Maja Jasanoff czyta Josepha Conrada
Życie po pięćdziesiątce miewa swoje niespodziewane uroki. Jakiś czas temu zwierzałem się na tych łamach z tego, jaką radochę sprawiło mi odkrycie twórczości francuskiego pisarza Pierre’a Lemaitre’a, autora m.in. fantastycznej książki Do zobaczenie w zaświatach. Ostatnio zaś dowiedziałem się, że co najmniej taką samą – o ile nie większą – frajdę może sprawić nagłe zachłyśnięcie się książkami pisarza, którego już znałem i jako tako ceniłem (cenić kogoś „jako tako” to średnia frajda). A sprawiła to lektura książki Mai Jasanoff Joseph Conrad i narodziny globalnego świata (przeł. Krzysztof Cieślik i Maciej Miłkowski, Wydawnictwo Poznańskie 2018).
Po lekturze tej świetnej monografii wróciłem także ochoczo do źródeł i połknąłem na raz kilka powieści Conrada. Co tu dużo mówić, czytane dzisiaj Jądro ciemności jawi mi się jako prawdziwa perła literatury światowej. Widocznie do niektórych lektur trzeba dorosnąć – co zawsze dobrze świadczy o książce, a średnio o czytelniku.
Pozostanie już chyba dla mnie zagadką, jak mogłem kiedyś uważać tę twórczość za nieco przebrzmiałą, podczas gdy dzisiaj wydaje mi się ona tak żywa, aktualna i na wskroś współczesna, że nie tylko pochłaniam ją z wypiekami na twarzy, ale nawet rwę się niemal do tańca. Czyli zupełnie jak inny jej „młody wielbiciel – F. Scott Fitzgerald – który tak bardzo chciał się wcisnąć na przyjęcie, które na cześć Conrada urządził Doubleday, iż wykonał taniec na dziedzińcu w nadziei, że zostanie zaproszony do środka”.
Autorka nie dopowiada, czy młodemu wielbicielowi udało się ostatecznie wejść na owo przyjęcie, ale można wnosić, że raczej nie. Niewątpliwie udało mu się jednak wcisnąć „do środka” prozy Conrada, co można wyczytać powieściach, które później ów niegdysiejszy młodzieniec napisał.
Nie tylko F. Scott Fitzgerald był wielbicielem twórczości Conrada. Jak wylicza Jasanoff, do pisarzy, którzy wielbili Conrada lub którzy przyznawali się do inspiracji jego prozą, należeli m.in. Ernest Hemingway, Thomas Stearns Eliot, William Faulkner, André Gide, Thomas Mann, Robert Stone, Joan Didion, Philip Roth, Ann Prachett, W.G. Sebald i John le Carré. Uff, co za nazwiska! Nie wszystkie – przyznajmy – oczywiste, co osobiście sprawiło mi kolejną frajdę.
Jakby tego było mało, autor Lorda Jima pojawiał się na kartach książek pisarzy południowoamerykańskich, takich jak Jorge Louis Borges, Gabriel Garcia Márquez, Mario Vargas Llosa czy Juan Gabriel Vásquez. Zaś „Graham Green wybrał nawet Normana Sherry’ego na swego biografa po tym, jak przeczytał jego książkę o Conradzie”. Co do mnie, gdybym kiedyś w jakiejś nieprzytomnej malignie – która mnie od czasu do czasu, owszem, nawiedza – uznał, żem wart jest mszy, czyli biografii, za swą biografkę wybrałbym bez wahania Maję Jasanoff, po tym jak przeczytałem jej książkę o Conradzie. Jak zatem Maja Jasanoff czyta Josepha Conrad?
Joseph Conrad i narodziny globalnego świata to książka naprawdę wyborna. Napisana rzeczowo, z wielorakim (historycznym, kulturowym, literaturoznawczym) znawstwem i bez krzty mitotwórczych ciągotek, czym ujęła mnie już we wstępie:
„Czy się z nim zgadzałam, czy też nie, zawsze uważałam go za interesującego towarzysza podróży. Na stronach swych książek przemawiał większą liczbą głosów przedstawicieli różnych nacji i grup etnicznych niż jakikolwiek znany mi pisarz jego epoki. Podobnie jak ja cieszył się przywilejem przynależności do klasy średniej ówcześnie wiodącego światowego mocarstwa, a jego książki zapewniały okazję do pełnych oryginalnych myśli polemik z wiążącymi się stąd obowiązkami i wyzwaniami. Nie obawiał się odrzucać komunałów i mówić na głos o wyzysku, okrucieństwie i hipokryzji tam, gdzie je dostrzegał. Przypomniałam sobie frazę powtarzaną jak mantra w całym Lordzie Jimie: «Był jednym z nas». Joseph Conrad, na dobre i na złe, był jednym z nas: obywatelem globalnego świata”.
Zachęcony przez autorkę, słuchając Lorda Jima w wydaniu dźwiękowym w drodze pod górkę do pracy i z górki z pracy (zachciało mi się bowiem zamieszkać w górach), zacząłem na ową mantrę zwracać baczniejszą uwagę. Zaprawdę, owo „Był jednym z nas” to świetna fraza. Niby prosta rzecz, a potencjalnych znaczeń posiada tyle, na ile stać tylko twoją, czytelniku, mózgownicę. Co do mnie, najbardziej odpowiada mi znaczenie bez mała dosłowne: Jim był jednym z nas w tym sensie, że to, co przytrafiło się jemu, mogło – a nawet wciąż może – przytrafić się każdemu. Cała bowiem twórczość Conrada przesycona jest przekonaniem, iż „przytłaczające działanie niszczycielskich, uniwersalnych sił” jest zawsze silniejsze od woli danej jednostki, jej pragnień czy afirmowanych przez nią wartości.
Jim, na przykład, najbardziej ze wszystkiego pragnął być marynarzem i dokonywać bohaterskich czynów, ratując ludzi przed niechybną śmiercią na dnie tego lub owego oceanu czy morza. Tymczasem już u progu realizacji swojego marynarskiego marzenia splamił się haniebnym doprawdy przykładem tchórzostwa. Maestria Conrada polega na tym, że zdarzenie to stanowi w jego powieści zaledwie punkt wyjścia. Punktem dojścia zaś jest tak drobiazgowe, szczegółowe i wielostronne studium przypadku owego „tchórzostwa”, że ostatecznie doprowadza ono do zupełnego rozmycia tego pojęcia.
Jim, jako się rzekło, był jednym z nas. Wydany na pastwę okoliczności, rozmaitych mechanizmów psychicznych i sytuacyjnych pułapek, zachował się tak, jak my wszyscy moglibyśmy zachować się na jego miejscu. Jim zatem okazał się tchórzem o tyle, o ile nimi jesteśmy wszyscy. A skoro tchórzami jesteśmy wszyscy, określenia „tchórz” i „tchórzostwo” tracą swoją przejrzystość i jednoznaczność. A jednak funkcjonują jako teoretyczne potencje i konkretne realizacje, zmuszając nas do nieustannej rewizji zarówno ich znaczeń, jak i samej etycznej zasady. Tego wprawdzie Jasanoff wprost nie mówi, ale jej niewątpliwą zasługą jest to, że zachęca do takich właśnie osobistych przemyśleń.
Conrad twierdził, że „jawność zgubna jest dla uroków wszelkich utworów artystycznych, ograbia je bowiem z całej sugestywności i niszczy wszystkie złudzenia”. Dlatego jeden z jego krytyków zapuścił się był w głębokie maliny, utrzymując, iż Conrad „zawsze najpierw obiecuje wygłoszenie jakiejś generalnej filozoficznej prawdy o świecie, ale później wygłasza tylko gburowate dementi” i że w „sekretnym kufrze jego talentu kryje się raczej para wodna niż klejnot”. Bardzo zgrabnie kwituje jego błądzenie autorka monografii: „Dla Conrada jednak para była najczystszym klejnotem”.
Jeszcze zgrabniej ujmuje całą rzecz sam Conrad, który w innym miejscu i czasie zapytany w towarzyskiej grze o to, jak umila sobie czas, odparł spokojnie: „Ulatniając się”. I choćby tym jednym zdaniem zasłużył na moje uwielbienie.
Tekst Maja Jasanoff czyta Josepha Conrada jest zmodyfikowaną wersją felietonu, który pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Twórczość” 3/2019 pt. Joseph Conrad, para wodna i klejnot
Informacje szczegółowe
Autorka: Maya Jasanoff
Tytuł: Joseph Conrad i narodziny globalnego świata
Tytuł oryginału: The Dawn Watch: Joseph Conrad in a Global World
Przekład: Krzysztof Cieślik, Maciej Miłkowski
Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie
Miejsce i data wydania: Poznań 2018
Stron: 392
ISBN: 9788379769742
Kup książkę w najniższej cenie

➡️ Zobacz katalog wszytskiech tekstów na stronie Inne Lektury
