Pierre Lemaitre: Do zobaczenia w zaświatach

Uwielbiam takie historie. Zwłaszcza gdy przytrafiają się właśnie mnie. A było tak: czytam sobie niedawno jeden z miesięczników – powiedzmy szczerze, że raczej „przeglądam” – i niewiele w nim interesującego dla siebie znajduję. Tak już ostatnio mam, więc i oczekiwania mam pod tym względem niewielkie. Aż gdzieś tak pod koniec – a więc mniej więcej w miejscu, w którym lądują moje felietony w „Twórczości” – kiedy nie oczekuję już zgoła niczego, natrafiam na krótkie omówienie książki Pierre’a Lemaitre’a Trzy dni i jedno życie. Nie znam faceta, ale spodobał mi się tytuł. Jak się z tekstu dowiedziałem, ten dotychczasowy autor kryminałów za napisaną w 2013 roku powieść Do zobaczenia w zaświatach „przekroczywszy ramy gatunku” otrzymał Nagrodę Goncourtów, „najbardziej prestiżowe wyróżnienie literackie w świecie frankofońskim”, jak mówią.  

Za nic nie mogłem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek czytałem książkę autora kryminałów nagrodzoną Nagrodę Goncourtów. Więcej, za nic nie mogłem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek czytałem jakąkolwiek książkę nagrodzoną tym „najbardziej prestiżowym wyróżnieniem literackim w świecie frankofońskim”. Może dlatego, że żyję w cokolwiek innym świecie. A może z tego powodu, że nagrody literackie nie robią na mnie większego wrażenia – w przeciwieństwie do niektórych książek. Zapewne coś nagrodzonego Goncourtami czytałem i mógłbym to sobie w pięć sekund wygooglować – ale po co?

Za to w piętnaście minut ściągnąłem sobie na czytnik – to jednak bardzo przydatne urządzenie – ze sześć książek Pierre’a Lemaitre’a i porzuciwszy inne niecierpiące zwłoki zajęcia zabrałem się do czytania Do zobaczenia w zaświatach (przekład: Joanna Polachowska i Oskar Hedemann), aby się dowiedzieć, za co też Francuzi przyznają dzisiaj najbardziej prestiżowe nagrody, bo zewsząd dochodzą mnie słuchy, że we Francji wszystko schodzi na psy, więc może literatura razem z nagrodami literackimi także?

Zrazu wszystko zdało się przemawiać za tymi pogłoskami. Wprawdzie zawsze przyjmuję podobne opinie z przymrużeniem oka, ale co do nagród i w ogóle recepcji literatury – tu czy tam – nic nie jest już mnie w stanie zaskoczyć. Na początek okładka, a na niej zgrabny tudzież mocno podejrzany blurb Katarzyny Bondy: „Zachwycająca, szydercza, elegancka uczta. Żaden ze współczesnych autorów powieści kryminalnych nie jest w stanie we właściwych proporcjach udźwignąć jednocześnie doskonałej intrygi i artystycznego ciężaru literatury pięknej. Żaden, poza monsieur Pierre’m Lemaitre’em. Chapeau bas”. Potem sama lektura: język raczej nijaki, przezroczysty, służący głównie prostemu komunikowaniu, informowaniu o zdarzeniach i myślach bohaterów – a więc żadnych znaczeń naddanych. Głowy nie dam, ale tak się chyba właśnie pisuje kryminały. Natomiast żadnego „artystycznego ciężaru literatury pięknej”, jak na mój gust, ni dudu.

W miarę czytania na szczęście – to właśnie takie historie uwielbiam – było niespodziewanie coraz lepiej. „Intryga” jest rzeczywiście „doskonała” – wciąga, aż miło – ale pal ją licho. W tej książce jest coś więcej niż intryga, a nawet, śmiem twierdzić, coś więcej niż „artystyczny ciężar literatury pięknej” (uff, po co komu takie ciężary!).

Rzecz zaczyna się pod koniec I wojny światowej. Dwóch żołnierzy zostaje naznaczonych nią w sposób wyjątkowo dotkliwy, pierwszy psychicznie, drugi także fizycznie (odłamek urywa mu całą dolną część twarzy, tak że w tym miejscu gdzie inni mają usta i podbródek on ma jedną wielką wyrwę, przez którą widnieje dosłownie otwarte gardło). Przyczyną nieszczęścia ich obu – poza samą wojną – jest pewien bezwzględny porucznik, który dla kariery nie cofa się przed zabijaniem swoich podwładnych. To, co się dzieje z bohaterami – a także z ich najbliższymi i całym społeczeństwem – po wojnie, to po prostu egzystencjalny horror, któremu autor daje wyraz zaskarbiający sobie moją sympatię do tego stopnia, że wybaczam mu te wszystkie kryminalne ciągotki, których i w tej powieści zresztą nie brakuje (intryga!). Fabuły streszczał nie będę, nie ona jest najważniejsza, a kto ciekaw, niech sam poczyta.

Cały kraj ogarnęło szaleństwo upamiętniania poległych, proporcjonalne do odrazy, jaką żywiono do tych, którzy przeżyli.
W Do zobaczenia w zaświatach chodzi przede wszystkim o treść, nie o intrygę ani artystyczny ciężar. I za to właśnie tę książkę cenię. Trzeba przyznać, że Pierre Lemaitre jeńców nie bierze. Bezlitośnie odziera nie tylko samą wojnę, ale też jej przyczyny, motywacje do niej prowadzące, a zwłaszcza skutki z wszelkich bałamutnych mitologii. Wojna to jedna wielka porażka człowiek jako takiego, która zasługuje nie na ordery i pomniki, lecz potępienie – to wszystko. „W końcu wojna światowa to nic innego jak próba zabójstwa na skalę całego kontynentu”. Taki kryminał. A myśleć inaczej to po prostu wstyd. Lemaitre, można by rzec, podstawia nam ten wstyd pod sam nos – wstydzi się za całą Francję (stąd może nagroda Goncourtów) i za nas wszystkich (prywatna nagroda ode mnie).

Niemiłosiernie obrywa się również aparatowi państwowemu, biurokratyzacji, strukturze społecznej, zbiorowemu myśleniu i odczuwaniu, ogłupiającej pogoni za prestiżem i pieniędzmi, podszytej obłudą pomnikomanii i w ogóle wszelkim retorycznym, rytualnym, ideologicznym, fantazmatycznym etc. zasłonom, ukrywającym rzeczywistą przemoc w relacjach między ludźmi – jak by to określił Paul de Man. A przemoc ta kryje się dość skutecznie dlatego, że wszystkim to właściwie na rękę. Wszak wygodniej jest czcić poległych bohaterów niż uważać ich za ofiary losu (w zasadzie zaś ofiary haniebnych działań innych ludzi), wojnę za czas honoru, a nie hańby, a porządek społeczny za dzieło Boga tudzież racjonalnych projektów człowieka, nie zaś za chaos czy dżunglę, w której – wbrew znanemu hasłu – chwała zwycięzcom, zwyciężonym zaś kop w zadek i ogólna pogarda.

Kluczowa afera powieści dotyczy niesłychanych wręcz przekrętów związanych z grzebaniem i upamiętnianiem poległych. Włos się jeży na głowie, co nie zdarza mi się zbyt często – w każdym razie, nie przy czytaniu powieści. A co do grzebania i upamiętniania, to przypomniał mi się niegdysiejszy wiersz Wisławy Szymborskiej, który w tym świetle nabrał dla mnie nieoczekiwanie zupełnie innego wymiaru. Z niejaką ironią mógłbym powiedzieć, że wręcz ożył: „Po każdej wojnie / ktoś musi posprzątać. / Jaki taki porządek / sam się przecież nie zrobi. // Ktoś musi zepchnąć gruzy / na pobocza dróg, / żeby mogły przejechać / wozy pełne trupów. // Ktoś musi grzęznąć / w szlamie i popiele, / sprężynach kanap, / drzazgach szkła / i krwawych szmatach…” (Koniec i początek). Otóż zawsze jakoś jest tak, że jedni wywołują wojny, czerpią z nich korzyści, a nawet zbijają na nich fortuny, inni zaś po niej sprzątają, spychają gruzy, grzęzną w szlamie i popiele i w całym tym bagnie.

Katastrofy i epidemie od zawsze pustoszyły świat, a wojna stanowiła jedynie ich połączenie.
Słowem, autor Do zobaczenia w zaświatach ma nam coś naprawdę ważnego do powiedzenia, a jego książka należy do tych, które „wołają o pióro, atrament i stół do pisania” (Nietzsche). I bardzo dobrze, że została napisana. Jeszcze lepiej, że – takie odniosłem wrażenie – pisarz w ogóle nie kalkulował, czy to się komuś spodoba, czy przeciwnie – spadną na niego gromy. Spadła nagroda. Jak mówiłem, osobiście kicham na nagrody, ale ten akurat wybór dobrze świadczy o tych, którzy ją przyznawali, co jest jednak pocieszające (obawiam się, że w dzisiejszej Polsce coś takiego by raczej nie przeszło).

Poza wszystkim innym zaś, Lemaitre to naprawdę świetny, a zarazem nad wyraz subtelny psycholog. Trzy kreski i mamy niezwykle bogatą charakterystykę psychologiczną postaci. A żadna z nich nie jest tej głębi pozbawiona. Nic z papieru – a więc też nic z „artystycznego ciężaru” – wszystko natomiast z życia, że tak to górnolotnie i niegórnolotnie zarazem ujmę. I to pomimo intrygi, kryminalnych wątków i w ogóle zgrabnie sformatowanej opowieści. Rzeczywiście, czapki z głów (w każdym razie moja). Tu się muszę niestety z Katarzyną Bondą zgodzić. Do tego doszło!

Aha, w książce nie występują w zasadzie uczciwi bohaterowie, ale ona sama wydaje się – może właśnie dlatego – na wskroś uczciwa. Czyż to nie cudowne?

Grzegorz Tomicki

Pierwodruk: „Twórczość” 6/2018

Autor: Pierre Lemaitre
Tytuł: Do zobaczenia w zaświatach
Tytuł oryginału: Au revoie là-haut
Przekład: Joanna Polachowska, Oskar Hedemann
Wydawca: Wydawnictwo Albatros
Miejsce i data wydania: Warszawa 2014
Stron: 544
ISBN: 9788381253581

Szokująca! Wielka powieść o spirali dobra i zła, wielka powieść egzystencjalna. Ponure requiem, które jest jak policzek wymierzony oficjalnej historii.
„L’Express”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *