Nic do jedzenia – Wojciech Albiński, Oświęcimki (recenzja)

Albiński Wojciech - OświęcimkiTeksty składające się na książkę Wojciecha Albińskiego Oświęcimki określane są przez krytyków, wydawcę i samego autora różnie: jako „miniaturki”, „mikroopowieści” czy „krótkie impresje”. Graficznie przypominają one wiersze („z lewej równo, z prawej poszarpane”, wedle zgrabnej formuły Darka Foksa; podział na wersy-akapity, miejscami wyraźnie funkcjonalne przerzutnie) i nie ma właściwie powodu, aby ich tak właśnie nie traktować (liryczna jest nade wszystko konstrukcja mówiącego „ja”). Byłyby to wprawdzie wiersze o dość rozrzedzonej – jak na poezję – metaforyczności, ale poezji nie mierzy się przecież procentową zawartością występujących w niej tropów. Czytałem wiersze o jeszcze bardziej rozcieńczonej poetyckości, które nie przestawały wszelako być wierszami. Zostawmy zresztą tę kwestię genologom. W literaturze chodzi o co innego.    

Metafor w Oświęcimkach znajdziemy całkiem sporo, ale naczelna jest jedna i dość czytelna: życie współczesnego człowieka pod wieloma względami niepokojąco przypomina czasem egzystencję więźnia obozów koncentracyjnych z czasów II wojny światowej (i nie tylko) czy prześladowanych przez nazistów Żydów. Pisarz urodzony w Polsce w roku 1977 „dzieckiem wojny”? Dlaczego nie?

Jak sam autor wyznaje, nie jest to metafora nazbyt oryginalna: „Oświęcim dzisiaj, co już zostało powiedziane / tysiąc razy w uczonych książkach, jest metaforą / wszystkiego” (Ikea). Wartością tej krótkiej książeczki nie jest jednak zaskakująca metafora, lecz sposób jej wykorzystania. A w tym zakresie Albińskiemu inwencji nie brakuje. Jego język – sposób konstruowania dyskursu – jest zarazem łatwy w odbiorze (czytelnik nie powinien mieć problemów z interpretacją), odważny (ryzykowne porównania) i dosadny (bezpardonowe sformułowania), a przy tym wszystkim nadspodziewanie poetycki. Wszystko to sprawia, że obcowanie z tą prozą/poezją może – bo przecież nie musi – stać się źródłem wyjątkowej czytelniczej satysfakcji.

Opisując kondycję współczesnego człowieka – czy też może tylko swoją własną – autor wykorzystuje pole semantyczne, w skład którego wchodzą takie słowa jak: władza, głód, obóz, Żydzi, getto, gaz, dym, wojna, śmierć, kapo, rampa, Oświęcim, Stutthof, tortury, iperyt, podziemie, powstanie, kryjówki, wstręt, wrogość, obojętność, zniechęcenie, marazm itp. W otwierającym książkę utworze Ikea robi to na przykład tak: „W końcu trafiamy do kas, przeciskamy / się pod wrogimi spojrzeniami mebli / i informacji sprzedażowych, które na nas / polują. Zniechęcenie zmienia się w marazm. / Oczekujemy na wolność, wolność niewolnika. // Witamy w Oświęcimku”. Rzeczywistość żyjącego w XXI wieku narratora/podmiotu lirycznego przypomina zatem rzeczywistość Oświęcimia, tyle że cokolwiek pomniejszonego – „Oświęcimka” właśnie – spowszedniałego, zbanalizowanego, wyzutego z uwznioślającego jego prototyp tragizmu. Ot, taka codzienna, bezsensowna, zniewolona galopującym kapitalizmem egzystencja.

To właśnie brak poczucia sensu wydaje się tym, co najbardziej zniewala, prześladuje i torturuje wypowiadające się w tych tekstach (autorskie?) „ja”: „Idę chodnikiem, nawet nie nienawidzę, / nie słaniam się, nie kocham – i nawet / nie jestem już tym rozczarowany. Oddycham. / Oddychać, chodzić, ruszać ręką. Robię to”. Robię to – i tylko to. Pozoruję życie.

W rezultacie blaknie nie tylko jałowa sama w sobie teraźniejszość, ale też postrzegana przez jej pryzmat tragiczna, skandaliczna, ekscesywna – zdawałoby się – przeszłość: „Obóz jak obóz. // Nie mam z tym żadnego związku ani kontaktu. / Przyjechałem tu, bo musiałem. Trzeba było / odwieźć dzieci do Krynicy i teraz wracam przez / pół Polski, wizytując wszystko po drodze. / Niech będzie i Sztutowo. // Bezsens tego muzeum nieznośny jak sam upał. / Czuję też bezbrzeżny wstręt do ludzi, którzy tu / przyszli w swoim wolnym, takim samym jak mój / czasie. To tak walczycie ze swoją obojętnością?” (Stutthof). „Obóz jak obóz”, żadnego wołania o pomstę do nieba, żadnych wyrazów ubolewania czy humanistycznej refleksji. W ostatnim zdaniu pobrzmiewa jednak wyraźny sprzeciw, bunt, zdecydowane „nie” wobec takiego stanu rzeczy. Podmiot tych tekstów jest bowiem niby to zniechęcony i pogodzony z losem, w rzeczywistości jednak zdecydowanie się przeciwko niemu buntuje. Skąd ta zamierzona bez wątpienia dwuznaczność?

Otóż jednym z chwytów stosowanych przez autora jest (auto)ironia, podobna w pewnej mierze do tej, jaką znamy z opowiadań obozowych Tadeusza Borowskiego. Narrator/podmiot niby to przechodzi na stronę zła czy też co najmniej wydaje się być z nim pogodzony i zrezygnowany, tak naprawdę jednak stara się w ten sposób to zło tym dobitniej wyeksponować i napiętnować: „To tak walczycie ze swoją obojętnością?”. Zdania twierdzące bynajmniej nie zawierają w sobie przyzwolenia na opisywany stan rzeczy. Przeciwnie, wyrażają zdecydowaną dezaprobatę: „Ucieczka po życie jest czymś nienormalnym, / normalne jest siedzenie na placu, szukanie / obierków i esesmańskiej pałki” (Ucieczka); „No i my sobie teraz płyniemy, nie. Przez te / konary, potem do Warszawy, gdzie znowu / powstanie, getto, też jakieś chodniki, ulice, ale / pod nimi czarno. Ale luz. Kto by się przejmował. / Nie trzeba wiedzieć, co wcześniej. Bąble na / rękach, trochę wody w butach, wiosna wkrótce” (Iperyt).

Ta kontestacja, owo „nie” mówione podłemu światu, bywa też – owszem – artykułowana w sposób rozpaczliwy i pozbawiony nadziei: „Ale też tu, pomiędzy nagie ciała, które cieszą się / w przeczuciu raju, wkrada się gaz” (Intuicja).

Ironia bywa tropem cokolwiek nieuczciwym – ciosem poniżej pasa – jeśli nie towarzyszą jej wstawki autoironiczne, tych zaś w Oświęcimkach nie brakuje (ze wszystkich tropów to ironia jest najbardziej wszechogarniająca – jak pisał Paul de Man – a więc konsekwentna ironia „ogarnia” także samą siebie). Najbardziej widoczne są one we fragmentach autotematycznych: „Pisałem to długo, nie chciało mi się, często / miałem wrażenie, że lamentuję tylko dlatego, / że robią to inni. Albo wzbudzałem w sobie / fałszywy żal, tym bardziej fałszywy, że dużo / łatwiej współczuć, niż się cieszyć, a już / najłatwiej użalać się nad sobą. Co więcej, / ja sobie powiedziałem, że tych tekstów ma być / pięćdziesiąt – więc żałowałem, żeby wyrobić / normę – a każdy około znormalizowanej / strony żalu.//  Niby że pisanie tylko wtedy, kiedy coś tam / rzetelnego do serca wpadło. A robiłem to, byle / tylko coś poczuć, byle tylko coś poczuć” (Wiwat, życie! Wiwat, Ikea!). Autoironia zawarta w tych wyznaniach nie przekreśla ich dosłownej wykładni (w tym cały urok i siła ironii): bijący się w piersi autor tych słów zdaje się rzeczywiście szczerze dążyć do tego, „byle tylko coś poczuć”. To mało i bardzo dużo zarazem.

Podsumowując, Oświęcimki organizują dwie pary przeciwstawnych sobie żywiołów. Z jednej strony Albiński nie tyle opisuje swoją oświęcimkową kondycję – a może kondycję współczesnego (ponowoczesnego) człowieka w ogóle – jak by na to wskazywała „poczciwa”, nieironiczna lektura jego tekstów, ile swoim pisaniem stara się jej przeciwstawić, przezwyciężyć ją. Z drugiej natomiast, to przeciwstawianie się raz jest pełne wigoru i nadziei na owo przezwyciężenie, innym razem zaś rozpaczliwe, beznadziejne i zupełnie pozbawione wiary.

Jeśli o mnie chodzi, to najbardziej przekonujący wydaje mi się autor wtedy, kiedy wyznaje swój głód sensu. Głód, którego niczym nie jest w stanie nasycić: „Codziennie rano otwieram usta, zamykam / dopiero nad wieczorem, a do nich samo pcha / się jedzenie, ale wciąż jestem głodny. Rojenia / o sytości, rojenia, próby jakiegoś zagięcia się, / zagięcia brzucha, żeby nie być głodnym, żeby / nie czuć, że nie ma nic do jedzenia” (Pomidorowa). Co najbardziej może przygnębiające (to też zapewne celowy zabieg), nie ma tu autentycznego poszukiwania pozwalającego nasycić głód pokarmu (wiary, nadziei, miłości?). Jest za to arcyludzka próba samooszustwa: „jakiegoś zagięcia się, / zagięcia brzucha, żeby (…) / nie czuć, że nie ma nic do jedzenia”.

Ku pokrzepieniu – bądź pogrążeniu – czytelników: poczucie braku sensu nie jest dowodem na jego faktyczne nieistnienie. Bo też nie jest on czymś, co występuje bądź nie występuje w naturze. Sens wytwarzamy my sami. Wszystko w naszych rękach. W naszych umysłach. W wyobrażeniach, poprzez które postrzegamy siebie i świat. A zatem – mimo wszystko – do dzieła!

 

Grzegorz Tomicki

Wojciech Albiński, Oświęcimki, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2014

Pierwodruk: „Odra” 2015, nr 9

Przeczytaj fragmenty książki → W. Albiński, Oświęcimki




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *