Informacje szczegółowe
Autor: Jerzy Pilch
Tytuł: Pod mocnym aniołem
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Miejsce i data wydania: Kraków 2017
Stron: 252
ISBN: 9788308064092
Kup książkę w najniższej cenie
Pod mocnym aniołem, czyli nieprawdziwość bezobjawowa Jerzego Pilcha
Kwestia „wierności” dzieła filmowego dziełu literackiemu była, jest i zapewne będzie rozpalała wiele umysłów. Jest to jeden z typowych sztucznych problemów, jakimi zaprzątają sobie głowy ludzie nadmiernie przywiązani do swoich schematów porządkowania rzeczywistości. Film jest z gruntu czymś innym niż literatura, sam pomysł porównywania ich do siebie jest zatem chybiony. Film nigdy nie jest „wierny” powieści, tak jak powieść nigdy nie jest „wierna” rzeczywistości, choćby starała się być nie wiem jak realistyczna (realizm jest tylko jedną z konwencji). Nawet sam sposób, w jaki postrzegamy świat, nie może być wierny temu światu, albowiem postrzeganie to jest wynikiem rozmaitych operacji mediatyzacyjnych, dokonywanych przez nasze umysły i ciała.
A jednak wiedząc to wszystko, sam także dokonuję wspomnianych tyleż naiwnych, co nieuprawnionych porównań – aczkolwiek dość szybko się mityguję, dzięki czemu w miejsce bezpłodnej irytacji nieuniknionym brakiem „wierności” pojawia się bardziej interesująca, choć może i równie bezpłodna, refleksja ogólna nad różnymi rodzajami sztuk i ich różnymi ujęciami tych samych tematów.
Tak się przypadkiem złożyło, że w ostatnich dniach – będąc daleko w tyle za innymi – za jednym zamachem przeczytałem książkę Pod Mocnym Aniołem i obejrzałem film o tym samy tytule, zrobiony „według”, „na podstawie” czy też „w oparciu” o tę powieść. Po przeczytaniu książki oglądanie filmu okazało się dla mnie doświadczeniem dość przykrym, a nawet bolesnym (w sensie innym od zamierzonego przez twórców), ale tylko do czasu, kiedy uzmysłowiłem sobie, że nie oglądam przecież żadnej „adaptacji”, tym bardziej „wiernej”, a całkiem oryginalne dzieło innego rodzaju. Od tego momentu owa inność czy różność obu dzieł zamiast rozczarowania zaczęła sprawiać mi nawet niejaką przyjemność oraz pobudzać do namysłu, a nawet do stawiania fundamentalnych i z pozoru nieprzystojnie prostodusznych pytań.
Otóż po przeczytaniu jednego i obejrzeniu drugiego zadałem sobie przede wszystkim podstawowe pytanie: a o czym to jedno z drugim właściwie jest? I doszedłem do całkiem zaskakującego, choć może i oczywistego wniosku, że zupełnie o czym innym. O ile bowiem film Wojtka Smarzowskiego i spółki jest o koszmarze alkoholizmu (w tym sensie jest on bolesny w sensie jak najbardziej zamierzonym), o tyle powieść Jerzego Pilcha traktuje o wzajemnej i złożonej relacji języka oraz tegoż alkoholizmu.
Film jest drastyczny i dosłowny, książka raczej melancholijna i refleksyjna. Film przeraża, książka pobudza do rozmyślań. Film jest śmiertelnie poważny, książka raczej tragikomiczna. Film traktuje rzecz przedmiotowo, książka jest autoanalityczna. To, o czym ten pierwszy mówi wprost i wysuwa na pierwszy plan, w tej drugiej jest ukryte (po części jako niewysławialne, po części jako niebędące głównym przedmiotem opowieści) za ponętną zasłoną samej czynności opowiadania.
Narrator/autor zadaje mianowicie zasadnicze pytanie: jaki jest związek pomiędzy piciem a opowiadaniem o tym piciu. Pilch problematyzuje ten temat kilkakrotnie wprost: „– Chce się pan zapić na śmierć? – zapytał doktor Granada. – Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam – odparłem, ponieważ w żadnej sytuacji nie byłem w stanie zrezygnować z finezyjnej frazy. Za późno zrozumiałem, że nie jest to dar, ale przekleństwo. Każda rozmowa telefoniczna obracała mi się w powieściowy dialog, każde pozdrowienie w poetyczny aforyzm, każde pytanie o godzinę w teatralną kwestię. Mój złakniony wyższości, a może nawet nieśmiertelności, język rządził mną. Byłem we władaniu języka, byłem we władaniu kobiet, byłem we władaniu alkoholu”.
Wniosek jest dość oczywisty: nie tylko bohater-narrator-autor, ale i jego język, jego opowieść, a więc także główny sposób jego autodefinicji jest we władaniu nałogu. Mówiąc krótko, jego świat jest organizowany przez alkoholową narrację, pełną uników, wyparć, mitologicznych fantazji i performatywnych literackich tropów.
Tym samym rozsypuje się jedna głównych strategii egzystencjalnych autora: przyznaje on sam przed sobą, że jego język – a więc coś, co organizuje także jego myślenie – nie jest czymś, co zdoła uchronić go przed pijaństwem, ale wręcz pozostaje usługach tego pijaństwa. Język Pilcha – błyskotliwy i wciągający – staje się po prostu częścią „systemu iluzji i zaprzeczeń” (jak to określają terapeuci od uzależnień), czyli po prostu jednym z mechanizmów obronnych (jak to precyzyjniej nazywają psychoanalitycy), którego główną funkcją nie jest bynajmniej przezwyciężanie problemu, ale jego maskowanie, niedopuszczanie go do świadomości.
W ten sposób bohater-narrator-autor zamiast walczyć ze swoim pijaństwem, stając z nim oko w oko, zajmuje się jego usprawiedliwianiem, dramatyzowaniem, uatrakcyjnianiem, estetyzowaniem, mitologizowaniem. Tym samym zwykły alkoholik staje się bohaterem tragicznym, a sam alkoholizm kapitalnym, niewyczerpanycm źródłem twórczości.
Jak każdy mechanizm obronny, tak i mityzowanie może w konsekwencji rodzić kłopoty większe od tych, którym miało pierwotnie zaradzić. Tak też się stało i z bohaterem książki Pilcha: „Na ogół lubiłem rozmowy z doktorem Granadą, choć niekiedy przeistaczały się one w koszmar czczej formy. Najdotkliwszy stan rzeczywistości: nieprawdziwość bezobjawowa”. Zamiast leczyć z jednego nałogu, bohater popadł w drugi: „Słowo jest moją używką, moim narkotykiem, rozsmakowałem się w przedawkowywaniu. Język jest moim drugim, co mówię, język jest moim pierwszym nałogiem”.
Zarówno alkoholizm, jak i próby oswajania go za pomocą języka systematycznie oddalały bohatera od rzeczywistości, z którą powinien się zmierzyć. A rzeczywistość jest taka, że nie jest on żadnym „bohaterem”, lecz alkoholikiem jakich wielu mu podobnych – człowiekiem, który nie daje sobie rady sam ze sobą i swoim życiem nie dlatego, że jest nadwrażliwy i delikatny, lecz niezdolny do przeciwstawienia się swoim dyspozycjom. A mityzowanie autodestrukcyjnych, nieadaptacyjnych, niezdrowych skłonności – czym w większym lub w mniejszym stopniu zajmujemy się na co dzień wszyscy – nie jest najlepszą metodą ich przezwyciężania. Zasadniczo jest nawet metodą przeciwskuteczną, co jest właśnie zasadniczym tematem prozy Pilcha.
Prawdziwy tragizm powieści Pod mocnym aniołem – a może wręcz całej twórczości – Jerzego Pilcha polega na tym, że jego powieściowe alter-ego zdając sobie z tego wszystkiego sprawę, nie jest w stanie temu w żaden sposób zaradzić (film Smarzowskiego – niczego mu nie ujmując – pokazuje tylko konsekwencje tej niemożności). Żyje bowiem w „nieprawdziwości bezobjawowej”. Jego językiem mówią nie tylko powieściowi delirycy (de-lirycy?) – dla których pisze on wypracowania-wyznania wymagane na terapeutycznych spotkaniach „społecznościowych” – i nie tylko inni bohaterowie. W pewnym sensie językiem tym mówią też czytelnicy Jerzego Pilcha, którym narzucił on swoją zmityzowaną, udramatyzowaną, uwzniośloną opowieść o sobie samym.
Mówiąc inaczej, język stworzył rzeczywistość, w której żyje autor i która jest także częścią rzeczywistości naszej, jego czytelników (tak jak Pilch jest częścią świata, w którym żyjemy). Rzeczywistość ta – jak każda inna – jest „bezobjawowa” także w tym sensie, że nie objawia jednego z fundamentalnych faktów społecznych, a mianowicie tego, że jest ona społecznie wytwarzana przez nas wszystkich. Przeciwnie, wydaje się czymś naturalnym, oczywistym i przezroczystym niczym powietrze, którym oddychamy. Jednym z największych walorów prozy Pilcha jest konstytuujące ją napięcie pomiędzy ukrywaniem (mityzacją) a odkrywaniem (demityzacją) podstaw tej rzeczywistości. Jej źródła.
Grzegorz Tomicki
Tekst ukazał się w miesięczniku „Twórczość” 5/2016 pt. Nieprawdziwość bezobjawowa Jerzego Pilcha

Pod mocnym aniołem
➡️ Zobacz katalog wszytskiech tekstów na stronie Inne Lektury
