Janusz Rudnicki: Życiorysta dwa

Informacje szczegółowe

Autor: Janusz Rudnicki
Tytuł: Życiorysta dwa Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Miejsce i data wydania: Warszawa 2017
Stron: 304
ISBN: 9788328036963

Kup książkę w najniższej cenie

Życiorysta dwa, czyli z dowcipem i empatią

Od czasu do czasu trafiam w literaturze na takie kawałki, które zwalają mnie z nóg, choć na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie nieefektowne. Prawdę mówiąc, efekt podskórnej efektowności czegoś na pozór zupełnie nieefektownego jest właśnie tym, co jako czytelnik cenię sobie w sposób szczególny. Być efekciarskim jest w dzisiejszych czasach nadspodziewanie łatwo, prawdziwie efektownym zdarza się tylko nielicznym – i to tylko, jak podejrzewam, w oczach innych nielicznych. Takiego wyjątkowego efektu zaznałem ostatnio podczas lektury króciutkiej prozy Węgiel, fragmentu niewiele większej całości pt. Raz węgiel i dwa razy żużel z tomu Życiorysta dwa Janusza Rudnickiego.

Jest Życiorysta dwa, musiał być jakiś Życiorysta numer jeden. I rzeczywiście – był, w roku 2014, ale go nie czytałem. Zerknąłem za to do recenzji. Choć były raczej pochlebne, nie zachęciły mnie wtedy do czytania. Coś tam pisano o tym, że Rudnicki „debiutował brawurowo”, potem o mało się nie skończył –też brawurowo – aż w końcu wymyślona przez niego „zabawna formuła opowiadania o życiu innego człowieka uratowała go jako pisarza” (Leszek Bugajski w „Twórczości”). Cóż, czytanie książki autora, któremu życie uratowało pisanie subiektywnych biograficznych wariacji na temat biografii napisanych przez innych biografistów, wydawało mi się wtedy… jak by to ująć? Uprawianiem seksu z kobietą za pośrednictwem innych facetów?

Tak czy inaczej, chyba się jednak myliłem. Nie czytałem, więc nie dam głowy, ale po lekturze Życiorysty dwa mam przeczucie graniczące z pewnością, że i ta pierwsza książka sprawiłaby mi sporo czytelniczej przyjemności. I pewnie sprawi, bo mam zamiar ją przy pierwszej okazji przeczytać.

Życiorysta drugi, podobnie jak pierwszy,podzielony jest na trzy części. Dwie pierwsze nazywają się nawet tak samo jak poprzednio: W stronę biografii i W stronę recenzji. Tytuł trzeciej wygląda na ukłon w stronę spójności: W stronę prozy zastąpiły wcześniejsze Miejsca. Ktoś obdarzony złą wolą mógłby wysunąć zarzut, że autor próbuje na siłę skleić w jedną całość tudzież wrzucić do jednego pojemnego worka teksty z definicji heterogeniczne, osobne, niemające zbyt wiele ze sobą wspólnego – ani treściwo, ani formalnie. Z jednej strony zatem: dla każdego coś miłego (ale nie wszystko). Z drugiej: nie stać mnie na prawdziwą, pełnowymiarową książkę, daję więc to, co mam akurat pod ręką, bo inaczej przepadnie.

Ja jednak z braku złej woli odniosłem zupełnie inne wrażenie. Mówiąc szczerze – tu obnażę swoją krytyczną amatorszczyznę – podczas lektury nie zwracałem specjalnej uwagi na to, czy czytam właśnie piętrową biografię, parterowe omówienie czy piwniczną prozę. W moim odczuciu teksty te łączy coś o wiele ważniejszego niż (przeceniana) gatunkowa jednorodność. Tym czymś jest specyficzny – i zasadniczo taki sam we wszystkich trzech częściach – język i ściśle z nim związana metoda twórcza, czyli „myślotok”. Metoda ryzykowna, przynosząca efekty miejscami naprawdę znakomite (częściej), innym razem nieco słabsze (rzadziej). Rudnicki daje się świadomie ponieść żywiołowi opowiadania – właściwemu tyleż literaturze, co ludzkiemu myśleniu i codziennemu życiu – sterując z grubsza swoją papierową łódką przy pomocy literackiej i nieliterackiej intuicji.

W Życioryście dwa intuicja ta bywa zazwyczaj niezwykle wyostrzona i niezawodna. Narracja niby snuje się tylko po powierzchni, operując anegdotami, podśmiechujkami, dowcipnymi czy groteskowymi scenkami z życia – czasami przegiętymi do imentu – aby nagle uświadomić niczego niespodziewającemu się czytelnikowi, że oto razem z tą rzekomą „literaturką” został po uszy unurzany w doskonale – choć bez użycia wymyślnych literackich zabiegów – uchwyconym dramacie egzystencji, w surowym mięsie życia. Prostota, ślizganie się po tafli języka, a jednocześnie ledwie zaznaczona, zasugerowana, lecz chwytająca za gardło głębia, drugie, nieoczywiste dno – w to zdaje się celować intuicja pisarsko-egzystencjalna autora. I często trafia bez pudła.

Na czym zaś polegać miałaby czysto językowa spójność wszystkich zawartych w książce tekstów? Moim zdaniem, wszystko, co wychodzi spod pióra Rudnickiego, wyróżnia się wyraźnym zacięciem felietonowym. Jest tu właściwie wszystko, co dobry felieton posiadać (podobno) powinien: ostry język, cięty dowcip (także w dawnym, staropolskim znaczeniu: jako talent czy polot), celowe przerysowania, cynizm, złośliwość, ironia i autoironia, swoboda w rozwijaniu narracji, skróty myślowe, pozorne plecenie, co ślina na język przyniesie itd. Michał Paweł Markowski powiedział kiedyś (cytuję z pamięci), że prawdziwy felieton powinien ociekać krwią (pozwolę sobie być odmiennego zdania). I u Rudnickiego krew – czasami dosłownie, częściej nie – leje się wiadrami, a autor wygląda na takiego, co jeńców raczej nie bierze.

Ale to tylko pozory. Najlepsze jego narracje odsłaniają bowiem zawsze drugi, mniej widoczny, ale istotniejszy wymiar: ludzką tragedię, pokazaną z niemal niewidoczną empatią, a w zasadzie niewyrażonym par excellence współczuciem. Felietonowość języka „rudnickiego” przynosi bowiem wtedy najciekawsze efekty, kiedy zostaje przełamana czymś zgoła niefelietonowym właśnie: delikatnym, przejmującym, a czasem nawet poetycko wieloznacznym. Słowem, kiedy jest on jednocześnie bezwzględny i czuły. Jak w tym fragmencie o Miłoszu: „Jedna z opiekunek włożyła mu szczękę do ust, żeby był uśmiechnięty na tamtym świecie”. Lub o Stefanii Wilczyńskiej: „Mężczyźni, którzy wyciągają ją z komory, froterując jej ciałem podłogę, a potem wrzucają ją na taczkę, wiozą do rowu, wrzucają i zasypują. Są pierwszymi, którzy widzą ją nago”.

I na tym właśnie polega dyskretny urok prozy autora Życiorysty – na pierwszy rzut oka często zabawnej i/lub przejaskrawionej, a w istocie podszytej arcyludzkim tragizmem i naśladującej rzeczywistość. Bo czyż nie jest nam na co dzień śmieszno i straszno zarazem, normalnie i dziwacznie, głupio i mądrze, płytko i głęboko?

O tym są właśnie opowieści o alkoholizmie Hrabala, egotyzmie Miłosza, egoizmie Tomasza Manna, narkomanii Annemarie Schwarzenbach, brukowym romansie Curie-Skłodowskiej, seksie w III Rzeszy itd. Śmieszne, aż dreszcz przeszywa człowieka. Człowieka takiego jak ja dreszcz przeszył najmocniej – jak wspomniałem na początku – podczas lektury Węgla, czyli takiej sobie historyjki o dziewczynie, żołnierzu, biedzie, węglu, miłości, narodzinach i nieszczęściu, napisanej w tak mistrzowsko skrótowy sposób, że streścić jej się w zasadzie już nie da, a więc nie będę nawet próbował. Czym chciałbym wszystkich do przeczytania całego Życiorysty dwa zachęcić.

Grzegorz Tomicki

Zmieniona wersja recenzji, która ukazał się w miesięczniku „Nowe Książki” 2017, nr 7-8

Janusz Rudnicki Życiorysta dwa
Janusz Rudnicki Życiorysta dwa
Ilustracja do prozy Węgiel z książki Życiorysta dwa Janusza Rudnickiego
Proza Węgiel z książki Życiorysta dwa Janusza Rudnuckiego

➡️ Zobacz katalog wszytskiech tekstów na stronie Inne Lektury

Inne Lektury logo