Bronisław Świderski: Kiedy mogę zabić? Dyskusje o kulturze i przemocy

Informacje szczegółowe

Autor: Bronisław Świderski
Tytuł: Kiedy mogę zabić? Dyskusje o kulturze i przemocy
Redakcja: Jerzy Borowczyk, Michał Larek
Wydawca: Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu
Miejsce i data wydania: Poznań 2012
Stron: 502

Kiedy mogę zabić? Czyli przemoc usprawiedliwiona

Być może książce Bronisława Świderskiego Kiedy mogę zabić? Dyskusje o kulturze i przemocy rzeczywiście należy się raczej laurka niż recenzja, ponieważ jednak o tę pierwszą postarali się już swoim zwyczajem wydawcy i redaktorzy, uznajmy, że sprawiedliwości stało się zadość. Nie będę też ukrywał, że i bez tej laurki – a właściwie pomimo niej – ja również jestem pod wrażeniem.

Przede wszystkim, świetny tytuł. I fragment otwierający tytułowy esej: „Właśnie. Nie: Czy mogę zabić?, ale: Kiedy? Zarówno dla pokolenia moich rodziców, jak i dla mnie i moich urodzonych tuż po wojnie lub u jej końca rówieśników było oczywiste, że ludzi należy zabijać. Oczywiście nie wszystkich. Jedynie wrogów. I to nie jako korzystający z mroku rzezimieszek czy zamaskowany zabójca, ale tak, aby zdobyć cześć i uznanie, jakbyśmy, z pewnością nieświadomie, powtarzali nauki pierwszych nauczycieli polityki, Platona i Arystotelesa, iż wspomaganie przyjaciół i szkodzenie wrogom jest tożsame ze sprawiedliwością. Tuż po wojnie najchętniej bawiliśmy się «w wojnę» na podwórku przy warszawskiej ulicy Staszica (ten dom nadal stoi), gdzie każdy z nas bronił swojego kraju lub napadał na inne”.

Od siebie dodam, że dwadzieścia lat później – a więc w czasach mojego własnego dzieciństwa – „zabawy w wojnę” i „zabijanie wrogów” nadal należały do ulubionych sposobów spędzania czasu wolnego wyrostków w moim wieku. Prawdę mówiąc, ze zgrozą stwierdzam, iż większość naszych – autora i moich – rówieśników, a nawet tych, co nastąpili po nas, w życiu dorosłym w dalszym ciągu zdaje się bawić w tę samą grę. Z czasem zrozumiałem też, iż nie jest to bynajmniej kwestią spędzania czasu wolnego i niewinnych zabaw.

„Wspomaganie przyjaciół i szkodzenie wrogom” to raczej właściwy większości ludzi sposób bycia-w-świecie, który z zabawą ma tyle wspólnego, że folguje się w nim egoistycznym i narcystycznym życzeniom, charakterystycznym dla niedojrzałych, aspołecznych faz rozwoju psychicznego. Czyż bowiem „wspomaganie przyjaciół i szkodzenie wrogom” nie jest po prostu egoistycznym dbaniem o własny interes kosztem interesów – a czasem życia – innych ludzi? Czy nie jest klasycznym przykładem gry o sumie zerowej, w której wygrana jednej strony koniecznie musi oznaczać porażkę drugiej?

Czy nie takie właśnie postawy i zachowania powodują, że naszym życiem społecznym rządzi prawo dżungli – walka, rywalizacja, wrogość – a nie etyka empatii, współpracy i wzajemnego wsparcia? Czy zamiast „wspomagać przyjaciół i szkodzić wrogom” nie powinniśmy skupić się raczej na tym, aby z wrogów czynić przyjaciół, a nie na odwrót?

Wspomniany esej tytułowy Kiedy mogę zabić Michał Larek nazwał – w jednej z kilku zamieszczonych w książce rozmów z autorem – „długim, namolnym, dewastującym spokój ducha komentarzem do książki Leo Straussa Historia filozofii politycznej”. Zwięźle, na temat i efektownie, ale osobiście widzę to inaczej: dokonana przez Świderskiego rekapitulacja jest smutnym potwierdzeniem tego, co w głębi ducha przeczuwamy – że za społecznymi konwencjami, tworzącymi iluzję w miarę zgodnego współżycia, kryją się egoizm, agresja i wrogość. A fakt, że boimy się o tym mówić głośno – a nawet myśleć – tylko potwierdza to przypuszczenie.

Wystarczy przytomnie rozejrzeć się wokół. Wojna, przemoc, gwałty, bezwzględna gra interesów, intrygi, walka o władzę, chciwość i poniżanie innych są nie tylko immanentną częścią ludzkiej rzeczywistości, ale także tą częścią, która nas bardzo pociąga, czego dowodem jest jej dominacja w mediach i kulturze. Bohaterskimi wzorami kultury (filmów, seriali, książek, gier komputerowych) są dzisiaj seryjni mordercy, zawodowi zabójcy, psychopaci, przestępcy, idący po trupach karierowicze, ewentualnie spektakularnie łamiący prawo policjanci. Jeśli więc wciąż wierzymy w intencjonalną szlachetność rozmaitych „umów społecznych”, to chyba tylko za cenę głęboko ukrytych, nieświadomych wyparć, stłumień i zaprzeczeń.

Niczego nie ujmując filozoficznym refleksjom samego autora, w całej jego książce największe wrażenie robi właśnie rozdział Kiedy mogę zabić, który w bezlitosnym skrócie rekapituluje typowe sposoby, w jakie ludzie – a w tym przypadku są to uznane powszechnie autorytety – zwykli usprawiedliwiać prawo do wojny i zabijania.

Oto według Tukidydesa „podstawowy i gołym okiem widoczny i przez bogów zaakceptowany fakt nierówności sił między jednostkami i państwami jest wystarczającą przyczyną zabójstw, rozlewu krwi”. A więc „zabijam, bo mogę to zrobić” i „wywołuję wojnę, bo boję się ciebie, boję się, że jesteś – lub staniesz się – silniejszy i że mnie zabijesz”.

Zdaniem Platona, „aby powstało to, co uznajemy za dobre, musi zaistnieć wróg. Obcy”. U starożytnych w ogóle znajdujemy pochwałę wojny i kult gromiących nieprzyjaciół herosów (protoplastów dzisiejszych superbohaterów). W klasycznych greckich tragediach trup ściele się gęsto, choć nigdy bezpośrednio na scenie – z czym współcześnie nie mamy już najmniejszego problemu. Obecnie zadawanie śmierci pokazuje się z podziwu godną dbałością o szczegół.

Interpretując Nowy Testament św. Augustyn doszedł do wniosku, że wojna jest w porządku, o ile prowadzić ją„w słusznym celu i bez zbędnego okrucieństwa”. Święty uznaje zatem, że istnieje pewna dawka „niezbędnego okrucieństwa”, bez której ludzkość obyć się w żaden sposób nie może, a nawet nie powinna.

Coś całkiem podobnego twierdził Al-Farabi, który „rozmyślnie zmodyfikował nauczanie Platona i Arystotelesa z zamiarem dostarczenia racjonalnego uzasadnienia islamskiej koncepcji świętej wojny, której celem byłoby szerzenie boskiego prawa w każdym miejscu”. Z tym, że dla wyznawców islamu „szerzenie boskiego prawa” oznaczało wyrzynanie „w słusznym celu” chrześcijan, a dla chrześcijan akurat odwrotnie.

Z kolei Mesjasz Majmonidesa to „wojowniczy wyzwoliciel, którego podstawowym zadaniem jest zerwanie pęt zniewalających Izrael i przywrócenie dawnego porządku politycznego”. Wojowniczy niczym Achilles i Ares razem wzięci.

Machiavelli utrzymywał, iż „podczas wojny opinia okrutnika nie jest niczym złym”, ale w ustach tego akurat myśliciela nikogo to chyba nie dziwi. Z jego pism wynika jednak coś o wiele bardziej „dewastującego”. To mianowicie, że „fundamentem niesprawiedliwości jest sprawiedliwość, fundamentem moralności jest niemoralność, fundamentem prawomocności jest nieprawomocność, czyli przewrót; fundamentem wolności jest tyrania. Na początku jest Terror, a nie Harmonia czy Miłość”. Jak widać, Machiavelli jeńców nie bierze.

W rozdziale poświęconym Lutrowi i Kalwinowi także jest mowa„o usprawiedliwieniu gwałtu i nierówności”. Richard Hooker twierdził, że „tolerancję można i trzeba ograniczać w imię wspólnego dobra”. Wspólnego, czyli – żeby była jasność – nie jakiegoś ogólnego, ale „naszego” dobra.

Francis Bacon natomiastutożsamiał „męstwo z cnotą wojenną, niezależnie od sprawiedliwości prowadzonej wojny”.

Adam Smith konstatował – ten przynajmniej krytycznie, nie afirmatywnie – że „uspołecznienie ma swoje źródło w ukrytej wrogości, bez której państwo nie mogłoby istnieć”. Poczynił też uwagę, która być może nie będzie miła („naszym” i „obcym”) patriotom: „miłość własnego narodu często skłania nas do patrzenia z najbardziej zjadliwą zazdrością i zawiścią na pomyślność i wzrost potęgi narodu sąsiedniego. Miłość ojczyzny nie zdaje się wywodzić z miłości rodzaju ludzkiego”.

Według niezbyt szczęśliwego wyrażenia G.W.F. Hegla istnieją nawet „wojny szczęśliwe”, tj. takie, które hamują „wybuchy wewnętrznych niepokojów i umacniają wewnętrzną władzę państwa”, z czego ma wynikać, iż „w wojnie i poprzez wojnę państwo najlepiej ujawnia swoją naturę i spełnia swoje zadanie”.

Dokonuję tego „długiego i namolnego” streszczenia w tym samym celu, który przyświecał także Świderskiemu: „to szacunek wobec czytelnika spowodował, że chciałem podać słowa filozofów, zanim dobiegnę do własnej konkluzji”. A konkluzja autora jest prosta: zebrane do kupy „słowa filozofów” na temat wojny i przemocy stanowią „requiem dla pacyfizmu”. Trzeba przyjąć niechcianą prawdę: „człowiek nie istnieje bez wojny. Oto prawda tej książki. Ale nam, którzy brzydzimy się zbrodnią i gwałtem, antologia niesie nie prawdę, ale wiedzę zaprawioną smutkiem”.

Zgadzam się. Ja jednak nie mogę się ponadto oprzeć wrażeniu, że wszystkie te filozoficzne deliberacje sprowadzają się do wyszukiwania uzasadnień i usprawiedliwień (racjonalizacji) dla tego, co jest o wiele bardziej źródłowe. Freud ujął to w krótkiej formule mówiącej o „popędach i ich losach”, która nie wymaga chyba żadnych dodatkowych dopowiedzeń: rządzą nami popędy, nie refleksje, wiedza i rozum.

Świderski zresztą myśli podobnie: „winny jest także ludzki popęd, natura: pragnienie mordu i seks są silniejsze od refleksji moralnej”. Co istotne, popędy te rządzą także owymi refleksjami: „To irracjonalny pies macha racjonalnym ogonem, a nie odwrotnie”, jak się wyraził psycholog społeczny Jonathan Haidt. I to właśnie dlatego owe maskujące racjonalizacje produkują niestrudzenie nie tylko filozofowie polityczni, ale i w ogóle twórcy kultury jako takiej (w najszerszym słowa tego znaczeniu) od samego jej zarania.

Czy bowiem starożytni Grecy – których uznajemy za ojców kultury Zachodu, a którzy uwiedli nas swoją narracją na temat Dobra, Piękna i Prawdy – nie afirmowali w istocie nacjonalizmu, przemocy, okrucieństwa, niewolnictwa, nierówności społecznych, dominacji mężczyzn, pedofilii etc.? Czy te wszystkie uwznioślające historie o cnotach i umiłowaniu mądrości to nie zwykły pic na wodę? Czy cała zachodnia kultura – a może kultura w ogóle – nie powtarza tego samego gestu jednoczesnego afirmowania i maskowania przemocy? Czyż i dzisiaj nie zabijamy, nie usprawiedliwiamy i nie uwznioślamy tych zabójstw narodowymi, religijnymi czy kulturowymi mitologiami, tak jak robili to starożytni?

„Także obecnie – pisze Świderski – wiele państw zachodnich jest przekonanych o własnej prawdzie i doskonałości, i to tak dalece, że napada na inne narody i zabija ich mieszkańców”. To czego się właściwie przez te wszystkie wieki nauczyliśmy?

Grzegorz Tomicki

Powyższy tekst jest rozbudowaną wersją recenzji książki Kiedy mogę zabić? Dyskusje o kulturze i przemocy Bronisława Świderskiego, która ukazała się w miesięczniku „Odra” 2/2012 pt. Zabić, usprawiedliwić, uwznioślić


Bronisław Świderski, Kiedy mogę zabić? Dyskusje o kulturze i przemocy, red. Jerzy Borowczyk, Michał Larek, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2012

➡️ Przeczytaj fragmenty książki Kiedy mogę zabić? Dyskusje o kulturze i przemocy

Bronisław Świderski Kiedy mogę zabić? Dyskusje o kulturze i przemocy
Bronisław Świderski
Kiedy mogę zabić? Dyskusje o kulturze i przemocy

➡️ Zobacz katalog wszytskiech tekstów na stronie Inne Lektury

Inne Lektury logo

Dodaj komentarz