym przeczytaniu asystentka dyrektora – moja przyszła dobra koleżanka z pracy – stwierdziła: „To jest człowiek, którego szukamy”.

I powiem wam, że kiedy niedługo potem zacząłem na co dzień obcować z archaniołami – „posłańcami Bożymi”, pośrednikami „między niebem a ziemią”, „Bogiem a ludźmi”, „światem widzialnym a niewidzialnym”, „rzeczywistością nadprzyrodzoną a empiryczną” „czasem wiecznym a czasem skończonym” – to był taki moment, że prawie zacząłem wierzyć w cuda. Tym bardziej, że niewiele brakowało, abym kilka dni przed pierwszym ujrzeniem malowideł z archaniołami spotkał się z nimi w zupełnie innym sensie, bardziej ostatecznym.

Na pewno prawdziwym cudem natomiast jest ta książka, którą właśnie trzymacie w rękach. Nigdy nie myślałem, że ją napiszę. Nie miałem takiego zamiaru. Impuls – jak zawsze – przyszedł z zewnątrz. Jak zawsze, nie wiadomo skąd. Można powiedzieć: spadł z nieba.

Książka dotyczy malowideł freskowych w zespole pocysterskim w Cieplicach, ale poszczególne teksty na nią się składające – rozdziały I, II, III oraz aneksy 1, 2, 3 – mają taką formę, która pozwala je czytać każdy z osobna bez uszczerbku dla zrozumienia zawartych w nich treści, choć wszystkie też wzajemnie się uzupełniają i w ten sposób stanowią jedną całość.

Grzegorz Tomicki


Inne Lektury logo

Dodaj komentarz