Literackie życie i nieżycie

Jeśli chodzi o literaturę i nagrody literackie, to dla mnie są to dwa zupełnie różne fenomeny.

Mój aspołeczny brak zainteresowania nagrodami literackimi bierze się zapewne z zawstydzająco tradycyjnego stosunku do literatury – i tworzenia w ogóle – jakiego nabawiłem się w trakcie uprawiania własnego poletka w społecznym polu literackim.

Otóż według kryteriów, które uważam za tradycyjne, najważniejsze walory literatury to inwencja, innowacja i oryginalność. Czyli – mówiąc w skrócie – to, co przekracza „normy i rutynę szerszej kultury”, jak się wyraził Derek Attridge. Tworzenie z definicji jest przekraczaniem zarówno siebie, jak i kultury, która aktualnie dominuje. Jest powoływaniem do istnienia czegoś, czego wcześniej nie było. Słowem, lubię, kiedy literatura otwiera mi oczy na coś, o czym nie wiedziałem, że w ogóle istnieje.

Tymczasem nagrody przyznaje się właśnie z pozycji owych „norm i rutyny szerszej kultury”. Nie mam pojęcia, w jaki sposób owa „szersza kultura” – która ze swej istoty jest zawsze o dwa kroki za tym, co w kulturze najwartościowsze – mogłaby należycie ocenić, wycenić i sprawiedliwie nagrodzić dzieła, dla których nie stworzono jeszcze stosownych kryteriów.

Obawiam się, że „szersza kultura” nie tylko nie jest w stanie tych dzieł należycie ocenić, wycenić i sprawiedliwie nagrodzić, ale większości z nich nawet nie zauważa. Dlatego, na przykład, „szersza kultura” długo nie zauważała takich autorów jak Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki czy Andrzej Sosnowski. Nie wiedziała, co o nich myśleć, bo nie miała ich do czego porównać (prawdę mówiąc, dalej nie wie, choć na wszelki wypadek ich nagradza). To zatem, co było i jest największym walorem tych poetów, dla „szerszej kultury” było i jest najbardziej kłopotliwe.

W praktyce wygląda to jeszcze gorzej, czyli mniej więcej tak, że nobliwe zazwyczaj jury najbardziej lubi i nagradza te piosenki, które dobrze zna. A żeby było jeszcze bardziej anegdotycznie, a nawet rozrywkowo, członkowie tej czy owej kapituły (co brzmi dumnie) niekoniecznie muszą być ekspertami (co brzmi głupio) od literatury. Ważne, żeby byli ludźmi zaakceptowanymi przez „szerszą kulturę”, czyli przez mainstream.

A skoro „szersza kultura” i jej reprezentanci w postaci członków (co brzmi brzydko) tego czy owego jury nie są w stanie nie tylko należycie ocenić, wycenić i sprawiedliwie nagrodzić dzieł i autorów, którzy akurat najbardziej na to zasługują, ale ich zazwyczaj nawet nie zauważa, to dla mnie osobiście nagrody takie nie mają większego znaczenia.

Owszem, ma to niewątpliwie znaczenie dla tzw. życia (co brzmi myląco) literackiego. Jeśli jednak chodzi o literaturę i życie literackie, to dla mnie – jak mówiłem – są to dwie różne sprawy. O ile bowiem literatura, owszem, często mnie napędza i ekscytuje – w porywach nawet bardzo – to życie literackie zazwyczaj mnie zasmuca i zniechęca. Jak na moje nieuzbrojone oko, w literaturze jest mniej więcej tyle życia i wigoru – rzecz jasna, nie w każdej – ile go nie ma w życiu literackim, czyli w tzw. polu (co brzmi przysłowiowo) literackim.

Powodów tego stanu rzeczy nie muszę chyba wyjaśniać, ale na wszelki wypadek (być może będzie to czytała „szersza kultura”) jednak to i owo dopowiem. Otóż o ile tworzenie literatury jest inwencyjnym nadawaniem słowom i zdaniom oryginalności i innowacyjności, o tyle tzw. życie literackie polega na nakładaniu na tę wyjątkowość, oryginalność i innowacyjność „rutyny i norm szerszej kultury”. Na sprowadzaniu nowego i nieznanego do tego, co znane i rutynowe. O ile literatura chce wykraczać poza schematy, życie literackie próbuje je z powrotem w te schematy na siłę wtłaczać.

W praktyce wygląda to mniej więcej tak, że pisarz przekracza siebie oraz „rutynę i normy”, powołując do istnienia coś, czego jeszcze nie było, po czym „szersza kultura” zaczyna o tym rozprawiać za pomocą tejże rutyny i tychże norm. Poeta tworzy wieloznaczne metafory, a „szersza kultura” przekłada je na jednoznaczną polszczyznę potoczną. Autor tworząc wypruwa sobie żyły, wydziera serce, ociera się o obłęd (tu mnie trochę poniosło), a potem zapraszają go na „wieczorek autorski” przy świecach, z lampką wina, lirycznym „nastrojem” i wręczaniem kwiatów na zakończenie (bez kwiatków i świeczek wieczorek się nie liczy).

Formy są wprawdzie niekiedy bardziej nowoczesne, ale formuła jest w zasadzie ta sama. Także – oczywiście – podczas wręczania laurów laureatom (scena, panie w sukniach, panowie w garniturach, kwiaty, oklaski, laudacje, podziękowania, uściski, flesze, uśmiechy).

W moim prywatnym świecie – na moim poletku – prawdziwe życie literackie kwitnie wtedy, kiedy siadam nad książką i czuję, że mam do czynienia z żywym autorem o innowacyjnej wyobraźni, który ma mi coś nowego i oryginalnego do powiedzenia, a ja mam ochotę mu odpowiedzialnie, czyli twórczo odpowiedzieć. I tak sobie gadamy, bez deklamowania, prezentowania i oklaskiwania.

Odpowiadając na dzieło literackie, nie konfrontujemy się bowiem z jakimś z ogólnym zobowiązaniem „szerszej kultury”, ale z wezwaniem ze strony samego dzieła jako „jednostkowej inscenizacji inności”: „Tekst oddziałujący silnie jako literatura (a nie jako odezwa, opis, mistyfikacja itd.) używa narzędzi należących do porządku tego samego – kultury, z której tekst i czytelnik wyrastają – w taki sposób, że otwiera ten porządek na to, czego za pomocą swoich narzędzi nie umiał uwzględnić (chociaż w rzeczywistości umożliwiły one jego zaistnienie)” (Attridge).

Kiedyś, przyznam, nagrody literackie interesowały mnie bardziej. Szukałem w nich potwierdzenia swojego niepewnego, niestabilnego gustu nieobytego w szerokim świcie literatury czytelnika, który często czuł się zbijany z tropu, a nie był gotowy na takie doświadczenia, na akceptowanie inności i ambiwalentnych doznań. Teraz mam już jednak własne przenośnie kryteria, kanony i preferencje (co brzmi dwuznacznie) i zewnętrzne kanony nie są mi do życia niezbędne.

I nie należę do tych, którzy mając tego lub owego papieża za świętego, potrzebują na to jeszcze pieczątki z Watykanu. Ja w ogóle nie wierzę w pieczątki i papieży, zaś co do świętych, to jak długo żyję, żadnego jeszcze nie spotkałem. Za to różni grzesznicy – literaccy i nieliteraccy – wiele mnie w życiu nauczyli. Tudzież dostarczali innych atrakcji rozmaitego autoramentu.

Grzegorz Tomicki

Powyższy tekst jest zmodyfikowaną wersją wypowiedzi, która ukazała się jak głos w debacie Po co nam nagrody na portalu Biuro Literackie w 2014 r. pt. Literackie życie i nieżycie

Grzegorz Tomicki Literackie życie i nieżycie Głos w debacie Po co nam nagrody
Grzegorz Tomicki Literackie życie i nieżycie Głos w debacie Po co nam nagrody

➡️ Zobacz katalog wszytskiech tekstów na stronie Inne Lektury

Inne Lektury logo

Dodaj komentarz