Informacje szczegółowe
Autor: Tomasz Hrynacz
Tytuł: Noc czerwi
Wydawca: Wydawnictwo Forma
Miejsce i data wydania: Szczecin, Bezrzecze 2016
Redakcja: Paweł Nowakowski
Stron: 70 Okładka: broszurowa ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-64974-64-9
Kup książkę w najniższej cenie
Noc czerwi, czyli przeciw bolesnym ranom
Jeżeli „czerwie”, to oczywiście Padlina Charlesa Baudelaire’a – wiersz, który kończy się pamiętną strofą: „Wtedy czerwiowi, który cię będzie beztrosko, / Toczył w mogilnej ciemności, / Powiedz, żem ja zachował formę i treść boską / Mojej zetlałej miłości!”
Takie było pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy w związku z tytułem tomu wierszy Tomasza Hrynacza. I nie opuściło mnie ono aż do końca lektury tej książeczki, albowiem powinowactwo zamieszczonych w niej wierszy z przytoczonym passusem z Baudelaire’a okazało się niezupełnie od czapy. Noc czerwi to bowiem – tak czytam ten zbiór – świadectwo walki o ocalenie „formy i treści boskiej miłości”, czyli – w języku autora – królestwa, które „nie jest stąd”, nie z widzialnego świata. To królestwo ducha/duszy.
O co jednak chodzi w puencie Padliny Baudelaire’a? O wierzganie przeciwko losowi, negowanie faktów, zaprzeczanie rzeczywistości? A może to wyraz swoistego – poetyckiego – heroizmu, tyleż infantylnego co bezsilnego, bo z góry skazanego na porażkę? Może to tylko gorzki żart – lub pusty w istocie gest, odegrany w ramach literackiej konwencji, który niczego w realnym świecie przecież nie zmieni? Pewnie po trosze wszystko to na raz, ale chyba niezupełnie w tym rzecz.
Przede wszystkim jest to chyba wyraz przeświadczenia, że naturalnym środowiskiem człowieka nie jest bynajmniej tzw. rzeczywistość fizyczna, materialna czy cielesna. Jego faktyczną, bezpośrednią rzeczywistością – tak jak on w niej bytuje – jest świat jego wyobrażeń. Świat jest taki, jaki sobie wyobrażamy, że jest. Idziemy przez życie zanurzeni po czubek głowy w subiektywne przekonania, ideały i fantazje na temat tego, z czym się w tym życiu stykamy.
Dlatego to, że wszyscy skończymy w „mogilnej ciemności”, gdzie będą „beztrosko toczyć” nas czerwie, nie stanowi „formy i treści” naszej egzystencji, naszej – szeroko rozumianej – „miłości” życia, a więc tego, co sprawia, iż nieustannie pragniemy, staramy się, wyznaczamy sobie cele, próbujemy, dążymy, mamy nadzieję itd. Niestety, z czasem – w miarę starzenia się – ta „miłość” zwykle przygasa, zapał słabnie, a duch w człowieku ramoleje. Rzecz zatem nie w tym, że po śmierci zjedzą nas czerwie – to już raczej nie będzie nasz problem – ale że mogą pożreć naszego ducha już za życia. To jest prawdziwe zagrożenie.
I ten właśnie na wskroś egzystencjalny temat staje się zasadniczym przedmiotem poetyckiej refleksji Hrynacza w jego najnowszym tomie Noc czerwi. Powód wydaje się oczywisty: poeta się starzeje. Jeszcze nie tak dawno młody – przynajmniej z mojej perspektywy – autor jest już facetem pod pięćdziesiątkę. Przekroczywszy „magiczne czterdzieści cztery” stara się zatem podsumowywać przeszłość tudzież brać miarę na resztę swojego życia.
Tom składa się z trzech części, z których pierwsza i trzecia zawiera po jednym wierszu. Pierwszy z nich ma tytuł Koniec, drugi Wiersz ostatni. W ten fatalistyczny nawias ujęta jest cała reszta, czyli poetycko wyrażona egzystencja podmiotu na pewnym etapie życia. Wyrażona poetycko, a więc twórczo. Nie mamy zatem do czynienia z próbą opisu tego życia – takim, jakie ono jest „samo w sobie” – ile z nadawaniem mu in statu nascendi określonego kształtu, pewnej „formy i treści”, a więc także znaczenia i sensu.
Stąd częsty u Hrynacza tryb rozkazujący. Nie ma on niczego wspólnego z pouczaniem. To raczej rady, instrukcje, nakazy dawane samemu sobie. Próby pobudzania witalności ducha. A niekiedy może tylko postanowienia albo zgoła pobożne życzenia. Tak jak we wspomnianym wierszu Koniec, wyznaczającym początek lektury: „Kiedy nastanie taki czas że słowa / ostatecznie obrócą się przeciwko tobie / potopu przyczajona woda przekłuje fałdy // brzegów całun szorstkich liści okryje nas / szczelnie a milczenie poddane zostanie / trwodze nie zwalniaj kroku: idź! // Nie daj sobie wmówić że to koniec: słuchaj! / Bowiem wciąż śpiewa przez ciebie twój duch”.
Umieszczenie tego wiersza na samym początku oraz wyodrębnienie go od reszty nie jest oczywiście przypadkowe. Jego konstrukcja dobrze chyba oddaje charakter całości tomu. Proporcje zarówno Końca jak i całego zbioru wyważone są mniej więcej tak, że wcześniej, dłużej i częściej konstatuje się „potop” i „trwogę”, a wolę mocy i nadzieję rzadziej, ale zawsze później, zwykle w zakończeniu, a więc dając im niejako głos decydujący. Wprawdzie nie jest dobrze, a bywa nawet straszno – zdaje się mówić poeta – ale nie upadaj na duchu: „idź”!, „słuchaj!”, niech „śpiewa przez ciebie twój duch”.
Słowa-klucze tego tomu to m.in.: „noc”, „czerń”, „czerwie”, „koniec”, „śmierć”, „popiół”, „zetlały”, „rany”, „duch” („dusza”), „głód”, „miłość”, „łaska”, „sen/jawa”, „światło/cień”, „stare/nowe”, „niezgoda/pogodzenie”. Już samo to wyliczenie daje ogólne pojęcie o tym, jakie bieguny organizują poetycko-egzystencjalną grę, którą autor podejmuje sam ze sobą i do której zaprasza czytelnika. Waloryzacja tych biegunów nie jest jednak tak oczywista, jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. „Głód”, „noc” czy „czerń” – a nawet „czerwie” – mogą być czymś zarazem potwornym, jak i zbawiennym.
Taką ambiwalencję daje się odczytać – choć jest to tylko kwestią interpretacji – w wierszu tytułowym: „Siostro i bracie: tu macie / swoje miejsce i czas. Noc / na zadrapania rany i grzechy wasze // przeciw głosom wilczym nieproszonym / gościom przeciw pięściom / świata tego. // Noc się czerwieni / w czerwcu od środka / czerni. // To noc czerni / noc czerwi na rany / i grzechy wasze”. „Noc”, ciemność, pustka czy nicość egzystencjalistów może być tyleż przekleństwem, co wybawieniem, schronieniem, domem, własnym „miejscem i czasem”. „Czerwie” mogą zarówno pożerać nasze ciała, jątrzyć rany i grzechy, jak i te rany i grzechy pożerać, opatrywać, leczyć. „Czerwiec” może być „czernią” itd. Ta immanentna wieloznaczność, nawet tych najkrótszych, jednozdaniowych wierszy jest jednym z największych walorów tej poezji.
Nieco inną – nie tak ambiwalentną – wieloznacznością emanuje Popielec, wiersz o „królestwie”: „Dawne królestwo poszło już z dymem. / Dawne królestwo mnie nie kocha. / Jawi się bez blasku. Wyciąga nadpalone / ręce. Zamienia nas w przeszłość. O odpycha / w czeluść. Nasze królestwo nie jest stąd. / Zieje zimnym ogniem”.
Czym jest „dawne królestwo”? Królestwem niebieskim, w które przestaje się wierzyć? Utraconą, młodzieńczą witalnością, miłością życia, wiarą w nie i nadzieją? Czy to „królestwo nie jest stąd”, bo jest królestwem nadprzyrodzonym, boskim, czy też dlatego, że jest królestwem (arcy)ludzkiego ducha w materialnym świecie? Czy to dawne „ja” już mnie „nie kocha”, czy też „ja” obecne nie potrafi wykrzesać z siebie tej miłości co kiedyś? Ale przecież to „królestwo” jest „nasze”. Czyli czyje? Ludzkie? Mojego „ja” obecnego” i „ja” przeszłego?
A może po prostu jest to „królestwo”, które stworzyłem wspólnie z ukochaną osobą, a więc „królestwo miłości” w najpowszechniejszym znaczeniu tych słów? Mając te wszystkie pytania na uwadze: kto/co kogo/co „zamienia w przeszłość”? Jak widać ten króciutki wiersz niesie w sobie całkiem spory zasób interpretacyjnej potencji – i to jest w tym zbiorze regułą.
Większość wierszy, większość zdań, a nawet pojedynczych słów w tomie Noc czerwi utrzymana jest w gorzkim, a nawet fatalistycznym tonie. Oto mężczyzna w pewnym wieku („zetlałe czterdzieści cztery”) wyzbywa się czy też jest pozbawiany dawnych, ożywczych iluzji: staje się „cieniem” samego siebie, „widmem”, konstatuje, iż „świat skreślił go na wejściu”, nastaje „spopielała noc”, „czarna noc”, a „robactwo świata snuje się / i snuje”.
Tym jaśniejsze jednak stają się w tym kontekście momenty przełamywania ponurej aury. Tak jak w wierszu Co łaska, w którym podział ten przebiega dokładnie w połowie: „Teraz niedużo światła tyle co / szczelina. Odprysk albo rysa / tyle co łaska co nic. // Podrzucam piórko. Dmucham. / Przyciągam niebo. Nie pozwolę by to / wszystko upadło”. „Teraz światła” – wiary, miłości, nadziei – „niedużo”, ale przecież trochę, „tyle co szczelina”, go jest. A to znaczy, że stało się ono tym cenniejsze, więc trzeba bardziej o nie dbać, trzema na nie „dmuchać”, „podrzucać” to „piórko” „do góry. Im bardziej się „niebo” oddala, tym bardziej się go pożąda i próbuje do siebie „przyciągać”.
Wiersz Origami jest wyjątkowo w całości deklaracją takiej witalnej, niezłomnej, buntowniczej, a może tylko konsekwentnej postawy, którą usiłuje z siebie wykrzesać mówiące „ja”: „Potajemnie i po cichu. / Znienacka. Bez wątpliwości / czy zbędnych pytań. Zawzięcie. Przeciw / bolesnym ranom. Duchom złym / oraz przepowiedniom. // Miłość czynić od nowa”. Walenie głową w mur? Dziecinny opór? Tupanie nóżką? Czemu nie? „Tak. Tupać i trwać / by w końcu pójść w ciemno za światłością / w nowe”.
Czy jednak te jasne, promieniujące „światłem” zdania – ilościowo będące w mniejszości – stanowią tylko rzadkie wyjątki od reguły, czy też jest poniekąd odwrotnie: „ciemność” jest tylko tłem, na którym tym bardziej widoczne jest „światło”? Czy poeta rzeczywiście tylko „ćwiczy” kolejne śmierci i zmartwychwstania”, „aby się nie pomylić” i umieć to drugie przeciwstawić pierwszemu? A może „ćwiczy”, aby być zawczasu gotowym na jedno i drugie?
Coś o tym mówi wiersz Sławić, który można rozumieć – znów – na wiele sposobów: „Szarość w wirze. / O poranku brodzić / we mgle // zejść niżej chcąc twardo / stąpać po ziemi aby / być gotowym // na niebo”. Osobiście wolę odczytywać ten wiersz metaforycznie, a więc całkiem przyziemnie, nie wgryzając się zanadto w jego sensy eschatologiczne. Chociaż potencjalnie – a może nawet prymarnie – są one w niego oczywiście wpisane.
Tomasz Hrynacz napisał książkę pozornie prostą, ale ani przemyślenia w niej zawarte, ani sposób ich podania nie mają nic wspólnego z prostotą. Są one równie skomplikowane jak materia, której dotyczą – jak egzystencja i duch, który czyni ją ludzką. Wiersze te są krótkie, nader oszczędne w słowa, ale pracę ich przyswajania można wykonywać w zasadzie bez końca i z wielorakim pożytkiem. Pojęcia-symbole (słowa-klucze), którymi obsesyjnie operuje autor, są niemal tak stare jak sama poezja i mogą wydawać się wręcz zgrane, niezdatne do oryginalnego, twórczego spożytkowania. Tomik Noc czerwi udowadnia jednak , że nie ma poetycko zgranych słów. Wyświechtane mogą być tylko sposoby ich użycia.
Grzegorz Tomicki
Recenzja ukazała się w miesięczniku „Twórczość” 2016, nr 10
Opinie o książce Noc czerwi
Jak się ma 44 lata na karku, to i myśli się o coraz poważniejszych sprawach. I waży się słowa. Dawna długa fraza Tomasza Hrynacza ustępuje tu miejsca wierszom czasami niemal aforystycznym, pobrzmiewającym ewidentną inspiracją haiku. Wszelako niewielki objętościowo tekst może brzmieć apokaliptycznym tonem. W Nocy czerwi znajdziemy takie wiersze. Podoba mi się ich mrok; czułość dla utraty złudzeń.
Jarosław Klejnocki
Introwertyczna od samego początku poezja Tomasza Hrynacza z każdym tomem nabiera coraz głębszego nacechowania egzystencjalnego. Tutaj, w Nocy czerwi, podmiotem egzystencji jest duch – właściwa, najbardziej istotna, najprawdziwsza forma istnienia. Przesycony cieniem, przeniknięty mrokiem, duch osaczony przez drapieżne słowa, przez złowróżbny tłum, jest świadom ciężaru pominiętych szans i znaczenia tych, które będą mu jeszcze dane. Zawieszony nad przepaściami, pragnie światła oraz sensownego ciągu dalszego. Poszukując go, przywołuje w sukurs zmysły, miłość, sumienie. Korzystając zaś z łaski zdziwienia, stara się oczyścić. Dlatego też można te, wygłaszane de profundis, monologi czytać również jako zapisy bezustannie ponawianych prób autentycznego bycia.
Piotr W. Lorkowski
Te prośby, zaklęcia, modlitwy układają się w spis lęków, które wypowiedziane tracą na chwilę swoją moc. Obsesja daremności wiersza ściera się z poczuciem, że przekraczający smugę cienia poeta coś jednak pamięta, a nawet częściowo ocala. Oto naprzeciw pustki stają nieliczne fragmenty – tak sobie myślę, czytając tę książkę.
Karol Maliszewski
Noc czerwi – kilka wierszy
Koniec
Kiedy nastanie taki czas że słowa
ostatecznie obrócą się przeciwko tobie
potopu przyczajona woda przekłuje fałdy
brzegów całun szorstkich liści okryje nas
szczelnie a milczenie poddane zostanie
trwodze nie zwalniaj kroku: idź!
Nie daj sobie wmówić że to koniec: słuchaj!
Bowiem wciąż śpiewa przez ciebie twój duch.
Popielec
Dawne królestwo poszło już z dymem.
Dawne królestwo mnie nie kocha.
Jawi się bez blasku. Wyciąga nadpalone
ręce. Zamienia nas w przeszłość. O odpycha
w czeluść. Nasze królestwo nie jest stąd.
Zieje zimnym ogniem.
Co łaska
Teraz niedużo światła tyle co
szczelina. Odprysk albo rysa
tyle co łaska co nic.
Podrzucam piórko. Dmucham.
Przyciągam niebo. Nie pozwolę by to
wszystko upadło.

Noc czerwi
