Poetyckie branie-miary – Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Kochanka Norwida (recenzja)

Tkaczyszyn-Dycki - Kochanka NorwidaW poprzednich książkach poetyckich Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki zaskakiwał swoich czytelników autotematycznymi bon motami w rodzaju: „nekrologi będą zawsze / czymś więcej aniżeli współczesna poezja / polska na którą nikt się nie rzuca”; „wybacz mój drogi musisz udźwignąć i to // że współczesna poezja polska to nekrologi”; „księgozbiory nie są nam już niezbędne / do życia musisz się z tym pogodzić”; „istotą poezji jest nie tyle zasadność / co bezzasadność napomknień i powtórzeń” czy „lecz poezji polskiej dawnej i współczesnej / nie da się przelecieć w jedną noc ole!”, okraszając je dodatkowo uwagami o „nieprzydatności”, „nadaremności” czy „ograniczeniach” poezji.    

W najnowszym tomie Kochanka Norwida „strzela” („i nie chybia”) kolejnymi: „powiedziano wszak i dowiedziono / że poezja musi się opierać / przede wszystkim zaś musi się wymykać / zrozumieniu i pochwyceniu”; „poezja / po to właśnie jest by ni stąd / ni zowąd najlepiej w niedzielę / narobić wielkiego huku”; „w poezji polskiej mamy wiele wierszy / o niczym ale pisać o niczym jest najtrudniej”, no i właśnie: „poezja po to właśnie jest / by zgodnie z przeznaczeniem / wystrzelić i nie chybiać”.

Maksymy te, jak mniemam, nie mają bynajmniej wyjaśniać czytelnikowi, na czym „poezja musi się opierać”, „po co właśnie jest”, jakie jest jej „przeznaczenie” ani przekonywać go, że faktycznie „pisać o niczym jest najtrudniej”. Osobiście uważam, że poecie chodzi raczej o to, aby stwierdzenia te „narobiły wielkiego huku”. Może nawet nie tak znowu „wielkiego”, skoro wypowiada je tak przedni ironista, jakim jest Tkaczyszyn-Dycki. Wprawdzie nieustannie (no, może trochę przesadzam) perswaduje mi sie, że w tych wierszach nie ma ironii ni dudu i wszystko to trzeba czytać nie tylko zupełnie dosłownie, ale i poczciwie, ale ja w tym akurat względzie będę uparty.

Wymienione wyżej stwierdzenia brzmią dla mnie aż zanadto arbitralnie, autorytatywnie, a nawet apodyktycznie, aby mógł je bez ironii wypowiadać tak przedni liryk, jakim jest Tkaczyszyn-Dycki. Za dużo w nich rzekomej pewności, jednoznaczności, jednostronności, po Lacanowsku (choć i nie po Lacanowsku także) rozumianej „pańskości” – ani krzty dystansu do samego siebie. Nie oznacza to oczywiście, iżby poeta po prostu robił sobie jaja z powyższych stwierdzeń, z krytyków, teoretyków, siebie samego, a może i z poezji jako takiej razem z jej czytelnikami (choć lubię sobie myśleć, że po trosze – ale tylko tak – właśnie to robi). Na szczęście dla poezji, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana.

Skomplikowanie to można interpretować na wiele rozmaitych sposobów. Ja chwycę się tego, który podpowiada mi sam poeta, czyniąc jednym z tematów przewodnich Kochanki Norwida problem „zamieszkiwania”. Otóż przez cały tom przewijają się dwie przeciwstawne sobie narracje, wedle których „miejsce” poety jest „albo w polszczyźnie (niczym / w kościółku) albo w transporcie / czyli po stronie matki / w bydlęcym wagonie” (VIII, s. 12).

Narracje te rozwijają się raz na zasadzie wyraźnie świadomie problematyzowanej przez autora alternatywy (jak w przytoczonym fragmencie), innym zaś razem jakoby zupełnie od siebie niezależnie, nie zważając jedna na drugą, na wykluczające się treści, jakie ze sobą niosą. Odbywa się to przy tym albo w odrębnych wierszach (w jednym miejsce poety jest „w polszczyźnie”, w innym „po stronie matki”), albo na przestrzeni jednego utworu. W tym drugim przypadku wiersz taki przybiera postać logicznie niespójnej, zdezintegrowanej, samozaprzeczającej sobie opowieści, w której to, co zostało właśnie powiedziane, zostaje niemal natychmiast odwoływane (wypierane) przez to, co mówi się w niej później: „W palinodyjnym geście przywoływania i odwoływania swoich słów Tkaczyszyn-Dycki nie pozwala na ukonstytuowanie się czytelniczej pewności” (K. Hoffmann, Dubitatio. O poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego). Tak jak to się dzieje w wierszu o „ślicznym kościółku”:

śliczny śliczny kościółek
w obrębie dawnego unickiego
domostwa lecz nigdy w nim
nie będę u siebie (choćbym napisał

wiele wierszy) to nie jest moje miejsce
moje miejsce jest po stronie matki
obudziłem się w nocy i odkryłem przed sobą
prawdę której nie chciałem

przyjąć: moje miejsce jest
w polszczyźnie niczym w kościółku
(IV, s. 8)

Dla celów poglądowych można tę narrację skrócić do wewnętrznie sprzecznego –  paradoksalnego, schizofrenicznego, fatalistycznego? – stwierdzenia: „moje miejsce jest w kościółku (w polszczyźnie albo po stronie matki) w którym nigdy nie będę”. Jak się wydaje, to właśnie głównie ten wniosek wierszowe „ja” uznaje za „prawdę, której nie chce przyjąć”. I nie sposób się temu dziwić.

Czym właściwie są owe poetycko wyrażone, przeciwstawne sobie opcje? Nie jest to znów tak oczywiste, jak by się może wydawało, chociaż mniej więcej jednak wiemy, o czym mowa. „Stroną matki” może być geograficzne określone miejsce narodzin i dojrzewania, dom rodzinny, Polska (ale i bardziej lokalnie: pogranicze kultur polskiej i ukraińskiej), choroba psychiczna, zamiłowanie do literatury, opowiedzenie się po stronie matki przeciw ojcu (przeciw Ukrainie), miłość synowska etc. „Polszczyzną” zaś może być język polski, kultura polska, poezja polska, poezja jako taka, jej tworzenie, bycie pisarzem, bycie-w-słowach, etc. (jako i wszystkie te rzeczy naraz, jak to w poezji).

W celu podeliberowania sobie nad tym, w jaki sposób można szukać swojego miejsca – a więc poniekąd swojego „zamieszkiwania” – w poezji, postanowiłem sięgnąć do klasycznego tekstu Martina Heideggera na ten właśnie temat, mianowicie „…poetycko mieszka człowiek…”, w którym tenże komentuje – na swój filozoficzno-poetycki sposób – pewien wiersz Hölderlina. Byłem przy okazji ciekaw, czy po latach uda mi się z niego zrozumieć nieco więcej niż za ostatnią lekturą. Muszę się przyznać, że ostatecznie nie jestem pewien. A dokładniej, wydaje mi się, że zrozumiałem lepiej, ale nie jestem pewien, czy takie rozumienie przypadłoby do gustu samemu autorowi.

Heidegger pisze m.in., iż poezja nie jest bynajmniej jakimś radosnym, niczym nieskrępowanym bujaniem w obłokach, jak to się często uważa, lecz przeciwnie, „to dopiero poezja sprowadza człowieka na ziemię”. W jaki sposób się to odbywa? Otóż „poezja jest rozumianym w ścisłym sensie tego określenia braniem-miary, dzięki któremu dopiero człowiek czerpie miarę dla całego zakresu swojej istoty”. Poezja jest przy tym nie tylko „braniem-miary” czy też „mierzeniem”, ale i „mierzeniem wyróżnionym”. Operuje bowiem obrazami poetyckimi, które „nie są zwykłymi fantazjami i iluzjami”, lecz świadomie i celowo tworzonymi przedstawieniami, w których przenikają się – oraz przeglądają się w sobie – nie tylko poetyckie koncepty, nie tylko różne tradycje poetyckiego myślenia, ale przede wszystkim świadome i nieświadome dążenia poety, jego ukryte i jawne pragnienia i fantazje, jego iluzje i ich racjonalizacje, jego rozum oraz emocje. W ten sposób poeta może zobaczyć je niejako na zewnątrz siebie, dzięki czemu dystansuje się do nich i może je poddać świadomej, racjonalnej refleksji, a nie tylko im biernie, nieświadomie podlegać, jak to się dzieje w przypadku „zwykłych” przekonań, których funkcję w ludzkiej psychice zwięźle objaśnił Stanley Fish:

Przekonania nie są tym, o czym myślimy, lecz tym, za pomocą czego myślimy, i to wewnątrz przestrzeni dostarczonej przez ich artykulacje aktywność umysłu – włączając w to teoretyzowanie – zachodzi. Teorie są czymś, co można mieć – można nimi władać i trzymać na dystans; przekonania mają nas, w tym znaczeniu, że nie może być dystansu pomiędzy nimi i czynami, które umożliwiają (S. Fish, Interpretacja, retoryka, polityka. Eseje wybrane).

Poeta tymczasem – dystansując się w procesie twórczym od samego siebie – ma szanse nie tylko uczynić przekonania tym, o czym myśli, ale i brać czynny udział w ich kształtowaniu. Dlatego właśnie poezja jest mierzeniem wyróżnionym. Poezja czyni poetę prawdziwym twórcą samego siebie i świata, w którym przyjdzie mu żyć, a więc swojego „miejsca na ziemi” (por. tytuł jednego ze wyborów wierszy Tkaczyszyna-Dyckiego: Poezja jako miejsce na ziemi).

Z tego też powodu nie utożsamiamy autora z tworzonym przez niego podmiotem lirycznym. Podmiot liryczny to tylko alter ego autora, w którym ten się przegląda (z którego bierze miarę). Realne zmiany w egzystencji poety dokonują się w przestrzeni pomiędzy nim samym, a tym, co stworzył. Przestrzeń ta rozciągnięta jest jednak nie tylko pomiędzy światem wewnętrznym autora a światem przedstawionym w jego poezji oraz pomiędzy nim samym a podmiotem lirycznym, ale też pomiędzy jego rzeczywistością psychiczną a rzeczywistością społeczną, pomiędzy Wyobrażonym a Symbolicznym (tudzież pomiędzy Realnym a Symbolicznym i Wyobrażonym), pomiędzy ironią a dosłownością, powagą a kpiną, miłością a nienawiścią, afirmacją i odrzuceniem, strasznym a smutnym, ważnym a błahym, pomiędzy „polszczyzną” a „stroną matki” etc. Pewnie dlatego w poezji – nie tylko autora Kochanki Norwida, ale w tej zwłaszcza – tak wiele ambiwalencji, antagonizmów i wewnętrznych sprzeczności.

Kiedy zatem podmiot liryczny stwierdza: „moje miejsce jest w kościółku, w którym nigdy nie będę”, to poeta wypowiada to już z pewnego miejsca, z miejsca wypowiedzenia, ze swojego miejsca, które zyskuje właśnie dzięki temu, że mówi to, co mówi. Nawet wtedy, gdy mówi, że tego miejsca właśnie nie ma albo że jest ono jednocześnie i tu, i tam, czyli faktycznie nigdzie. Mówiąc w wierszu, że swojego miejsca nie ma, „bierze miarę” dla swojego miejsca w życiu, „czerpie miarę dla całego zakresu swojej istoty”.

Dycki, jak się wydaje, jest tego wszystkiego świadom – choć pewnie opisałby to zupełnie inaczej – i potrafi to efektywnie poetycko sproblematyzować. Odnoszę też wrażenie, że w jego poezji owo branie-miary nie tylko naprawdę się odbywa, nie tylko jest o wiele bardziej autentyczne niż u innych znanych mi poetów, ale też ma o wiele bardziej zasadnicze znaczenie. I to pomimo tego, że wiele jego wierszy, zwłaszcza tych późniejszych, brzmi niekiedy wręcz błaho. Nie dajmy się zwieść. To tylko pozór, który też odgrywa swoją rolę w tej grze – i to dość istotną. Dlatego i nie dlatego tak sobie tę poezję cenię.

 

Grzegorz Tomicki

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Kochanka Norwida, Biuro Literackie, Wrocław 2014

Tekst opublikowano w „Odrze” 6/2014 oraz w książce Po obu stronach lustra. O poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego.

Czytaj fragmenty książki: E. Tkaczyszyn-Dycki, Kochanka Norwida




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *