John Irving: Aleja tajemnic

Informacje szczegółowe

Autor: John Irving
Tytuł: Aleja tajemnic
Tytuł oryginału: Avenue of Mysteries
Przekład: Magdalena Moltzan-Małkowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce i data wydania: Warszawa 2016
Stron: 512
ISBN: 9788380692282

Kup książkę w najniższej cenie

Aleja tajemnic, czyli wszyscy jesteśmy inni

Kiedy w młodości przeczytałem Świat według Garpa Johna Irvinga, miałem z tą książką pewien problem. Ściślej mówiąc, nie tyle z samą książką – lekturą byłem po prostu zachwycony – ile z jej klasyfikacją. Otóż wzorem starszych posługiwałem się wówczas poczciwym i na pozór genialnym w swej prostocie podziałem na literaturę wysoką (ambitną) i niską (popularną, vel brukową, trywialną, tandetną, jarmarczną, straganową, wagonową czy jak ją tam jeszcze kiedyś słusznie albo i niesłusznie zwano).

Literatura ambitna kojarzyła mi się wtedy głównie z takimi tuzami jak Joyce czy Kafka i Irving mi jakoś tu nie pasował. Nie miałem jednak sumienia wrzucić go do jednego worka z literaturą tzw. popularną (której autorów nie mam z kolei sumienia wymieniać z nazwiska). A że człowiek jest osobliwie przywiązany do swoich schematów myślowych, próbowałem tę moją-nie-moją – bo przecież nie ja ją wymyśliłem – poręczną typologię jakoś ratować. Najprostszym, a może i jedynym sposobem wydawało mi się wymyślenie kategorii trzeciej, nazywając ją – po prostu – „prozą Johna Irvinga”.

Szczerze mówiąc, od samego początki rozwiązanie to wydawało mi się naciągane. Co gorsza, groziło ono mnożeniem bytów ponad potrzebę, czyli dodawaniem w przyszłości następnych kategorii w miarę napotykania kolejnych niepasujących nigdzie (zwłaszcza do kategorii „proza Johna Irvinga”) autorów osobnych. Jak to jednak często bywa, życie samo obaliło tę z gruntu frajerską konstrukcję i wartościujący podział na literaturę wysoką i niską nie tyle legł w gruzach, ile przestał mnie interesować (i w ten sposób, sam o tym nie wiedząc, zostałem postmodernistą).

Jak się ostatnio dowiedziałem, problem z zaklasyfikowaniem twórczości Johna Irvinga nie tylko nie był wyłącznie moim prywatnym, młodzieńczym problemem, ale nawet jest nim podobno do dziś, a sam pisarz ma tyluż zaprzysięgłych wrogów, co oddanych zwolenników. Czyli spór idzie o to, czy wysoki ten Irving, czy niski, ambitny czy popularny, salonowy czy wagonowy? Jak widać, dla jednych arbitralne klasyfikacje literatury to nie młodzieńcza dyspozycja, ale prawdziwa życiowa pasja. Co do mnie, to zadowalam się po prostu tzw. radością czytania.

Życiową pasją, a nawet profesją innych literaturożerców jest z kolei fabrykowanie bardziej lub mniej bałamutnych, za to (w zamierzeniu) chwytliwych not tudzież blurbów na temat tego lub owego dzieła. Czego to na przykład nie napisano na temat najnowszej powieści Irvinga Aleja tajemnic! A to, że „przejmująca, magiczna, często zabawna”, a to że „tragikomedia, ale tym razem w mrocznym ujęciu”, że „główny bohater to skończony oryginał”, że książka jest „pełna irvingowych smaczków – transwestyta, cyrk, sierociniec, wypadek samochodowy, ojciec, którego nie ma, chrześcijaństwo w krzywym zwierciadle”, że „barwna zgraja postaci w tym porywającym spektaklu to istny Dickens we współczesnym wydaniu” – i tak dalej w ten deseń.

O ile mnie pamięć nie myli, po Świecie według Garpa przez wiele lat Irvinga nie czytałem (obejrzałem natomiast kilka całkiem niezłych adaptacji filmowych). Może bałem się rozczarowania i utraty niegdysiejszych iluzji? A może po prostu miałem akurat co innego do roboty i na Irvinga nie znalazłem czasu. A może po prostu miałem akurat co innego do roboty i na Irvinga nie znalazłem czasu.

Aż ostatnio połknąłem trzy jego powieści pod rząd – w tym najnowszą Aleję tajemnic – i nie tylko się nie rozczarowałem, ale znów byłem zachwycony. Tym samym moje dawne fascynacje przetrwały próbę czasu, a ja mogę się nimi cieszyć niejako w dwójnasób: tym, że nie muszę odżegnywać się od tych dawniejszych, jak i tym, że mam je obecnie. Poniekąd odżyła nawet dawna kategoria – której używam jednak wyłącznie na swój własny użytek – czyli „proza Johna Irvinga”. Bo jest to, moim zdaniem, rzeczywiście pisarz jedyny w swoim rodzaju.

Co zaś do wspomnianych wyżej opinii innych zawodowych znawców tematu – autorów błyskotliwych rekomendacji – to mam kilka spostrzeżeń.

Po pierwsze, oczywiście nie można im wierzyć, bo pisane są często na zamówienie wydawcy (który – wiadomo – za rzeczową krytykę nie płaci) lub z innych interesownych powodów (zawsze lepiej się komuś przysłużyć niż narazić).

Po drugie, owe zawodowe zachwyty-rekomendacje wyświadczają często autorowi niedźwiedzią przysługę. Nie tylko bowiem z miejsca rzucają czytelnika na kolana wobec arcydzieła, ale też tak śrubują jego oczekiwania, że niejeden po lekturze zakrzyknie: jak rzuca na kolana, kiedy nie rzuca, jak porywa, kiedy nie porywa, jak zachwyca, kiedy nie zachwyca!

Po trzecie, rekomendacje takie – swoiste instrukcje obsługi dzieła literackiego – bywają często mylące, choć dla tzw. opinii publicznej może i użyteczne. „Istny Dickens we współczesnym wydaniu”? Chwytliwe, efektowne, ale co najmniej wątpliwe. Podobieństwo Irvinga do Dickensa jest bowiem dość powierzchowne.

Po czwarte, nierzadko stawiają one czytelnika w pozycji biernego konsumenta rzekomych wspaniałości – w przypadku Irvinga przybierają one często postać „osobliwości” – który powinien ograniczać się do ich bezrefleksyjnego pochłaniania… i wydalania wraz z końcem lektury. Na przykład: „Irving jest niezrównanym mistrzem ceremonii, a nam nie pozostaje nic innego, jak śledzić ów spektakl z zapartym tchem”. Nie pozostaje nic innego? A niech mnie! W życiu nie czytałem książek tak, aby „nie pozostawało mi nic innego poza śledzeniem spektaklu z zapartym tchem”. To strata czasu i obraza dla autora! Z każdej lektury każdy powinien wynosić, co się tylko da i to najlepiej na swój własny sposób.

Po piąte i chyba najważniejsze – owe „osobliwości” właśnie. Otóż wydaje mi się, że to jedno z największych nieporozumień, dotyczących prozy Irvinga. Wbrew temu, co się dość powszechnie – o ile się orientuję – uważa, pisarz ten wcale nie epatuje czytelnika „osobliwymi” zdarzeniami, a zwłaszcza postaciami. Owszem, w każdej powieści Irvinga mamy wcale oryginalną galerię indywiduów: prostytutki, transwestyci, karły, cyrkowcy, geje, telepaci, biczownicy, byli misjonarze, demonstranci, rewolucjoniści, dekownicy, narkomani, pijacy, kalecy, słowem – ludzie naznaczeni piętnem odmienności, w ten czy inny sposób różniący się od innych, najczęściej też outsiderzy.

Ervnig Goffman nazwałby ich osobami „o zranionej tożsamości” (wspaniałe, empatyczne, trafiające w punkt określenie, którego użył w podtytule swojej książki o piętnie), ktoś inny obywatelami „gorszego sortu”. Irving natomiast przedstawia ich z jednej strony jako ludzi najnormalniejszych w świecie – a nawet bardziej „ludzkich” od innych – z drugiej zaś jako bohaterów par excellence.

Dlaczego bardziej ludzkich? Ponieważ ze względu na swoją kondycję społeczną skazani są oni na cierpienia, które stanowią niejako zwielokrotnioną sumę cierpień, na jakie narażeni są przeciętni ludzie (zraniona tożsamość, wykluczenie, samotność, dyskryminacja, upokorzenia itd.), co czyni ich bardziej wrażliwymi, a jednocześnie bardziej świadomymi umowności i arbitralności konwencji społecznych, deprecjonujących i piętnujących wszelką inność.

Dlaczego są oni bohaterami par excellence? Ponieważ znoszą to z godnością, a często przeciwstawiają się obowiązującym normom, a więc nie mogą lub nie chcą się dostosowywać się do rozmaitych „regulaminów tłoczni win”. Jak to ujął jeden z bohaterów powieści o tym właśnie tytule: „Ten regulamin nie został napisany przez nas ani dla nas. Napiszemy własny”. Ich problemem jest bowiem nie to, że są inni – wszyscy jesteśmy inni – ale to, że się ich inność (dla potwierdzenia własnej „normalności”) powszechnie stygmatyzuje.

W postaciach powieści Irvinga i ich zachowaniach nie ma niczego „nienormalnego”, „osobliwego” ani „skandalicznego”. Autor obnaża raczej skandaliczność faktu, że jego bohaterowie traktowani są niezmiennie – także przez tzw. krytyków rekomendujących – jako swojego rodzaju „osobliwości”, „ciekawostki”, „smaczki” („barwna zgraja postaci”), uatrakcyjniające jego prozę, podczas gdy on sam zdaje się afirmować właśnie ich „normalność”.

Między innymi z tego właśnie powodu streszczanie fabuły powieści Aleja tajemnic nie miałoby większego sensu (odsyłam do opisu wydawcy) a nawet mogłoby się okazać szkodliwe. Nie obyłoby się bowiem ono bez nagromadzenia owych „niezwykłości” czy „ekscentryczności, które autor stara się właśnie uczynić czymś zwyczajnym. Nie po też pisze się powieść na pięćset stron, aby ktoś ją potem streszczał w kilku linijkach. Dodam tylko od siebie, że dla kogoś wyćwiczonego w czytaniu poezji potencjał metaforyczny, czy też po prostu poetycki, tej powieści może okazać się wprost niebywały. Poza „śledzeniem spektaklu z zapartym tchem”, czytelnikowi zostaje zatem całkiem sporo pasjonującej roboty. I tylko od niego samego zależy, czy zechce jej się podjąć.

Aleja tajemnic to znakomita powieść, wyznaczająca wysoki standard dojrzałej twórczości Johna Irvinga.

Grzegorz Tomicki

Recenzja książki Aleja Tajemnic ukazała się w miesięczniku „Odra” 10/2016 pt. Wszyscy jesteśmy inni

Aleja tajemnic. Opis wydawcy

Czternastoletni Juan Diego, który urodził się i dorastał w Meksyku, ma młodszą siostrę Lupe, która myśli, że zna przyszłość, zwłaszcza swoją i brata. Jest telepatką, czyta w myślach i umie bezbłędnie rozszyfrować przeszłość większości ludzi, z którymi ma do czynienia. Z przyszłością różnie bywa, ale wyobraźcie sobie, co czuje dziewczynka, która myśli, że wie, co czeka ją lub osobę, którą najbardziej kocha. Do czego się posunie, aby odwrócić bieg przeznaczenia?

Z wiekiem, szczególnie w snach i wspomnieniach, żyjemy przeszłością. Bywa, iż żyjemy nią bardziej niż tym, co otacza nas w chwili obecnej.

Po latach Juan Diego wyruszy w podróż na Filipiny, ale będą mu towarzyszyć sny oraz wspomnienia z dzieciństwa i czasów dorastania; to w nich jest najbardziej żywy. „Los naznaczył go swoim piętnem”, opisuje John Irving Juana Diego. „Ciąg zdarzeń, ogniwa naszego życia – to wszystko, co wiedzie nas tam, dokąd zmierzamy, szlaki, którymi podążamy do końca, to, czego się spodziewamy i nie spodziewamy, może stać pod znakiem zapytania, trwać niewidoczne, albo rzucać się w oczy”.

Aleja tajemnic to opowieść o tym, co spotyka Juana Diego na Filipinach, gdzie wydarzenia z przeszłości – z Meksyku – ścierają się z tym, co ma dopiero nastąpić

John Irving Aleja tajemnic
John Irving
Aleja tajemnic

➡️ Zobacz katalog wszytskiech tekstów na stronie Inne Lektury

Inne Lektury logo