Informacje szczegółowe
Autorka: Marjorie Perloff
Tytuł: Ostrze ironii. Modernizm w cieniu monarchii habsburskiej
Tytuł oryginału: Edge of Irony. Modernism in the Shadow of the Habsburg Empire
Przekład: Maciej Płaza
Wydawca: Wydawnictwo Ossolineum
Miejsce i data wydania: Wrocław 2018
Stron: 344
ISBN: 9788365588654
Ostrze ironii, czyli austromodernizm
Tom esejów Marjorie Perloff Ostrze ironii. Modernizm w cieniu monarchii habsburskiej poświęcony jest sześciu autorom, kluczowym przedstawicielom zróżnicowanej wewnętrznie formacji, którą autorka nazywa „austromodernizmem”. Austromoderniści to świadkowie – a także uczestnicy i ofiary – rozpadu dualistycznej, wielokulturowej monarchii austro-węgierskiej, który to fakt w sposób znaczący zaważył na charakterze ich twórczości. „Nawet największy geniusz jest dzieckiem swojej epoki i pozostaje pod wpływem jej przesądów oraz sposobu myślenia”, jak się wyraził Erich Fromm w języku swojej własnej epoki.
Wybór tych akurat autorów na pierwszy rzut oka może wydawać się zaskakujący, ale siłą dyskursu Perloff – którą Adam Lipszyc w Posłowiu nie bez kozery nazywa „cesarzową amerykańskiej krytyki literackiej” – polega właśnie na tym, że tam, gdzie inni widzą różnice, ona na głębszym poziomie dostrzega istotniejsze od nich analogie, powinowactwa i podobieństwa.
Rzecz tym bardziej godna uwagi, że autorów tych dzielą nie tylko różne sposoby językowego ujmowania rzeczywistości, ale nawet podstawowe różnice gatunkowe. Omawiane przez autorkę teksty reprezentują bowiem: dramat (Ostatnie dni ludzkości Karla Krausa), powieść „realistyczną” (Marsz Radetzky’ego Josepha Rotha), esej (kluczowy składnik Człowieka bez właściwości Roberta Musila), pamiętnik (Ocalony język Eliasa Canettiego), poezję liryczną (Paul Celan) i notatnik filozoficzny (Ludwig Wittgenstein).
Zwłaszcza obecność tego ostatniego – filozofa wśród pisarzy – może zaskakiwać w tym zestawie. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Wiemy na przykład, że „najwybitniejszy krytyk literacki swoich czasów” Harold Bloom w książce Lęk przez wpływem zaliczył Zygmunta Freuda w poczet silnych poetów (strong poet) – czyli takich, którzy konstruktywnie przekształcając idee swoich poprzedników, tworzą nową wizję rzeczywistości o silnym (strong) oddziaływaniu społecznym. Nie ulegają zatem biernie wpływowi kultury swoich czasów, ale sami ją aktywnie kształtują. Zdaniem Blooma Freud nie tyle odkrywał fakty psychiczne, co tworzył nowy język i mitologię ludzkiego umysłu, dlatego można go postrzegać jako „mocnego poetę” XX wieku. Podobne rejestry myślenia uruchamia także Marjorie Perloff.
Co zatem łączy wybranych przez nią autorów? W dużym skrócie i uproszczeniu: w większości są oni wielojęzyczni, pochodzą z prowincji imperium, cechuje ich pęknięta tożsamość, doświadczają rozpadu swojego świata (monarchii habsburskiej), z którego zmuszeni są emigrować (w sensie dosłownym i przenośnym) oraz są Żydami „w jednym z najbardziej antysemickich okresów w nowożytnych dziejach Europy”.
Jak widać, Perloff nie skupia się wyłącznie na dziełach swoich bohaterów, ale rozpatruje niejako całokształt ich złożonej struktury bycia-w-świecie, wraz z całym dobrodziejstwem i przekleństwem jej inwentarza. I dopiero w tym stricte egzystencjalnym kontekście upatruje źródła nie tylko ich indywidualnych przekonań i postaw (byłoby naprawdę dziwne, gdyby było inaczej), ale też podstawowych cech ich twórczości. Na tej płaszczyźnie uwidaczniają się też wielorakie podobieństwa między nimi.
Wszyscy są sceptycznie nastawieni do tego, co jednoznaczne, ostateczne, skończone czy ponadczasowe. Uważają, że „do argumentacji lepiej nadaje się seria aforyzmów niż linearny dyskurs”. Można tylko pokazywać – nie objaśniać, dawać przykłady – nie oceniać. Wszelka finalność stoi w sprzeczności z istotą zarówno rzeczywistości, jak i dzieła literackiego, a nawet samej myśli – to, co zakończone i domknięte jest już spetryfikowane, zastygłe w pewnym określonym znaczeniu, martwe, nietwórcze, nieadekwatne wobec rzeczywistości. „Dlatego w prozie i poezji austromodernistów dominująca kategorią estetyczną jest ironia – ironia oscylująca nie tyle ku satyrze (która wyśmiewa po to, by coś zmienić), ile ku zmysłowi absurdu”.
Poetyka absurdu idzie oczywiście w parze z rozpadem dotychczasowego świata, jaki obserwowali wymienieni autorzy, a także z dezintegracją ich indywidualnych egzystencji, ale ironia – ten „trop tropów” (Paul de Man) – pełni jeszcze jedną doniosłą funkcję, której znaczenie wymyka się niejako samemu sobie. „Ironia otwiera ciąg wątpliwości, kiedy tylko jej możliwość przyjdzie nam do głowy, i nie ma właściwie żadnego powodu, by przerwać proces wątpienia w jakimkolwiek bądź punkcie na drodze do nieskończoności”, jak pisał Wayne Booth w Retoryce czasowości.
W myśl takiego sposobu postrzegania rzeczywistości austromoderniści podważają wszelkie wartości i jakości normatywne, arbitralnie ustalone i „ponadczasowe” jak prawa logiki, preferując w zamian ujęcia fragmentaryczne, ulotne, paradoksalne i wieloznaczne. Cechuje ich zwłaszcza zamiłowanie do „ostrej jak brzytwa, groteskowo komicznej ironii”. Nic bowiem tak jak ironia nie jest w stanie bardziej adekwatnie wyrazić efemerycznej, nieuchwytnej, płynnej rzeczywistości, w której egzystujemy jako nieustannie dezintegrujące się podmioty.
Musil na przykład w charakterystyczny dla siebie, a wyrażający ogólną tendencję sposób pisał, że Historia przypomina „drogę chmur lub drogę włóczącego się po ulicach przechodnia, który zbacza z obranego kierunku to z powodu jakiegoś cienia, to grupy ludzi lub dziwnej konfiguracji fasad domów, aż w końcu dotrze do miejsca, którego ani znał, ani chciał osiągnąć. W samym przebiegu historii świata zakłada się już z góry zejście na manowce. Współczesność jest zawsze jak ostatni dom miasta, który z jakiegoś tam powodu już się nie zalicza do miejskich domów”.
To dlatego Perloff twierdzi, że austromodernizm stanowił zapowiedź mrocznej, cynicznej, wyzbytej złudzeń, ale też pełnej wisielczego humoru kultury XXI wieku. Można zatem powiedzieć, że austromodernizm zwiastował postmodernizm. Nie ma centrum, są tylko obrzeża (marginesy, prowincje, domy za miastem). Nie ma nic pewnego ani trwałego (jest tylko rozpad). Rzeczywistość nie istnieje, są tylko nasze wyobrażenia (fantazmaty, iluzje).
W paradoksalny sposób pokazuje to – objaśniając, a jakże – sama autorka, poddając analizie (a jest to analiza par excellence freudowska) Marsz Radetzky’ego Josepha Rotha. Ta świetna, choć (na pozór?) tradycyjna powieść realistyczna, w której autor z mieszaniną krytycyzmu i sentymentalizmu opisuje zmierzch i upadek dynastii Trottów, a ogólniej Austro-Węgier, w interpretacji Perloff jawi się jako pełna ukrytych, wieloznacznych, ironicznych, symbolicznie i aluzyjnie wyrażanych treści: „pozorny realizm narracji sam w sobie stanowi formę ironii, czytelnik zostaje wciągnięty w tę głęboko dwuznaczną i złożoną powieść jak do sali luster”.
Nie ukrywam, że rozdział o Marszu Radetzky’ego zrobił na mnie największe wrażenie, choć nie jestem pewien, czy autorka nie wyciąga z tej powieści więcej, niż się w niej rzeczywiście znajduje. Inaczej mówiąc, czy nie wmawia autorowi tego, czego ten nie miał bynajmniej zamiaru wyrażać. No właśnie: nie miał zamiaru, ale czy nie wyraził? Czy Perloff analizuje dzieło literackie, czy poddaje psychoanalizie jej autora, a raczej podmiot czynności twórczych?
A może nie objaśnia, tylko pokazuje, jak to robili sami austromoderniści? Ostatecznie autorka urodziła się w Wiedniu w 1931 roku, skąd wraz z rodziną uciekła do Stanów Zjednoczonych w 1938, tuż po aneksji kraju przez Niemcy – w pewien sposób powtarzając dezintegracyjne doświadczenie bohaterów swoich szkiców.
Błyskotliwe, nowatorskie odczytania poszczególnych tekstów – z czego autorka jest powszechnie znana – to jedna z wielu zalet tej książki. Inną jest ta, że choć traktuje o skomplikowanych kwestiach i obfituje w zaskakujące interpretacje, napisana jest prostym, niezwykle komunikatywnym językiem, zrozumiałym – jak sądzę – także dla laików (nieco podobnym do tego, jakim posłużył się Musil w przytoczonym wyżej fragmencie).
Adam Lipszyc nazywa Ostrze ironii przewodnikiem i bedekerem. I słusznie. Sama autorka wyznaje, że to książka „przeznaczona głównie dla czytelnika spoza obszaru kultury niemieckiej” (czyli laików właśnie), przy czym miała zapewne na myśli przede wszystkim czytelnika amerykańskiego (w Europie jesteśmy chyba trochę bardziej oswojeni z opisywanymi w książce realiami). Określenia „przewodnik” i „bedeker” wydają się nader szczęśliwe głównie z tego względu, że Perloff faktycznie przejrzyście – przewodnikowo – wykłada nie tylko sam fenomen austromodernizmu, ale też jego wieloraki kontekst: historycznoliteracki, historyczny, społeczny, egzystencjalny itd.
W zaskakująco prosty sposób udaje się jej też nie tyle nawet przekonać, ile uświadomić czytelnikowi, jak istotny wpływ miały dzieła austromodernistów na kształt dzisiejszej, ponowoczesnej kultury. Po lekturze Ostrza ironii trudno nie przyznać jej racji, gdy pisze, że „jeśli pragniemy zrozumieć modernizm, który, jak zgodnie twierdzi większość krytyków, zrodził się w Europie przełomu wieków, musimy czytać, i to czujniej niż dotychczas, głęboko ironiczną literaturę wojenną unicestwionej wielokulturowej monarchii austro-węgierskiej”. A zatem, do dzieła!
Ostrze ironii. Posłowie
Tę świetną książkę można czytać co najmniej na trzech poziomach. Po pierwsze, jako wartko napisane, przystępne, nieakademickie wprowadzenie do austromodernizmu, jako swoisty przewodnik po świecie po końcu świata.
Lektura sprawia tym większą przyjemność, że – po drugie – książka Perloff obfituje w błyskotliwe odczytania wybranych tekstów. Owszem, wiele spostrzeżeń autorki ma i musi mieć charakter elementarny. Niemniej w konkretnych interpretacjach raz po raz daje o sobie znać jej prawdziwa krytycznoliteracka maestria i perfekcyjne wyczucie językowego niuansu.
Najważniejszą zasługą Perloff jest wszakże – po trzecie – klarowna charakterystyka samego austromodernizmu i wskazanie jego buzującej aktualności. Jak zauważa autorka, teksty, które przedstawia w swojej książce, pod względem formalnym mogą wydawać się bardziej tradycyjne niż utwory z innych obszarów językowych czy geograficznych charakteryzowanych jako „modernistyczne. A jednak mają w sobie coś, co może okazać się dziedzictwem wyjątkowo trwałym, mianowicie zamiłowanie do paradoksu, kruczoczarny humor i bezwzględną, ocierającą się o cynizm ironię.
Jako przesycony skwierczącą ironią, austromodernizm – żywioł wielojęzycznych twórców o pękniętej tożsamości – jest też skrajnie indywidualistyczny, stroni więc od etnicznych czy ideologicznych etykiet i pozytywnych utopii, karmiąc się co najwyżej ironicznie podciętą nostalgią za wielonarodowym imperium. W związku z tym austriaccy moderniści bardziej niż do gestów normatywnych skłonni są do opisów odsłaniających sprzeczności otaczającego nas świata.
Adam Lipszyc
Od autorki
Ostrze ironii to książka przeznaczona głównie dla czytelnika spoza obszaru kultury niemieckiej. Staram się przyjąć szerszą perspektywę niż większość autorów, a tym samym przywrócić równowagę niemiecko-austriacką w świadomości odbiorców – sądzę bowiem, że literatura austriacka pierwszych dziesięcioleci XX wieku może śmiało konkurować nie tylko z modernizmem francuskim i angloamerykańskim, z których czerpiemy normy i paradygmaty służące do opisu tej epoki, ale i z twórczością okresy weimarskiego czy z dokonaniami szkoły frankfurckiej, niezwykle silnie oddziałującymi na angloamerykańskie badania literackie.
Marjorie Perloff

Ostrze ironii. Modernizm w cieniu monarchii habsburskiej
➡️ Zobacz katalog wszytskiech tekstów na stronie Inne Lektury
